PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 Zobaczyć Maroko i (nie) umrzeć




  Artykuły

kategoria: Podróże>Europa data dodania: 2009-10-12      
autor: ajtne, Joanna

Wulkaniczna tarantella

ocena: 4.60przeczytano 184 razy


Wyspy Liparyjskie. Porażka na Stromboli
19.07 (sobota)


Rankiem dojeżdżamy do portu, gdzie przesiadamy się na wodolot, którym dostajemy się na jedną z Wysp Liparyjskich – Stromboli (12km2). Morze nas kołysze usypiająco, aż nagle w bulaju pojawia się wulkan z czapą dymu.



Rośnie w oczach – tam właśnie płyniemy. Gdy wysiadamy na Stromboli już widać egzotykę – czarny, wulkaniczny, żwirek plaży, olśniewająco białe domki, kolorowa, bujna roślinność – opuncje, agawy, palmy. Tragarze wynoszą z wodolotu zakupy – cale kartony. Rzeczywiście, tylko taką drogą można dostarczyć na wyspę zaopatrzenie. Nie ma tu nawet samochodów, tylko małe trójkołowce do przewozu turystów. Właśnie czekają na chętnych przy molo. A nad wszystkim – dymiący od niechcenia wulkan (926mnpm) Jest jeszcze stosunkowo wcześnie, ale żar już leje się z nieba.

Ruszamy na szlak, uprzednio spytawszy o miejscowego przewodnika. Jednak nikt o tej porze, z perspektywą marszu w samo południe nie ruszy. Idziemy więc sami. W miarę jak się wznosimy, wyspa wygląda coraz piękniej – otoczona szafirowym morzem, pasem czarnej plaży, za którą widać pas zieleni i w końcu pasek białych budowli. Dochodzimy do starego cmentarza, gdzie drzemią nieliczne groby wyraźnie nadgryzione zębem czasu. Szlak się rozwidla, skręcamy nie w tę stronę, co trzeba, więc zawracamy. A ja czuję się jakoś dziwnie – każdy krok wbija mi się klinem bólu w głowę, przed oczami przelatują świetliste mroczki, mam mdłości. Ale przecież chcę iść!!! Jednak ten rozsądek drań nie dopuszcza takiej możliwości. Zawracam. I bardzo mi żal. Sama jestem sobie winna. Dopiero potem sobie uświadomiłam, że przez tą nocną jazdę i cały ranek prawie nic nie piłam... Może to było przyczyną, bo sam upał by mnie przecież nie zmógł...

Zawróciłyśmy z Gą i ruszyłyśmy na rekonesans. Miasteczko miało tylko parę ulic, z których każda wąska, biała, ukwiecona. Pełno pamiątek i knajpek. Tudzież regionalne jedzenie na wynos. Na razie zniosło nas na plażę. Zdjęłyśmy sandały, aby wdzięcznie brodzić w przybrzeżnych falach – a tu porażka! Czarny żwirek osuwał się spod stóp, tak, że nie dało się iść, na plaży też nie sposób stąpnąć, bo parzyło niemiłosiernie. W ogóle cała ta plaża jakaś mało zachęcająca.



Mozół, a nie przyjemność. Nawet nie mamy ochoty na kąpiel, jeśli nie ma perspektywy spłukania słonej wody. Ewakuujemy się stamtąd. Gorąco. Nagle widzę coś nader interesującego. Jakaś budowla z czymś na kształt pryszniców. Gi nie trzeba namawiać. Ruszamy na eksplorację terenu. Rzeczywiście – jakieś maleńkie spa. A tam basen zimny, gorący, prysznice. Wprawdzie miejsce wygląda na nie do końca wykończone, ale nam to specjalnie nie przeszkadza, grunt, że słodka woda w kranach. Spływająca po rozgrzanym ciele woda to istna rozkosz, aż trudno wyjść. Ale kiedyś trzeba. Z wodą kapiącą z włosów wychodzę z kabiny, a tam jakaś starsza pani patrzy z wielkim zdziwieniem, za chwilę przyłącza do niej mąż, jak się okazuje pracujący przy budowie spa. Bo to dopiero budowa, tylko kanalizacja już podłączona. Specjalnie im to jednak nie przeszkadza, że skorzystałyśmy z prysznicy. Chcemy płacić, ale absolutnie nie zgadzają się, więc odświeżone i pełne wdzięczności ruszamy dalej.

Teraz pora na kawę i kontemplację krajobrazu. Trafiamy do jakiejś kafejki, gdzie zasiada chyba miejscowa młodzież – mają charakterystyczny wygląd: coś greckiego w rysach – oliwkowy odcień skóry, złamany nos, kształt ust, smoliste, kręcone włosy. Właściwie te wyspy mają ograniczony dostęp do lądu, więc pewnie charakterystyczny genotyp ma większe szanse na przetrwanie... Wypijamy espresso, i mnóstwo wody – co nam wreszcie daje trochę energii. Robimy rundkę po Stromboli zaglądając to tu, to tam. Spotkana Polka poleca nam jedzenie u Luciano. Czemu nie? Wstępujemy na taras pizzerii, skąd, z jednej strony rozciąga się widok na morze z maleńką wysepką Strombolicchio zakończoną latarnią morską, a z drugiej wierzchołek wulkanu. Pizza faktycznie jest pyszna (najlepsza spośród wszystkich jedzonych podczas tej wyprawy). Teraz czas na sjestę, zasiadamy na murku w oczekiwaniu na wodolot. Powoli schodzą się nasi zdobywcy wulkanu. Opowiadają o niecodziennych wrażeniach, gdy wśród wizgów i huków wulkan pluł kamieniami. Słuchać tego nie mogę, tak mi żal... Ale zaraz się pocieszę. Nieco spóźniony wodolot opływa kolejne Wyspy – Basiluzzo, Panarea, Salina, Lipari, w końcu dymiące Vulcano, którego dymy nadają słońcu kolor starego złota.



Siedzę na rufie wodolotu, woda bryzga, i jest tak pięknie, że porażka na Stromboli nie jest już tak bolesna. Zanurzam się w słono-wilgotnym powietrzu sycylijskiego popołudnia.

Do naszej nowej przystani – Noto docieramy dopiero wieczorem. Okazuje się, że nie będziemy mieszkać w hotelu, tylko w sieci kwater „Bed&Breakfest”, z tym że o żadnym śniadaniu nie ma mowy. Trafiamy do samodzielnego apartamentu, przestronnego, nowocześnie urządzonego, z klimatyzacją. Aż dziwne, że tak nowoczesne lokum kryje się w tak archaicznym zaułku.



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Włochy

Informacje o kraju: Włochy
Flaga - Włochy


  Watykan

Informacje o kraju: Watykan
Flaga - Watykan



KONKURS NA RELACJĘ Z PODRÓŻY






© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: bramkasms.com.pl - darmowa bramka smssmspower.pl - darmowa bramka sms, doładowania, logo dzwonki