| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Afryka |
data dodania: 2009-10-07
|
|
autor: Zbigniew Szerląg |
Tunezja męskim okiem |
|
| ocena: 3.58 | przeczytano 78 razy |

Zostałem wytypowany przez rodzinę zamiast mojego taty na dwutygodniowy
wyjazd do Tunezji.
Czym może mnie zaskoczyć Tunezja, kraj tak ,,sturystyzowany'' i
przetarty przez rodaków wybierających się tam na coroczne ekspansje
urlopowe? Ja - arogancki i wymagający ekstremalnych wrażeń obieżyświat -
założyłem, że Tunezja będzie jedynie miłą odskocznią od polskiego
deszczu oraz dogodnym punktem naturalnego poprawienia kolorytu skóry.
Poświęciłem się jednak i żeby nie stracić opłaconej rezerwacji,
zgodziłem się.
Moja młodsza siostra zafascynowana krajami arabskimi (,,chyba tylko
przez ich śniadych mieszkańców'' - jak ówcześnie twierdziłem) a
szczególnie krajami Maghrebu, nie mogła się doczekać już miesiąc przed
wyjazdem i zupełnie nie mogła zrozumieć mojego sceptycznego nastawienia.
Dolecieliśmy.
Wyjrzałem na balkon. Upał. Wyimaginowany przeze mnie tłum
rozhisteryzowanych turystów stojących w kolejce do zrobienia sobie
zdjęcia z wielbłądem, jakoś się nie ukazywał, choć mój punkt widokowy z
6-stego piętra hotelu obejmował sporą część miasta. Arabskie zabudowy,
arabskie szlaczki na szyldach i arabskie melodie słyszane z
radioodbiorników znudzonych upałem sklepikarzy uświadomiły mi, że
jakkolwiek wyobrażałem sobie wysyp turystów i skomercjalizowane arabskie
tradycje - jestem przecież w Afryce!
Jako indywidualista nie przepadam za turystyką zorganizowaną, a siebie
wolałem przedstawiać jako podróżnik, co brzmi bardziej odkrywczo i
niezależnie. A na pewno nie jak ktoś, kto w głąb obcego kraju zapuszcza
się autokarem w grupie uzbrojonych w aparaty fotograficznie turystów!
Demokratycznie jednak przegrałem, mama i siostra nalegały żeby wybrać
się na dwudniowe safari na Saharę. Było warto. Potężne góry Atlas oraz
rdzenni mieszkańcy południowej Tunezji, którzy żyją zupełnie inaczej niż
my w ,,cywilizowanej'' Europie to obowiązkowy punkt dla chcących poznać
prawdziwą Tunezję. Szczerze podziwiam miejscowych mieszkających w
górach, bez dostępu do morza ani klimatyzacji, gdzie ja - przebywając
godzinę- umierałem z gorąca. Znana mi z filmów z karawaną w tle Sahara
okazała się być taka jak ją sobie wyobrażałem (no może bardziej
nastawiona na portfele turystów). Ta ogromna piaskownica urzekła mnie
nie tylko delikatnością piasku ale także dwubarwną paletą - beżowiutki
piasek i bezchmurne błękitne niebo, gdzie tylko spojrzałem. Same
wielbłądy, wbrew powszechnie znanej opinii - to eleganccy i wygodni
przewoźnicy. Dumny z siebie siedziałem na garbie, posadzony nań przez
wykwalifikowany w kierunku wrzucania turystów personel pustynny- Arabów. Z obawy przed spadnięciem, powoli wczuwałem się w kołyszący chód mojego wierzchowca. Piękny okaz -
duży, dorodny, w kolorze pustynnego piasku, pięknie prezentował się w bogato zdobionym osprzęcie w jaki został przyodziany.
Mimo, iż wycieczka na Saharę miała charakter typowo turystyczny, uważam ją za bardzo dobrze zorganizowaną, a nawet ja sam – który przecież odważył się wyjechać samemu do Kenii, Australii i Albanii, czułem się lepiej powierzając rolę przewodników organizatorom wycieczki. Sahara jest przecież wciąż odległa i niezbadana, a indywidualna wizyta na południu Tunezji bez znajomości tamtejszego dialektu, nie zaprowadziłaby mnie daleko.
Lecąc do Sousse nie zdawałem sobie sprawy, jak rozchwytywanym obiektem
będzie w oczach tubylców moja siostra. Amatorzy zagranicznych serc mieli
zwyczaj zapraszania swych ofiar na kawę. Siostra - z początku wniebowzięta, później zmęczona, a na końcu zirytowana ciągłymi zaproszeniami i propozycjami małżeństwa, pod koniec pobytu po prostu je ignorowała.
Swoją drogą zastanawiało mnie,
że apogeum oblegalności w tunezyjskich kawiarniach rozlewa się w całym
dniu przesiadywania przy kawce. Zastanawiające jest też to, że ma tam
kto zawsze kto pracować, jeżeli tak licznie rozsypane po całym mieście
kafejki są zawsze pełne arabskich mężczyzn. Moja męska duma została
dotkliwie nadszarpnięta, bo ja nie potrafię znaleźć czasu na codzienny
relaks i pogaduszki, co szybko zostało zauważone przez moją siostrę.
Oczywiście wykpiłem ją stwierdzeniem, że to marnotrawstwo czasu, lecz tak
na prawdę chciałbym znaleźć się na miejscu Tunezyjczyków mających czas
na przerwę i spokojne rozmowy popołudniu.
Pozornie proste zadanie przejścia przez ulicę w tunezyjskich warunkach urosło do rangi ekstremalnego, ponieważ mimo iż Tunezyjczycy byli dobrymi kierowcami, jako królowie szos nie uznawali istnienia pieszych. Każdemu przejściu przez jezdnię towarzyszyło stuprocentowe skupienie oraz zdecydowane i szybkie kroki.
Nasze częste wycieczki piesze do Starego Miasta (mediny)
utwierdzały mnie w przekonaniu, że mimo rokrocznie napływających do
Sousse obcokrajowców, Tunezja jest wciąż krajem z niezapomnianą
atmosferą wypełnioną zapachem wszechobecnego jaśminu oraz z dogłębnie
ukorzenioną w społeczeństwie tradycją. Cieszyłem więc oczy każdą
wędrówką pośród palm, tradycyjnych domów, bazarów i meczetów, które były
kontrastem dla pięciogwiazdkowych hotelów i skąpo odzianych wczasowiczek.
Wyobrażając sobie starodawny bazar widziany czasem w telewizji zawsze
miałem ten sam obrazek przed oczami. Tłum ludzi, sprzedawcy, którzy
pozornie prymitywnie reklamują swoją ofertę przekrzykując się nawzajem.
Różnorodność przypraw, owoców i towarów rozłożona na długiej (lecz
wąskiej) uliczce pomiędzy starymi murami. Widok prawdziwego miejsca
handlu okolicznych mieszkańców był odtworzeniem obrazu, który przez lata
tkwił w mojej pamięci jako definicja słowa ,,bazar''. Szeroko zakrojony
zasób słownictwa w języku polskim stosowanego przez sprzedawców często
mnie zadziwiał, jednak zdań typu ,,Piwo z rana jak śmietana'' czy
,,tylko jeden dinar, tanio!'' powoli miałem już dosyć. Cenną
umiejętnością jaką zdobyłem podczas mojego pobytu w Afryce jest
dyplomatyczne targowanie się. Dyplomatyczne - pojęcie względne, bo po
ustaleniu pozornie satysfakcjonującej ceny dla obojga stron, zawsze
słyszałem jakieś arabskie docinki. Czy pomyślałbym kiedyś że zakup
winogron przyniesie tyle emocji i wspomnień?
Tamtejszy sposób komunikacji z przybyszami z odległej Europy, mimo że
uciążliwy i nachalny, nawet mi się podobał. Sousseńczycy przenosili ten
sposób także na komunikację między sobą, nie znając się bez problemu
rozpoczynali niezobowiązujące rozmowy przyjaźnie witając się ,,salam''.
Fakt, że gdybym spróbował tego w Polsce mogłoby to przynieść skutek
odwrotny od zamierzonego sprawiał, że to kolejna rzecz której mogłem im
tylko pozazdrościć. Subtelna woń fajek wodnych namiętnie palonych we
wspomnianych wcześniej kawiarniach potrafiła skumulować się w widoczną
parę. Zasłona dymna, dająca się zauważyć szczególnie w nocy, w kafejkach
pod gołym niebem stopniowo ulatniała się w atmosferze, pozostawiając w
okolicy przyjemny i delikatny zapach, zapach egzotyki, który wraz z
jaśminem zawsze będzie mi się kojarzył z Tunezją.
|
strona: 1
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|