| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2009-10-07
|
|
autor: agim27, Agnieszka Szymańska |
Sri Lanka - kraj bajeczny |
|
| ocena: 4.06 | przeczytano 216 razy |
Krokodyle
Czy mieliście kiedyś krokodylka w ręce? Na wyjazdach często jest okazja do wzięcia w ręce i zrobienie sobie zdjęcia z wężem, papugą, małpką.. Tymczasem my mieliśmy okazję dotknąć prawdziwego krokodylka. Nie był to oczywiście duży krokodyl, ale taki malutki, zaledwie sześciomiesięczny. Ząbki jednak miał takie, że bez problemu, gdyby tylko chciał, moje paluszki znalazłyby się w jego paszczy, a później w jego brzuszku. Mimo wszystko odważyłam się go dotknąć, oczywiście dopiero po tym jak Krzysiu miał go na ramieniu. Podpłynął z nim do naszej łódki młody chłopak, trzymał go w koszyku i jak tylko jacyś turyści podpływali łodziami, wyciągał go z koszyka, by zarobić kilka rupii. Na przejażdżkę łodzią wybraliśmy się już w drugi dzień. Zanim wykupiliśmy wycieczkę przeczytałam w Internecie, że warto zakupić lokalne wycieczki u Silve (jego imię i nazwisko brzmi: H. Wilson Pathmasena Silva), który jest na plaży przed hotelem. Pomyślałam wtedy, że fajnie by było, gdybyśmy tego Silve znaleźli. Okazało się, że to on znalazł nas bardzo szybciutko, już w pierwszy dzień. Zdecydowaliśmy się na ten rejs po rzece z nim i to był strzał w dziesiątkę. Opowiedział nam bardzo dużo, pokazał mnóstwo rodzajów ptaków, roślin, kameleony, tuziny waranów wylegujących się na gałęziach, czasami bardzo łatwych do przeoczenia. Oprócz tego pokazał nam krokodyle. Płynęliśmy rzeką, w której po prostu żyły sobie krokodyle. Ja widziałam kilka razy małe krokodylki, takie jakiego mieliśmy okazję mieć w rękach. No ale skoro były małe krokodylki, to zapewne musiały być i duże. No i były, widać było jednego bardzo dużego, ale ja osobiście go nie widziałam. Po wycieczce, kiedy siedzieliśmy sobie z Krzysiem jak zwykle przed kominkiem, opowiedział mi Krzysiu, co tegoż dnia wyczytał w Internecie. Otóż jedne z najgroźniejszych krokodyli na świecie, zwane krokodylami różańcowymi, żyją właśnie na Sri Lance, szczególnie lubują się w rzekach które są przy ujściach do oceanu (oczywiście nasza rzeka taka była), oprócz tego…. mogą atakować ludzi. Mają od 5 do 7 metrów.
Ayurveda
Po raz pierwszy o tej metodzie leczenia usłyszałam będąc właśnie na Sri Lance. Podczas wspomnianej wcześniej wycieczki łodzią po rzece mogliśmy zatrzymać się w tak zwanym Kräutergarten, co po niemiecku oznacza ogród ziół. Przywitał nas „profesor”, jak sam siebie określił. Złożył ręce jak u nas składa się do modlitwy, pochylił głowę, i bardzo głębokim, aczkolwiek cichym głosem powiedział, że wita nas w ogrodzie. Trochę zachciało mi się śmiać, przypominał raczej kogoś z sekty niż profesora, ale próbowaliśmy być poważni. Opowiadał nam dużo o ziołach i roślinach, które rosły w ogrodzie. Mówił słabym niemieckim, przeplatał go językiem angielskim, ale mogliśmy go zrozumieć. Jego „uczniowie” przygotowali nam herbatkę z czymś tam w środku. Smakowała nieźle, ale nie rewelacyjnie. Główna zasada leczenia ayurveda: lecz się tym, co możesz zjeść. Miał tam specyfiki na wszystko: na zęby (mutuhara), bóle głowy, uszu, zębów, gardła (olejek cynamonowy), na ugryzienia przez insekty (sanjeevanee), na poparzenia słoneczne, na piękną skórę (sandlwood oil -drzewo sandałowe), na dolegliwości sercowe, astmę, nerwowość, problemy z krążeniem, problemy z pamięcią (wishvarishta –wino ziołowe), na cukrzycę (premeha -ziołowy syrop), na hemoroidy (agnimula-sirup), na dolegliwości żołądkowe (amesshwari – produkt muszkatołowy) i wiele, wiele innych. Po omówieniu większości znajdujących się tam roślin, zabrał nas do swojej „apteczki”. Pokazywał nam przeróżne gotowe produkty, nie mogąc się ich zachwalić. Kiedy zaczął „badać” Krzysia, wybuchłam śmiechem. Zamknął oczy i sprawdzał puls Krzyśkowi, mówiąc, że ma problemy z kręgosłupem. Kiedy zobaczył, że się śmieję, stwierdził: „I’m really profesor” [jestem prawdziwym profesorem] Opowiadał cuda, że pracuje tu dopiero od trzech dni, innym Polakom na drugi dzień powiedział, że mają szczęście, bo on jest tutaj tylko trzy dni w roku. Jestem pewna, że kiedy teraz byśmy tam wrócili, profesorek byłby nadal. Zawołał dwóch swoich uczniów, nam kazał usiąść na ławkach. Ja miałam być za Krzysiem. Mieliśmy się rozluźnić i zamknąć oczy, bo czekał nas prawdziwy masaż leczniczy ayurveda. Według profesorka 99% turystów przyjeżdża na Sri Lankę w celach leczniczych. No, my należeliśmy zatem do tego jednego procenta. Rozpoczął się masaż.. Jakoś nie potrafiłam się rozluźnić, zobaczyłam z boku palące się kadzidło, przypomniałam sobie tą herbatkę, którą tak bez wahania wypiliśmy i przypomniał mi się film „Turistas”, który niedawno oglądaliśmy. Chodziło o porywanie turystów dla organów, a rzecz miała miejsce w Brazylii. Niby zupełnie inny zakątek świata, ale tutaj przecież też byliśmy daleko od domu, nie rozumieliśmy kompletnie nic, co oni między sobą rozmawiają. Poza tym ich wygląd nie wzbudzał zaufania. Profesorek nagle zniknął, my poddaliśmy się tym masażom. Wymasowali nam plecy i głowy, przy czym myślałam, że podczas masażu głowy odpadną mi najpierw uszy, a następnie cała głowa. Wysmarowali nas przy tym olejkami, że ciężko było to później z siebie zmyć. Masaż trwał około 15 minut. Nagle pojawił się znów profesorek, zapytał o wrażenia. Kiedy zapytałam, ile nas to wszystko będzie kosztować, stwierdził tym swoim dziwnym głosem: „pieniądze to nie wszystko”. Zaprowadził nas do innej apteczki i zaczął pakować do foliowej torebki produkty, które rzekomo chcemy kupić. Kiedy powiedzieliśmy, że nie potrzebujemy niczego widząc ceny, które są na tych produktach, był niezbyt zadowolony i czym prędzej nas pożegnał. Chłopaki i tak dostali od nas niemały napiwek. Rozmawialiśmy później z innymi Polakami, którzy też odwiedzili ogród profesorka, każdemu mówił dokładnie to samo. Im zapakował produktów ze swojej apteczki za 100 dolarów. Na szczęście nie mieli oni w ogóle ze sobą pieniędzy i kiedy powiedzieli o tym profesorkowi, ten – jakże przyjazny człowiek – wygonił ich z ogrodu.
Medycyna ayurveda ma ponad 3000 lat. Obok szpitali i przychodni, w których pracuje około 10 000 lekarzy wtajemniczonych w medycynę ayurveda, prawie każdy hotel ma swój dział ayurveda. Trzeba jednak jednego być świadomym: dwutygodniowa kuracja ziołami i masażami nic nam nie pomoże. Jedynie długotrwałe leczenie ciała, ducha i duszy daje pożądane efekty. Ostatnio czytałam artykuł o spa proponowanych w Polsce. W jednym z hoteli proponowali właśnie medycynę i masaże ayurveda. Ceny mnie zszokowały. Za piętnastominutowy masaż wykonany przez prawdziwych specjalistów zapłaciliśmy zdecydowanie mniej niż wyniosłoby to nas w Polsce.
Podczas wyprawy do Kandy, jednym z punktów programu była wizyta w innym ogrodzie, ale też ayurveda. Śmialiśmy się z ludzi poddających się masażom i współczuliśmy im późniejszego prysznica. Jednak o jednej rzeczy chciałabym tutaj przy okazji wspomnieć. Rankiem złapała mnie tzw. choroba klimatyczna (coś w rodzaju zemsty Faraona podczas pobytu w Egipcie). Właściciel ogrodu zaproponował osobom z tą chorobą (było nas trzy) pewien specyfik, po którym nasze kłopoty miały się zakończyć. Bez wahania postanowiłam wypić ten specyfik. Ten roztwór wyglądał ohydnie i jeszcze gorzej smakował. Po wypiciu tego lekarstwa zapomniałam, co to kłopoty żołądkowe aż do dnia wyjazdu. Nasze lekarstwa tam kompletnie nie działają. Słyszałam, że tak jest, a wtedy przekonałam się o tym na własnej skórze.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|