| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2009-10-02
|
|
autor: turgor, Sebastian Korniluk |
Salam alejkum, Kyrgyzstan! |
|
| ocena: 4.25 | przeczytano 82 razy |
Kodzio-Dziasz
Dotarliśmy nad jezioro Afłatun. Pięknie położone w długiej i dosyć wąskiej dolinie przedstawiało się bardzo malowniczo. W pewnej chwili zjawiło się dwóch Kirgizów na koniach. Sadyk i Aumaz - jak się okazało. "Wy kto? Amerikańce?" - zapytał Sadyk. "Niet" - odpowiedziałem - "Polaki." "Polaki?" - rzekł z namysłem - "Tak u was jest Walesa, da?" "Da" - potwierdziłem.
Kirgizi zaprosili nas do swojego obozowiska. Tam najpierw pomogliśmy z ojcem zagonić owce, a potem zaczęły się opowieści przy ognisku. Gospodarze pytali o Polskę, dzielili się wiadomościami o swoim kraju. Usłyszeliśmy również legendę o Kodzio-Dziaszu. Postać owa "żywcem" pasuje do znanego w naszej ojczyźnie Janosika. Kodzio-Dziasz także zabierał bogatym i dawał biednym. Żywił się natomiast kozłami górskimi (koziorożcami).
Tajemnicze błyski
Przechodząc przez przełęcz Afłatun Zachodni znaleźliśmy się w niższych partiach pasma. Zaczynało się piętro lasów. Cieszyliśmy się na tę odmianę. Po prawie nagich zboczach "morze" zieleni wydawało się rajem. Mogliśmy do woli objadać się mirabelkami, malinami i jabłkami.
Podczas rozbijania obozu, ostatniego już zresztą, niebo rozświetliły naraz błyskawice. "Będzie padać." - powiedział ktoś. Niedoczekanie. Na ziemię nie spadła ani kropla. Dopiero w domu przeczytałem, że zaobserwowane błyski mają związek z sejsmiką tego terenu.
Afłatun? Dwa kilometry...
Opuściliśmy góry. Schodząc do Doliny Fergańskiej napotkaliśmy kilkunastoosobową grupę Kirgizów. Zapytani o drogę do wioski Afłatun odpowiedzieli: najwyżej 2 kilometry. Pomyślałem: "Nieźle. W Afłatunie wynajmie się jakiś samochód i będzie jeszcze trochę czasu w zapasie." Przeszliśmy 2 km. Wioski nie widać. Następny spotkany tubylec oznajmił, że "jeszcze jakieś 10 km". "Dziesięć to nie tak źle" - ktoś podsumował.
Po 12 km nadal jednak nie było śladu żadnych zabudowań. Kolejny zapytany Kirgiz powiększył odległość do 30 km. Zaczęliśmy się już trochę denerwować, gdy nagle pokazały się pierwsze domki. Odetchnęliśmy z ulgą. Okazało się jednak, że przystanek samochodów znajduje się dopiero w piątym Afłatunie (tak w ogóle jest siedem kołchozów o tej nazwie). Nowe 10 km wyprowadziło nas prawie z równowagi.
-------- o --------
Z niewypowiedzianą radością wsiadaliśmy na przystanku do wynajętego gaza. Ostatnie spojrzenie na góry. Ruszyliśmy. Na razie każdy miał dosyć, ale za rok - obiecywaliśmy sobie - pewnie znowu gdzieś się wybierzemy. Kto raz pokocha góry, ten zawsze będzie się wspinał, klął niewygodę i żałował, że to już koniec wędrówki.
|
strona: 1 | 2 | 3
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 1. | 2009-10-06 23:08:50 | gość: w-el-kk
| Nie tylko jezioro było cudowne i takie jak
z bajki,ale cała Twoja relacja jest cudowna,dokładna,przejrzysta,przemyśla
na.Dumni mogą być Twoi nauczyciele,że spod Ich ręki "wyszedł"reportażysta -jak się patrzy.
Zbieraj gratulacje i słowa uznania,bo one należą się.Kiedy następne.......relacje........?....
|
|
|
|