| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2009-10-07
|
|
autor: agim27, Agnieszka Szymańska |
Sri Lanka - kraj bajeczny |
|
| ocena: 4.06 | przeczytano 216 razy |
Drogi
Podczas drogi powrotnej z Kandy jak i całej przejażdżki mieliśmy dużo wrażeń, niekoniecznie przyjemnych, związanych z naszym autobusem. W mieście Kandy musieliśmy podjechać na lunch pod bardzo stromą górę. Myślałam, że nie dojedziemy, bo cały czas autobus stawał i sprawiał wrażenie, że nie ma siły dalej jechać. Poza tym, zaczęło okropnie śmierdzieć benzyną. Powiadomiliśmy o tym naszych kierowców. Uważali, że nic się nie dzieje i wcale nie śmierdzi, a cały autobus polskich turystów pewnie ma jakieś urojenia. Polskie krzykliwe baby nie dały za wygraną. Krzyczały, że śmierdzi i muszą coś z tym zrobić. No i zrobili… jak wróciliśmy z lunchu cały autobus śmierdział jeszcze gorzej. Popsikali czymś w rodzaju zapachu do toalety, który zmieszany ze smrodem paliwa był nie do wytrzymania. Baby chyba dały za wygraną, tym bardziej, że jak żołądek pełny, to i pewnie krzyczeć się tak nie chce. W drodze powrotnej jednak przeżyliśmy horror. Autobus stawał co 15 kilometrów. Kierowca musiał wychodzić, postukać młotkiem w bok autobusu, aby następne 15kilometrów mógł przejechać tym rzęchem.
Ruch na Sri Lance jest lewostronny, drogi są koszmarne. Między innymi dlatego jechaliśmy tak długo do naszego hotelu z lotniska. Najwięcej przypadków śmiertelnych na wyspie jest właśnie na skutek wypadków samochodowych. Drogi są w fatalnym stanie, a poza tym są bardzo wąskie. Ciekawą rzeczą było brak chodnika. Piesi chodzili na obrzeżach drogi i tuż przy drogach znajdowały się wejścia do sklepów. Aż trudno było w to uwierzyć, szczególnie przejeżdżając przez miasta. Mieliśmy wrażenie, że ci wszyscy ludzie chodzą po drodze. Tak było w mieście po drodze do sierocińca dla słoni. Ciekawą rzeczą były tam chorągiewki, było ich tysiące. Tysiące białych małych chorągiewek oznaczało, że w mieście umarł ktoś znany. Po drogach chodzili ludzie, psy, ale również krowy. Podczas jazdy tuk-tukiem mieliśmy okazję zobaczyć krowę. W sumie nic dziwnego zobaczyć krowę. Ale kiedy ta krowa jest w środku miasta i idzie sobie środkiem drogi nie zwracając w ogóle uwagi na małego tuk-tuka, w którym siedzieliśmy, to już robi wrażenie. U nas można spotkać na ulicy konie, a tam ulicą przechadzają się na przykład słonie. Widzieliśmy jak ludzie podróżowali sobie na słoniach tak jakby podróżowali sobie rowerem. Zresztą nasz słoń z nami na grzbiecie też szedł środkiem drogi.
Przejeżdżając przez ulice Sri Lanki słyszeliśmy tysiące klaksonów. Każdy trąbi, chociażby po to, żeby powiadomić, że chce wyprzedzić, albo że będzie skręcał – tak tylko myślę, bo nie zapytaliśmy ich, dlaczego tak trąbią. Nikt jednak się tam nie złości, nie denerwuje. Jeżeli chodzi o kulturę kierowców przewyższają nas bardzo. Nikt nie przeklina na nikogo ani nie krzyczy. Trąbienia też są chyba raczej informacją niż tak jak u nas zwróceniem komuś uwagi, że jeździ jak idiota. Przy tak dużym chaosie wcale nie jest łatwe przejść przez ulicę. Doświadczyliśmy tego wybierając się na market. Nie wiadomo było, w którą stronę się patrzeć. Był tam ogromny harmider. Klaksony, 35stopniowy upał, wręcz skwar, smród spalin, brud i śmieci dookoła, chodzące kozy po drogach powodują, że czujność też jest troszeczkę ospała. Trzymałam się wtedy Krzysia kurczowo, żeby się nie pogubić. Wrażenia fajne, ale nie na długi czas. Po około godzinnej przechadzki po tym mieście marzyliśmy tylko aby wrócić do hotelowego basenu i napić się zimnego piwka.
Pogoda
Wyjeżdżając do kraju tropikalnego spodziewaliśmy się upałów i takie faktycznie były. Manu powiedział nam, że mają tam dwie pory roku: deszczową i suchą. Kiedy my byliśmy, w lutym, była to pora sucha. Ciekawe jednak było to, że rano i do południa było przerażająco gorąco: ponad trzydziestostopniowe upały można było wytrzymać leżąc w cieniu i popijając coś zimnego. My nie leżeliśmy prawie w ogóle. Chcieliśmy w pełni wykorzystać ten tydzień, więc codziennie byliśmy gdzie indziej. Tym bardziej, że dzień był dosyć krótki, bo trwał od godziny 6 rano do 18, ale skrócony był jeszcze bardziej, ponieważ codziennie jak w zegarku o godzinie 16 zaczynało się chmurzyć, grzmieć i czasami padać. Tak było każdego dnia. Tak jakby ktoś u góry miał nastawiony zegarek i polecenie, że od godziny 16 na Sri Lance ma zacząć kropić. Później powietrze było bardzo wilgotne. Było parno. Będąc w kilku krajach o ciepłym klimacie, na Sri Lance czułam się najlepiej. Bardzo służył mi ten klimat. W ogóle nie przeszkadzała mi ta wysoka wilgotność powietrza. Czułam się tam bardzo dobrze. I kiedy porównam gorące powietrze w Tunezji czy w Egipcie to dla mojego organizmu zdecydowanie wolę klimat Sri Lanki.
Kiedy rano, po śniadaniu chodziliśmy po plaży, słońce grzało tak mocno, że samo patrzenie w piasek raziło w oczy. Stosowaliśmy kremy z filtrami nr 50, tym bardziej, że zimą byliśmy bladzi. Kiedy trochę się opaliliśmy zmniejszyliśmy filtry i to był nasz błąd. Po baaardzo długim spacerze po wyspie, która znajdowała się niedaleko naszego hotelu spiekliśmy się tak bardzo, że panthenol, który zakupiłam na nasz wyjazd do Tunezji spełnił dopiero tutaj swoją rolę. Leżeliśmy wieczorem cali w piance z panthenolu i na drugi dzień było trochę lepiej. Ręce w nadgarstkach i stopy bardzo nam jednak spuchły – miejsca, o których najczęściej się zapomina podczas smarowania kremem, które są najbardziej blade, a więc najbardziej narażone na poparzenia słoneczne.
Pogoda na Cejlonie sprawiła, że od razu wyzdrowiałam. Ta zima nie była dla mnie łaskawa, cały czas chodziłam z chusteczkami przy nosie, z którego kapało dobre pięć tygodni. Podczas pobytu na Sri Lance wyzdrowiałam momentalnie, poczułam się naprawdę dobrze. Dziwne, bo w naszych warunkach wypicie duszkiem po spacerze w skwarze lodowatej coli i piwa, a później skok do basenu poprzedzony zimnym prysznicem skończyłby się, przynajmniej w moim wypadku, przeziębieniem. Tam nic na szczęście nam nie było. Po powrocie wszystko niestety wróciło do „normy”. Jeżeli chodzi o tamtejsze piwko, to było naprawdę niezłe. Ponieważ mieliśmy formułę all inclusive mogliśmy wypróbować ich trunków. Warty reklamy jest tamtejszy arak, pity z colą smakuje naprawdę nieźle. Ja smakowałam różnego rodzaju mieszanki, które barmani wymyślali, a Krzysiu wierny był trunkowi, o którym wcześniej wspomniałam.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|