PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Polska data dodania: 2009-11-02      
autor: arturo,

Męska muzyka: tata i syn na jurze

ocena: 4.50przeczytano 65 razy


Dzień piąty: leje…
Ojców – Dol. Sąspowska – Sąspów – Jerzmanowice – Łazy: 15 km

Ten dzień miał wyglądać inaczej… Poranek wita nas zachmurzonym niebem, co nie wróży niczego dobrego… Po śniadaniu dojeżdżamy do zamku w Ojcowie. Ten jest jednak zamknięty, oglądamy go więc z zewnątrz i dojeżdżamy do wejścia w Dol. Sąspowską. Tu zaczyna padać na dobre. Spędzamy więc około pół godziny pod parasolami baru, a gdy deszcz ustaje – ruszamy w Dol. Sąspowską. Dolina wije się malowniczo wzdłuż potoku, co jakiś czas drzewa odsłaniają skały. Mijamy piękny budynek stacji sejsmograficznej i dojeżdżamy do wsi Sąspów. Tu w sklepie kupujemy mleko i urządzamy sobie przy nim drugie śniadanie – obowiązkowe muesli. Dalej asfaltem do głównej drogi Kraków – Olkusz, przecinamy ją i zjazd do Jerzmanowic. Znów się rozpadało – my zmokliśmy i kolejny przystanek pod parasolami. Tym razem sklepu. Czas na przemyślenia – pod zadaszeniem sklepu spędzamy prawie dwie godziny. Mimo, że przejechaliśmy zaledwie 11 km, decyduję się skrócić dzisiejszy dystans i dotrzeć tylko do wioski Łazy, gdzie znajduje się schronisko młodzieżowe. Zostały nam 4 km. Robimy zakupy na obiad. Z bagażu wyciągam folię malarską, z której wycinam nożyczkami dwa kawałki i konstruuję coś w rodzaju ponczo. Start się nie udał – było za długie z przodu i syn wkręcił folię w korbę. Usłyszałem tylko przerażone wołanie zza pleców… Nożyczki ponownie poszły w ruch i wreszcie jedziemy. Gdy zjeżdżamy w sieczącym deszczu do Łaz, długie foliowe peleryny unoszą się za nami w powietrzu. Wyglądamy niczym rycerze pędzący na swych rumakach. Syn widzi to inaczej - mówi, że wyglądam jak Superman :) Przy schronisku jesteśmy około godz. 14-tej. Zamknięte – otwierają o 17-tej. Na dzwonek nikt nie odpowiada. Gdy wyciągnąłem wydruki numerów telefonów do schronisk – okazało się, że deszcz rozmył tusz… Trzeba było pisać długopisem! Na budynku nie ma żadnej informacji o numerze telefonu do kogoś z obsługi. W pierwszym z brzegu domu informują nas, że we wsi jest drugie, prywatne schronisko. Hurra! Otwarte! Miła właścicielka wpuszcza nas do środka (płacimy razem 30 zł). Po pierwsze – gorąca kąpiel, po drugie gorąca herbata. Potem sporządzenie posiłku. Pod wieczór pogoda się poprawiła – zdecydowaliśmy się więc jeszcze na rowerowy rekonesans Dol. Szklarki. W drodze powrotnej do schroniska, gdy pieszo pokonujemy sporą górkę – z zarośli przy szosie wychodzi kilka krów i gospodarz, spędzający je na noc z pastwiska. Nie wiadomo kto był bardziej zaskoczony – my, czy opróżniające się prosto pod nasze koła zwierzęta… Gospodarz nas zagaduje, jednak podczas rozmowy z nim, widzę kątem oka, jak syn pospiesznie się oddala - przeraźliwy smród krowich odchodów zrobił swoje…
Nocleg wygodny, ciepły i suchy.

Dzień szósty: ostatki
Łazy – Dol. Będkowska – Dol. Kobylańska – Rudno – Wola Filipowska: 30 km

Od rana przygód ciąg dalszy: podczas śniadania kot właścicieli schroniska skacze na stół i wylewa na syna muesli z mlekiem. Grzeczny kotek zrobił to specjalnie. Gdy jestem zajęty sprzątaniem - on sobie spokojnie zlizuje rozlane mleczko... Wyciągam ostatnią czystą koszulkę, pakujemy bagaż i ruszamy. Od schroniska w Łazach prawie cały czas w dół. Najpierw szutrem zjeżdżamy do Dol. Będkowskiej, którą za niebieskim szlakiem pieszym - również w dół. Dookoła pojawiają się coraz większe grupy skalne, aż stajemy na polu namiotowym pod olbrzymią ścianą Sokolicy. Skalna ściana robi wrażenie. Nie spodziewałem się nawet, że będzie tak wielka. Odtąd wąski asfalt, przerywany szutrowymi kawałkami doprowadza nas do wejścia w dolinę. Tu odbijamy na Kobylany i wjeżdżamy w Dol. Kobylańską. Skalne ściany są tutaj obklejone wspinającymi się śmiałkami. Po pieszej penetracji doliny wracamy do Kobylan i asfaltem przez Brzezinkę, Rudawę i Młynkę – wjeżdżamy do lasu Terczyńskiego Parku Krajobrazowego. Równa, wąska asfaltowa droga prowadzi nas cały czas prosto – do ruin zamku Teczyn w Rudnie. Wyjeżdżamy po jego wschodniej stronie, przy „ścianie” którą już znam, niemożliwej do pokonania obładowanym rowerem. Objeżdżamy go więc około 2 km, by stanąć u jego bram. Zamkniętych na kłódkę bram. Jestem rozczarowany. Od mieszkającej obok kobiety dowiaduję się, że to decyzja wojewody, która jest konsekwencją ciągnącego się sporu na linii rodzina Potockich – urzędnicze państwo. Podobno chodzi o prawa własności do obiektu. Tak więc zamiast biwaku na trawiastym dziedzińcu zamku – rozkładamy się niedaleko parkingu, mając ruiny w całej okazałości przed sobą. Zjadamy po zupce przyrządzonej na miniaturowej kuchence i…znowu zaczyna kropić. Ponieważ do stacji PKP jest stąd około 5 km, zwijamy się szybko, by zdążyć zanim rozpada się na dobre. Niestety nie zdążyliśmy… A więc przerwa w tradycyjnym „schronie” – przystanku autobusowym. Na szczęście pogoda się poprawia i dojeżdżamy do Woli Filipowskiej. Stąd już pociągiem, aż do miejsca zamieszkania. Na peronie czekała mama, w domku zaś – pyszny obiadek, który znów zjedliśmy jako kolację…



strona: 1 | 2 | 3 | 4

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 


KONKURS NA RELACJĘ Z PODRÓŻY









© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: bramkasms.com.pl - darmowa bramka smssmspower.pl - darmowa bramka sms, doładowania, logo dzwonki