| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2009-10-12
|
|
autor: ajtne, Joanna |
Wulkaniczna tarantella |
|
| ocena: 4.60 | przeczytano 184 razy |
Dolomity. W końcu zawsze trzeba zejść z gór...
26-27.07 (sobota-niedziela)
W końcu zawsze trzeba zejść z gór...
Rankiem część ludzi rusza na ferratę na Civettę (3220mnpm)
Coś mnie ciągnie, wstaję razem z nimi, ale wiem, że nie mogę iść na ten szlak. Obiecałam.. No, a przecież żal... Tylko patrzę w niknące sylwetki. Jakoś się pocieszę. Powoli wstaje pozostała część ekipy. Śniadanie jemy nieśpiesznie, zapodaję sobie kawę latte – zaskakująco pyszna jak na schronisko. Plan mamy taki, aby przejść się lżejszymi szlakami, obejrzeć jezioro, dotrzeć na przełęcz lub gdzie oczy poniosą. Snujemy się więc lajtowo. Widoki przepiękne, bajkowe skalniaczki, jezioro jak szafirowe oczko. Błogostan.
Chłopców wabi szczyt zwieńczony krzyżem naprzeciwko Civetty (do dziś nie wem jaki?). Idziemy tam we trójkę. Rewelacja. Jednak bardziej kameralna grupa w górach jest o wiele milsza niż tłumek. Idziemy czerwonym szlakiem, zaczynają się skałki, gdy docieramy do krzyża, robimy sobie zdjęcia samowyzwalaczem i tysiące widoków, bo jakżdy kadr piękniejszy od poprzedniego.
Lokujemy się wygodnie na szczycie i chłoniemy piękno, spokój, uniesienie. Jest tak cudownie, że nie chce się schodzić, ale cóż, i bogowie schodzili na ziemię...
Na dole spotykamy resztę towarzystwa i grupkę wesołych Włochów w koszulkach z sówką – Civettą, gdy robię im zdjęcie proponują mi wymianę koszulek. Odmawiam spłoszona, ale ze spóźnionym, jak zwykle refleksem myślę sobie – czemu by nie? Chętnie bym jeszcze tu została, chciałabym poczekać na ferratowców, ale Ga namawia mnie, aby już schodzić do autokaru. Więc ruszamy
В суету городов и в потоки машин
Возвращаемся мы - просто некуда деться!
И спускаемся вниз с покоренных вершин,
Оставляя в горах, оставляя в горах свое сердце.
W połowie drogi łapie nas burza. Nie cierpię! Zmoczone jesteśmy do suchej nitki, bo nie wzięłam kurtki. Może to i lepiej, bo przy krótkich spodenkach, mało się przemoknie, tylko ma się prysznic. A w suche rzeczy zaraz się przebierzemy. Czekamy na zdobywców Civetty, gdy widzimy helikopter krążący w okolicach ferraty. Boję się. Szczęśliwie jednak wszyscy wracają cali i zdrowi. Leje nadal.
Pokonujemy góry serpentynami. W Cortina d’Ampezzo robimy ostatnie zakupy, za chwilę opuścimy Włochy, nocą przemierzymy Austrię, miniemy Słowację... Noc mija szybko. I sama nie wiem, czy cieszę się z powrotu do Polski, czy żal mi tego, co przemija...
Zostaje tylko fotografia?
Teraz kołyszą mnie sycylijskie melodie sączące się przez słuchawki – dźwięki bałałajki i lekko schrypnięty głos śpiewaka wyśpiewującego niezrozumiałe, ale całkiem jasne słowa piosenki. Patrzę na obrazki na ekranie, z których każdy jest nie tylko zdjęciem, ale i kotwicą do czasu i miejsca, gdzie trzymałam aparat w ręku. Jeszcze czuję smak i zapach pomarańczy z Wąwozów Alcantara... Tylko słońce już nie to. Inne powietrze, inny zapach, inny dotyk. Namolnie ciśnie się nieco zniekształcona liryka:
Kiedy się miało szczęście, które się nie trafia:
szczyt wulkanów i ziemię całą,
a została tylko fotografia
– to, to jest bardzo mało.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|