PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Afryka data dodania: 2009-10-07      
autor: Zbigniew Szerląg

Tunezja męskim okiem

ocena: 3.59przeczytano 101 razy





Zostałem wytypowany przez rodzinę zamiast mojego taty na dwutygodniowy wyjazd do Tunezji.
Czym może mnie zaskoczyć Tunezja, kraj tak ,,sturystyzowany'' i przetarty przez rodaków wybierających się tam na coroczne ekspansje urlopowe? Ja - arogancki i wymagający ekstremalnych wrażeń obieżyświat - założyłem, że Tunezja będzie jedynie miłą odskocznią od polskiego deszczu oraz dogodnym punktem naturalnego poprawienia kolorytu skóry. Poświęciłem się jednak i żeby nie stracić opłaconej rezerwacji, zgodziłem się.
Moja młodsza siostra zafascynowana krajami arabskimi (,,chyba tylko przez ich śniadych mieszkańców'' - jak ówcześnie twierdziłem) a szczególnie krajami Maghrebu, nie mogła się doczekać już miesiąc przed wyjazdem i zupełnie nie mogła zrozumieć mojego sceptycznego nastawienia.

Dolecieliśmy.
Wyjrzałem na balkon. Upał. Wyimaginowany przeze mnie tłum rozhisteryzowanych turystów stojących w kolejce do zrobienia sobie zdjęcia z wielbłądem, jakoś się nie ukazywał, choć mój punkt widokowy z 6-stego piętra hotelu obejmował sporą część miasta. Arabskie zabudowy, arabskie szlaczki na szyldach i arabskie melodie słyszane z radioodbiorników znudzonych upałem sklepikarzy uświadomiły mi, że jakkolwiek wyobrażałem sobie wysyp turystów i skomercjalizowane arabskie tradycje - jestem przecież w Afryce!

Jako indywidualista nie przepadam za turystyką zorganizowaną, a siebie wolałem przedstawiać jako podróżnik, co brzmi bardziej odkrywczo i niezależnie. A na pewno nie jak ktoś, kto w głąb obcego kraju zapuszcza się autokarem w grupie uzbrojonych w aparaty fotograficznie turystów! Demokratycznie jednak przegrałem, mama i siostra nalegały żeby wybrać się na dwudniowe safari na Saharę. Było warto. Potężne góry Atlas oraz rdzenni mieszkańcy południowej Tunezji, którzy żyją zupełnie inaczej niż my w ,,cywilizowanej'' Europie to obowiązkowy punkt dla chcących poznać prawdziwą Tunezję. Szczerze podziwiam miejscowych mieszkających w górach, bez dostępu do morza ani klimatyzacji, gdzie ja - przebywając godzinę- umierałem z gorąca. Znana mi z filmów z karawaną w tle Sahara okazała się być taka jak ją sobie wyobrażałem (no może bardziej nastawiona na portfele turystów). Ta ogromna piaskownica urzekła mnie nie tylko delikatnością piasku ale także dwubarwną paletą - beżowiutki piasek i bezchmurne błękitne niebo, gdzie tylko spojrzałem. Same wielbłądy, wbrew powszechnie znanej opinii - to eleganccy i wygodni przewoźnicy. Dumny z siebie siedziałem na garbie, posadzony nań przez wykwalifikowany w kierunku wrzucania turystów personel pustynny- Arabów. Z obawy przed spadnięciem, powoli wczuwałem się w kołyszący chód mojego wierzchowca. Piękny okaz - duży, dorodny, w kolorze pustynnego piasku, pięknie prezentował się w bogato zdobionym osprzęcie w jaki został przyodziany.
Mimo, iż wycieczka na Saharę miała charakter typowo turystyczny, uważam ją za bardzo dobrze zorganizowaną, a nawet ja sam – który przecież odważył się wyjechać samemu do Kenii, Australii i Albanii, czułem się lepiej powierzając rolę przewodników organizatorom wycieczki. Sahara jest przecież wciąż odległa i niezbadana, a indywidualna wizyta na południu Tunezji bez znajomości tamtejszego dialektu, nie zaprowadziłaby mnie daleko. Lecąc do Sousse nie zdawałem sobie sprawy, jak rozchwytywanym obiektem będzie w oczach tubylców moja siostra. Amatorzy zagranicznych serc mieli zwyczaj zapraszania swych ofiar na kawę. Siostra - z początku wniebowzięta, później zmęczona, a na końcu zirytowana ciągłymi zaproszeniami i propozycjami małżeństwa, pod koniec pobytu po prostu je ignorowała.

Swoją drogą zastanawiało mnie, że apogeum oblegalności w tunezyjskich kawiarniach rozlewa się w całym dniu przesiadywania przy kawce. Zastanawiające jest też to, że ma tam kto zawsze kto pracować, jeżeli tak licznie rozsypane po całym mieście kafejki są zawsze pełne arabskich mężczyzn. Moja męska duma została dotkliwie nadszarpnięta, bo ja nie potrafię znaleźć czasu na codzienny relaks i pogaduszki, co szybko zostało zauważone przez moją siostrę. Oczywiście wykpiłem ją stwierdzeniem, że to marnotrawstwo czasu, lecz tak na prawdę chciałbym znaleźć się na miejscu Tunezyjczyków mających czas na przerwę i spokojne rozmowy popołudniu.
Pozornie proste zadanie przejścia przez ulicę w tunezyjskich warunkach urosło do rangi ekstremalnego, ponieważ mimo iż Tunezyjczycy byli dobrymi kierowcami, jako królowie szos nie uznawali istnienia pieszych. Każdemu przejściu przez jezdnię towarzyszyło stuprocentowe skupienie oraz zdecydowane i szybkie kroki.
Nasze częste wycieczki piesze do Starego Miasta (mediny) utwierdzały mnie w przekonaniu, że mimo rokrocznie napływających do Sousse obcokrajowców, Tunezja jest wciąż krajem z niezapomnianą atmosferą wypełnioną zapachem wszechobecnego jaśminu oraz z dogłębnie ukorzenioną w społeczeństwie tradycją. Cieszyłem więc oczy każdą wędrówką pośród palm, tradycyjnych domów, bazarów i meczetów, które były kontrastem dla pięciogwiazdkowych hotelów i skąpo odzianych wczasowiczek. Wyobrażając sobie starodawny bazar widziany czasem w telewizji zawsze miałem ten sam obrazek przed oczami. Tłum ludzi, sprzedawcy, którzy pozornie prymitywnie reklamują swoją ofertę przekrzykując się nawzajem. Różnorodność przypraw, owoców i towarów rozłożona na długiej (lecz wąskiej) uliczce pomiędzy starymi murami. Widok prawdziwego miejsca handlu okolicznych mieszkańców był odtworzeniem obrazu, który przez lata tkwił w mojej pamięci jako definicja słowa ,,bazar''. Szeroko zakrojony zasób słownictwa w języku polskim stosowanego przez sprzedawców często mnie zadziwiał, jednak zdań typu ,,Piwo z rana jak śmietana'' czy ,,tylko jeden dinar, tanio!'' powoli miałem już dosyć. Cenną umiejętnością jaką zdobyłem podczas mojego pobytu w Afryce jest dyplomatyczne targowanie się. Dyplomatyczne - pojęcie względne, bo po ustaleniu pozornie satysfakcjonującej ceny dla obojga stron, zawsze słyszałem jakieś arabskie docinki. Czy pomyślałbym kiedyś że zakup winogron przyniesie tyle emocji i wspomnień?
Tamtejszy sposób komunikacji z przybyszami z odległej Europy, mimo że uciążliwy i nachalny, nawet mi się podobał. Sousseńczycy przenosili ten sposób także na komunikację między sobą, nie znając się bez problemu rozpoczynali niezobowiązujące rozmowy przyjaźnie witając się ,,salam''. Fakt, że gdybym spróbował tego w Polsce mogłoby to przynieść skutek odwrotny od zamierzonego sprawiał, że to kolejna rzecz której mogłem im tylko pozazdrościć. Subtelna woń fajek wodnych namiętnie palonych we wspomnianych wcześniej kawiarniach potrafiła skumulować się w widoczną parę. Zasłona dymna, dająca się zauważyć szczególnie w nocy, w kafejkach pod gołym niebem stopniowo ulatniała się w atmosferze, pozostawiając w okolicy przyjemny i delikatny zapach, zapach egzotyki, który wraz z jaśminem zawsze będzie mi się kojarzył z Tunezją.



strona: 1

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Tunezja

Informacje o kraju: Tunezja
Flaga - Tunezja








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms