| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2009-11-05
|
|
autor: mervol, Tomasz Merwiński |
Bazar zwany Damaszkiem |
|
| ocena: 2.82 | przeczytano 136 razy |
Krążymy dalej po zaułkach, uliczkach i ciasnych przejściach suku al-Hamidiyya, szukając czegoś wyjątkowego. Trafiamy do jednego z licznych sklepików, gdzie sprzedawca próbuje nas skusić pięknymi szkatułkami. Niestety cena, mimo usilnych targów, nie jest już tak olśniewająca. Jednak ani my, ani Syryjczyk nie poddajemy się – wreszcie zostajemy zaprowadzeni do pomieszczenia na piętrze, sprzedawca zapala światło i daje nam szansę przejrzeć resztę eksponatów, jakimi dysponuje. Gdyby tak jednak mieć ten królewski skarbiec, czuję że Olga niewiele by z niego zostawiła. Jej błyszczące, rozbiegane oczy wędrują od towaru do towaru ze smutną świadomością, że nawet gdyby mogła to wszystko kupić, z taką górą pamiątek nie wpuszczą nas do samolotu. Pozostaje nam kupić coś drobniejszego, ale charakterystycznego, ładnego, użytecznego... wybór pada na ładną drewnianą szkatułkę ze skromnymi zdobieniami i wprasowanymi w ścianki pudełeczka fragmentami masy perłowej. Wstępna cena, wywołana przez sprzedawcę, nie wróży niczego dobrego. Jednak chęć Olgi posiadania tego również nie wróżyła niczego dobrego. Wiedziałem, że spędzimy tam dłuższą chwilę... Cóż, dzisiaj mogę jedynie powiedzieć: „tak wytrwałych i niesamowitych targów jeszcze nie widziałem”. A wszystko skończyło się jak w dobrej bajce – mi kupiec uścisnął dłoń, Olgę ucałował w policzek i zadowolony wręczył nam pudełeczko (a my jemu plik syryjskich funtów).
Ufff... zakupy zaczynają mi powoli ciążyć, czas chyba skierować się ku wyjściu. A to jeszcze kawał drogi! Na szczęście nasze kupieckie potrzeby zostały zaspokojone. Bynajmniej na dzisiaj. Mijamy dzieciaki puszczające na ziemi czołgających się plastikowych żołnierzy, ale i mijamy prawdziwych żołnierzy (z Indii, zapewne z misji ONZ). Już zbliżamy się do końca suku al-Hamidiyya, już mamy wyjść na ruchliwą ulicę, już mamy skierować się ku hotelowi... kiedy Olga ulega nawoływaniom sympatycznego, starszego Syryjczyka...
Wchodzimy do jego sklepiku, jest taki jak setki innych w tym mieście, ale z drugiej strony sprzedawca sprawia wrażenie naprawdę nadzwyczaj sympatycznego (chociaż kto tutaj nie jest sympatycznym?). Zaprowadza nas na jedno piętro, później na drugie, gdzie wreszcie Olga dostrzega kolejny obrus. A może by tak kogoś nim obdarować? Sądzę, że teściowej bardziej się spodoba, niż wcześniej proponowany sztylet. Kolejne długie targi, podczas których dowiadujemy się, że sprzedawca ma przyjaciół w Raciborzu. Kolejne przeciągające się rozmowy... i jest! Reklamówka z obrusem jest nasza, choć zarazem pieniądze rozmienione w kantorze pozostaną w Damaszku. Na koniec wszystkiego miły sprzedawca zaprasza nas na herbatę... A nie mówiłem, że ten jest jakiś nadzwyczaj sympatyczny? A nie mówiłem?
Tylko teraz tak sobie myślę: czemu nasze galerie handlowe nie dają tyle radości, tyle frajdt i wrażeń?
Październik 2009, Lubin
Tomasz Merwiński
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|