| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa | data dodania: 2008-01-21 |
|
autor: Dariusz Edward Strzelecki |
Osiem dni w południowej Francji... |
|
| ocena: 5.00 | przeczytano 961 razy |
Dzień V
Wczesny, mglisty ranek w miejscu, skąd codziennie wyruszamy w drogę, nie nastraja do delektowania się urokami wojaży. Mimo wszystko z nadzieją wpatrujemy się w zachmurzone niebo. Na ten dzień francuskie związki zawodowe zapowiadają strajk generalny, mający objąć również transport. Szczęście, że na dziś zaplanowana jest wizyta poza terytorium państwa objętego protestem – w Księstwie Andory.
Strajki mają w sobie coś pozytywnego. Oto dziś autostradą jedziemy bezpłatne. Niestety, szybka jazda kończy się kilkadziesiąt kilometrów przed celem naszej eskapady. Istotnie, Francja nie jest zainteresowana budową drogi ekspresowej do państwa, które gospodarczo "jątrzy" i stanowi pod każdym względem niewygodnego partnera.
Wskazówki miejscowych potwierdzają się. Do Andory najlepiej wybrać się w dzień powszedni, wczesnym rankiem. Koniec tygodnia i godziny popołudniowe rezerwują sobie Francuzi i Hiszpanie na zakupy. Wtedy ruch potęguje się.
Oficjalnie do księstwa wjechać można dwoma drogami. Od północy prowadzi tu "nacjonalka" z Tuluzy, do której przed granicą dołącza inna, z Perpignan, Barcelony, czy hiszpańskiej enklawy na terytorium Francji – miasteczka Llivia. Od południa droga wiedzie z wnętrza Hiszpanii. Samochody często posuwają się, zarówno z jednej, jak i drugiej strony, jak na przysłowiowej "Zakopiance".
Z położonego na 720 metrach ponad poziom wody morskiej, podgórskiego kurortu Aux-les-Thermes, gdzie buchające opary cieplic widoczne nawet z samochodu poruszającego się tranzytem, szosa wspina się na wysokość 2407 metrów. Niedobrze, gdy przed sobą mamy ciężarówkę. Możliwość wyprzedzenia na serpentynach prawie zerowa. Przed granicą z Andorą część jadących skraca drogę, kierując się do płatnego tunelu, ale nawet podczas niepogody, szkoda tracić górskie widoki.
Za granicą miasteczko marketów, sklepów i stacji benzynowych. Droga wiedzie się jeszcze kilkaset metrów po górach. Przełęcz Port d’Envalira i parking. Prawdopodobnie najwyżej położone miejsce w Europie, gdzie odbywa się regularny ruch samochodowy. Morze gór pokrytych śniegiem. Droga wijąca się jak rzeka z jednej i drugiej strony tego niezwykłego miejsca. I tylko szpetna stacja benzynowa, przypomina, o istniejącej tu cywilizacji.
Trzydziestokilometrowy zjazd w stronę stolicy od pewnego momentu stanowi strumień brudnej wody. Ciemnożółta maź spływająca z topniejącym śniegiem jakby z placu budowy. Rzeczywiście Andora naprawdę stanowi ogromną budowę. Hotele, pensjonaty, to obok handlu i bankowości, podstawa gospodarki księstwa. Ogromne ciężarówki z betonem, czy żwirem stanowią dopełnienie do lasu dźwigów gęsto rozsianych na zboczach doliny.
Soldeu, Canillo, Encap i Andora la Vella, na poziomie 1029 metrów. Główna ulica dwudziestotrzytysięcznej stolicy jest trasą tranzytową, gdzie prędkość skutecznie wytłumiają sygnalizacje świetlne i robiący zakupy. Trudno się dziwić. Sprawdzić należy ceny przynajmniej w dziesięciu różnych sklepach, bo taki sam artykuł może mieć różnicę w cenie do kilkudziesięciu euro, o czym potem przekonujemy się poszukując konkretny model aparatu cyfrowego.
Ubłocone auto zostawiamy w bocznej ulicy, niedaleko Caldea Spa, największego w Europie centrum wypoczynku termalnego, którego szklany budynek zwieńcza osiemdziesięciometrowa wieża.
Szybka analiza cen: paliwo: 0,90 - 0,92 euro za litr, spirytus 98%: 2,99 euro za litr, tyle samo whisky "VAT 69", czy "Absynth". "Średnio" tani wydaje się produkt z Łańcuta – "Wódka Wyborowa". Alkohol ten jest w naszym odczuciu nieco "podejrzany", bo wiadomo, że już od dawna jedynie "Poznań" ma wyłączność na tę markę... Cóż. "Brniemy" dalej. Elektronika, artykuły fotograficzne, optyczne, spożywcze... Cały kraj o powierzchni mniejszej od Warszawy objęty strefą wolnocłową i zwolnieniem od podatku dochodowego. Rzeczywiście, jesteśmy pod "cenowym" wrażeniem niektórych artykułów.
Ulicami centrum przejeżdża pojazd wydający dźwięki krowy i reklamujący jakąś mleczarnię, czy nabiał. Na dachu volkswagena transportera idealnie wkomponowany olbrzymi odlew krowy z tworzywa sztucznego, z przelewającymi się poza zabudowę samochodu wymionami i odnóżami zwierzęcia... Śpieszymy się, bo o trzynastej rozpoczyna się sjesta i sklepy zostają zamknięte.
Odkrywcy ścieżek trudno oprzeć się wyjścia w góry. Tym bardziej w tak "egzotycznym" kraju, jakim jest Księstwo Andory, gdzie głowę państwa jednocześnie sprawują współksiążęta: prezydent Francji i biskup hiszpańskiego miasteczka Seo de Urgel, a administracyjnie terytorium podzielone jest na...siedem parafii. Z dużym wyczuciem znajdujemy poza centrum szlak prowadzący w kierunku szczytu Pic de Perafita i granic trzech państw. Trzeba się "sprężać". Są już popołudniowe godziny, a trasa wydaje się raczej trudna. Pusty szlak kusi. Przed nami perspektywa odnalezienia pozostałości starożytnych, wysokogórskich osad rolniczych, wpisanych do listy światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO - Madriu-Perafita-Claror. Oznaczeń jednak do tych miejsc nie ma.
Dwie i pół godziny leśną ścieżką stale pod górę, owocuje rozległą polaną i widokiem na pirenejskie trzytysięczniki. Żywego ducha. Pot na ciele szybko wywołuje odczucie zimna w kilkustopniowej temperaturze. Mijamy pasterski, kamienny szałas, czyli cabanę, z dachem obłożonym darniną, gdzie po przeciśnięciu się przez szczelinę można przenocować na deskowanej podłodze. Kawałek dalej puste schronisko Perafita: trzy dwupiętrowe prycze, z kocami, kominek, stół, część gospodarcza, łopata, siekiera, przygotowane do kominka drewno. Wszystko dostępne bez jakichkolwiek zobowiązań. Nieopodal metalowy kontener na odpadki, spięty linami do wywiezienia przez śmigłowiec. Szumi strumień. 2200 metrów nad poziomem morza, o czym informuje tabliczka nad wejściem do Refugio de Perafita.
Wieczór przy pełni księżyca do niezły pomysł, aby jeszcze raz zatrzymać samochód na wysokości Rysów, na przełęczy Port d’Envalira i popatrzeć na góry. Landschaft piękniejszy niż na obrazach. Prawdziwy.
Francuscy pogranicznicy w Pas de la Casa z ciekawością oglądają nasz pojazd na polskich numerach rejestracyjnych. Tradycyjne pytanie celnika o wwożone do Unii towary. Zjeżdżamy samotnie ze zboczy pirenejskich. Ci, którzy mieli zrobić zakupy w Andorze są już prawdopodobnie w domach. Nasze towary w bagażniku, w razie czego, przykryte zabłoconymi butami górskimi.
Aux-les-Thermes - u podnóża Pirenejów, godzina 22.00. Pusta szosa przecinająca kurort. W świetle ulicznych lamp, kilkadziesiąt metrów przed samochodem pojawia się człowiek z lizakiem i świetlną tablicą... "Douane".
Na wielkim placu, gdzie jak na dłoni widoczne światła zjeżdżających z granicy samochodów - rewizje. Rzeczywiście buty i przepocone koszule robią niesmaczne wrażenie na służbie celnej. Odstępuje od wgłębiania się w szczegóły zawartości bagażnika. Pytanie o ilości wwożonego alkoholu. Nie wymieniamy z nazwy "Absyntu". Władze na tę znaną od XVII, a popularną w XIX wieku nalewkę spirytusową, są szczególnie wyczulone. Zawarty w niej piołun wywołuje ponoć u człowieka reakcje halucynogenne. Produkowana jest po sąsiedzku, w Hiszpanii, tu zaś zakazana pod pretekstem szkodliwości olejków eterycznych piołunu. Szczęśliwie o nazwę produktu, nikt nie pyta...
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|