| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2010-02-04
|
|
autor: Gacus, |
Filipiny - 7107 wysp do raju |
|
| ocena: 5.00 | przeczytano 123 razy |
Filipiny - last call (15.XI.2009)
Jako że powoli nasz pobyt na Filipinach dobiega końca, opłaciliśmy kolejnej grupie zdolnej młodzieży podróżniczej bilety, a oni postanowili udokumentować wszystkie nasze dotychczasowe dokonania na http://filipiny.mehow.net - tam Wiktor i spółka wspólnie cały ten bloggerski wóz cygański ciągną, który ja tu nie dość, że sam ciągnę, to jeszcze popycham 4 grubasów i pasożytów. Zapraszam, tam zobaczycie na zdjęciach miejsca, w których już byliśmy, a z których nie chciało nam się zdjęć wrzucić (poniżej foto od Wiktora).
My tymczasem opuściliśmy wczoraj samolotem wyspę Coron, gdzie jak było mówione zapoznaliśmy się z perfekcyjna robotą amerykańskiego lotnictwa. Kilkanaście zatopionych w jednejzatoce okrętów japońskich, Filipiny w czasie II wojny światowej grały tu ważną role, w samej Manili podczas dywanowego nalotu zginęło więcej ludzi niż w Hiroszimie, Warszawie czy Nagasaki. Wyspy na pewien czas przejęli od Amerykanów Japończycy, obie strony na zmianę ganiały przez dżungle swoich więźniów, ale wszystko dobre, co się dobrze kończy, Japończycy wojnę przegrali, a Filipiny stały się najbogatszym krajem regionu.... taaaaaa. W każdym razie wylecieliśmy z Coron za 70 zł, plus oplata lotniskowa - 1, 20 zł:) Po pasie startowym można pospacerować, dopiero, kiedy na niebie widać zbliżający się jeden z 3 dziennie przylatujących samolotów, syrena pożarowa wzywa do powrotu do terminala.... Tam nawet skanera bagażu nie ma! Idealne miejsce żeby jakąś spektakularną akcję przeprowadzić, ale komu na Filipinach by się w ogóle chciało, hymnem narodowym powinno uczynić się tutaj "Let it be" Beatlesów - let it be, i przypadkiem nikomu nie przeszkadzajmy, w nic się niemieszajmy, jak to dobrze być nam największym "dziadem" Azji Południowo-wschodniej.... Wylądowaliśmy w Manili i od razu na lotnisku podjęliśmy próby wynajęcia pojazdu, aby przelecieć szybko przez wyspę Luzon i zdementować plotki o powodziach, tajfunach, katastrofach i innych nieszczęściach. Nie powiem, Manila jakąś taka brudna, trochę inna niż Zurich. Ale żeby od razu powódź? Woda po szyje? Błoto na ulicach? Nie widać. Tu syf jest niezależnie od powodzi, niezależnie od tajfunu, niezależnie od sytuacji politycznej w Górnym Karabachu. Tu syf jest z urzędu, chociaż downtown wygląda jak na Manhattanie, a pokój z łazienką w dobrej dzielnicy kosztuje ponoć 1500 zł za miesiąc wynajmu! To już koniec ze śmiesznie tanimi krajami Trzeciego Świata, nawet za suchą bułkę dla konia zapłaciłem wczoraj 5 PHP (30 gr.)!
Ostatnim, więc tchem dobijanego powoli Europejczyka zafundowaliśmy sobie na 2 dni busa z kierowcą, który zawiózł nas 350 km na północ do tarasów ryżowych, ostatniej takna prawdę atrakcji Filipin po plażach. Te 350 km trwało prawie 10 godzin, kierowca jest ewidentnie niedorobiony - trzeba pilnować go na każdym skrzyżowaniu, zawsze skręci nie tam gdzie trzeba, przebija opony, nie mówi prawie w żadnym języku i co najgorsze chyba nie widzi zbyt dobrze. Nie dojechał na czas na te tarasy, przez co zobaczyliśmy je w szczątkowej postaci i tak już niezbyt imponującej, bo Ifugao Rice Terraces trzeba oglądać bodajże miedzy marcem i czerwcem, wtedy są zielone, mile i czarujące. W każdym razie droga przez Luzon, to droga przez lekka mękę - jak to w Azji niekończące się zabudowania, dzieci na drodze, wyprzedzanie na trzeciego i na czwartego, czasem piątego... ale ponownie - żadnych zniszczeń, nawet w wysokich górach, nie widać. Niech żyje niezależna wolna prasa i telewizja! Niech żyją igrzyska!
PS. Na drodze zauważyłem dużo policyjnych checkpointów. Nie wiem czy kogoś się szuka. Ale gra w karty idzie w nich dobrze. Powoli wracamy w kierunku Manili, którą jutro popołudniu jeszcze dobijemy, szykując się już mentalnie na wieczorny lot do byłej kolonii portugalskiej - Makao.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|