| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2009-10-12
|
|
autor: ajtne, Joanna |
Wulkaniczna tarantella |
|
| ocena: 4.60 | przeczytano 184 razy |
Szczyt
15.07 (wtorek)
Jak szczyty to tylko te najwyższe. Nigdy tak nie myślałam, ale w Apeninach i ciągłych dylematach, gdzie się wybrać to mogło być dobre rozwiązanie. Więc, kiedy zaplanowano zdobywanie Corno Grande już nie miałam żadnych wątpliwości – tym razem będę w grupie górskiej, najwyżej się wycofam, jeśli okaże się, że za wysokie progi. Corno Grande – Wielki Róg (2912 m n.p.m.), to najwyższy szczyt Apeninów w masywie Gran Sasso d`Italia, szósty pod względem wybitności szczyt Europy. Góra zbudowana jest głównie z wapieni, a na północnym stoku znajduje się mały lodowiec. W pogodne dni ze szczytu widać Adriatyk.
Zanim tam jednak dotarliśmy, najpierw była autostrada i tunel 10km. Nie lubię adrenaliny podsycanej klaustrofobicznymi myślami. Najlepiej wtedy zmienić się w martwego żuczka. Potem była kolejka linowa. Przynajmniej krótki odcinek. Potem ogarnął nas ziąb. Skuleni ruszyliśmy na szlak. Niektórzy zostali od razu, inni zawracali już ze szlaku. A mi się szło całkiem miło, mimo mgły i chłodu, więc z myślą, że jeszcze troszeczkę, najwyżej zawrócę – szłam sobie wesolutko. Jednak jak to bywa – nagle żarty się skończyły, a zaczęły się schody. A właściwie – skany komin: noga, ręka, noga, ręka. Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono. Hm, mnie w takich okolicznościach dotychczas nie sprawdzano. I ciągle mam w oczach scenę z wysuwającą się ręką z „Na krawędzi” Zdecydowanie zbyt bujna wyobraźnia nie sprzyja w takich sytuacjach. Na szczycie też nadmiar uczuć. Gdyby czasem móc wyłączać emocje wszystko byłoby o wiele prostsze... Widoki nie rozpieszczały nas. Wszystko skrywała mgła.
Przypomina mi się Wysocki:
Zawsze i wszędzie, nawet we śnie,
pamiętaj, że wygrać potrafisz,
byle we mgle wiary nie stracić,
byle we mgle odnaleźć się!
Podobno mgła była naszym sprzymierzeńcem zasłaniając ekspozycje, ale... szkoda?
Przy zejściu trochę się rozjaśniło i w przebłyskach ukazywały się szczyty, ściany i kotliny. Jako tło dla żółtych kwiatków.
Potem znów kolejka, tunel, który nagle stał mi się obojętny i camping ze zjeżonym bałwaniasto, ale nadal kojąco ciepłym morzem. Wreszcie woda otuliła mnie i ukołysała...
Cuda w Lanciano
16.07 (środa)
Kolejne pasmo Apeninów do zobaczenia to dzikie Abruzy. Są to mało znane góry, nie wiadomo czy są tam szlaki i w ogóle wszystko może się tam wydarzyć. Piękne i straszne. Kusiło nas z Gą jednak zwykłe życie i wtopienie się w tłum, na co liczyłyśmy w Castellucio, a czego darować sobie nie mogłyśmy. Pojechałyśmy więc z całą grupą, ale i z planem alternatywnym.
I tak dotarliśmy do Lanciano, miasta cudów.
Było to w VIII wieku, w małym kościółku pod wezwaniem świętego Legoncjana. Mszę świętą odprawiał mnich bazylianin, który nie potrafił uwierzyć, że Ciało i Krew Pańska jest naprawdę obecna w konsekrowanych postaciach chleba i wina. I stał się cud. Przed oczami kapłana, biała Hostia przemieniła się w cząstkę żywego ciała, a w kielichu ujrzał prawdziwą krew, która zakrzepła, tworząc pięć cząstek różnej wielkości i kształtu. I tak trwają do dziś, w niezmienionej postaci, bez żadnej konserwacji – kawałek ciała z mięśnia sercowego i zastygłe krople krwi o takim samym składzie jak ta z Całunu, i o przedziwnych właściwościach fizycznych – każda z nich waży tyle, co suma pozostałych...
Stajemy przed Eucharystią, tak prawdziwą jak zawsze, a jednak dla zmysłów jeszcze prawdziwszą. Wzruszenie, pokora, lęk, drżenie – rzadkie momenty odczuwania sacrum. Takie chwile zostają na zawsze. Zostają, mimo, że zaraz wychodzimy z kościoła, na rozsłonecznione ulice Lanciano. Górscy ruszają dalej, a my z Ga dajemy się ponieść uliczkom, zaułkom, nastrojom... Miasto to chlubi się dzielnicami zabytkowymi należącymi do najlepiej zachowanych w Abruzji. Dziś główny plac miasta to tętniący życiem Piazza Plebiscito, ale i w tym zgiełku widać grupki starszych panów, którzy na długie godziny zasiadłszy na ławeczkach kontemplują życie.
Idziemy uliczkami, schodami w górę i schodami w dół. Zza zakrętów i zaułków wyłaniają się piękne architektonicznie lub ciekawe obyczajowo kadry. Wiekowe kamienice, szare dachówki, półprzymknięte okiennice, gzymsy, kołatki, detale... Kędzierzawe główki dzieci wyglądających jak ciemne aniołki Botticellego, fryzjer jak kadr z realizmu włoskiego. Rowery, skutery, samochody pędzące zbyt szybko i niemożliwie po wąskich wzniesieniach uliczek. Chłopcy grający w piłkę na tarasie dachu kamienicy. Obrazki z włoskiego życia...
Zaglądamy do małego zakładu stolarskiego, gdzie maleńki Włoch z czarnym wąsikiem jak niteczka (a jakże!) opowiada, ze w Lanciano jest jeszcze drugi cud – daje nam ulotkę i woła znajomka, aby nas tam zaprowadził. Kaplica jakby w murze, gdzie lśni Eucharystia (jak potem dowiemy się z tłumaczenia ulotki – w średniowieczu pewna kobieta chciała do niecnych czarów użyć Hostii. Jednak stało się coś niezwykłego: Hostia zmieniła się w ciało. I znów wieki mijają, a Przeistoczenie trwa).
I znowu wędrujemy bez celu i pośpiechu. Docieramy do murów, skąd rozpościera się wspaniały widok na dachy miasta, dalej – na pola i winnice, i jeszcze dalej na Abruzy, gdzie pewnie wędrują nasi... Schodzimy znów w dół miasta i natrafiamy na targowisko rzeczy przeróżnych: ubrania, pasmanteria, rzeczy codziennego i niecodziennego użytku. Włoszki okupują stoły z ciuchami – wyrywają je sobie, krzyczą – dokładnie tak jak nakazuje stereotyp. Robimy niezbędne zakupy: wachlarze, kolorowa bielizna i czajniczki do kawy po włosku.
Długo też przymierzamy kapelusze przeglądając się w małych lusterkach. W tafli refleks – Federico Fellini?
W końcu nieco znużone przysiadamy w kawiarnianym ogródku, by przy kawie opracować logistyczny plan odwrotu z Lanciano. Najchętniej ruszyłabym na autostop, ale to nie Rumunia czy CG, gdzie tak się miło stopem podróżowało. We Włoszech ponoć jest znacznie trudniej. Dzięki planowi miasta z IT jakoś znajdujemy dworzec autobusowy, który wygląda mało zachęcająco. Otoczony odrapanymi blokami plac, po którym hulają śmieci, a w kącie przycupnięte dwie smętne wiaty z oberwanymi plakatami. Jakieś autobusy sunące bez ładu i składu. Żadnego rozkładu jazdy. Rozpacz. Podchodzę do jakiegoś człowieka dukając z pytającą intonacją „Pescara, bus?” Coś szybko nawija po włosku, z czego rozumiem tylko, że autobusu do Pescary nie ma, może będzie wieczorem. Odchodzę więc do Gi i zastanawiamy się, czy jednak nie iść na wylotówkę na autostop. Gdy tak stoimy jako te siroty na obcej ziemi, podchodzi zagadnięty przed chwilą człowiek i pyta czy aby nie jesteśmy Polkami, bo akcent jakiś taki. Okazuje się, że to Polak mieszkający od 15 lat we Włoszech. Pomaga nam wydostać się z Lanciano – jedziemy autobusem do Chieti i tam, od razu wskakujemy do następnego do Pescary. Nie mamy jednak biletów, o czym uprzejmie informujemy kierowcę (co wzbudza ogólne zainteresowanie bardzo towarzyskich Włochów). Tłumaczą nam, że bilety kupuje się w kasie na zewnątrz, ale ponieważ jest już godzina odjazdu, twardo pozostajemy w autobusie, najwyżej w razie kontroli będziemy robić za głupie cudzoziemki – w końcu za jazdę na gapę nas nie zamkną do więzienia! Byle do Pescary! Jedziemy więc. W pewnym momencie autobus się zatrzymuje i jeden z pasażerów pokazuje mi na migi, abym z nim wysiadła. Nie bardzo wiem o co chodzi, ale przeczuwam, że o bilety. Biorę więc tylko pieniądze i wysiadam zostawiając plecak i paszport u Gi, w autobusie. Gdy tylko wysiadam, drzwi autobusu zamykają się z cichym szmerem, a Ga, mój paszport i cały autobus odjeżdżają w siną dal, zaś ja zostaję z obcym człowiekiem gdzieś na włoskiej ziemi. Teraz wydarzenia nabierają tempa. Mój Włoch z wrodzonym sobie temperamentem zagania mnie do jakiejś bramy. Ratunku! Okazuje się jednak, że tu można kupić bilety. Urzędnik patrzy z niesmakiem, czemuż to zwykła czynność kupowania biletów tak bardzo mnie bawi. Teraz trzeba dogonić autobus. Mój towarzysz popędza mnie niemiłosiernie, gnamy przez jakieś ulice, aż wreszcie jest! Widzę autobus, i wielkie jak spodki oczy Gi, obserwującej nasz bieg.
W Pescarze mamy do wyboru – pociąg lub autobus. Autobusów mamy dość, teraz należy poznać włoskie koleje państwowe. Dworzec jak centralny w Warszawie, a kolejka z tych podmiejskich. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, pinie i spokój wielkiej wody, a w naszym wagonie totalny harmider czyniony przez małe kolonistki w białych chusteczkach puszczone samopas przez niewiele od nich starsze opiekunki. Wreszcie Roseto. Z dworca udajemy się prosto na plażę, zrzucamy ciuchy i już ostatni odcinek pokonujemy obmywane przez fale Adriatyku. Po paru kilometrach spotykamy naszych plażowych skwarzących się na mahoń. I tak nastało leniwe popołudnie...
Ci najmniej leniwi wrócili późnym wieczorem pełni wrażeń po eksploracji dzikich Abruzów. Jak się okazało każdy zdobywał swój szczyt w Monte Majella. A potem wszyscy podziwiali wizerunek Chrystusa nie ludzką ręką malowanego w Manopello.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|