| Artykuły |
|
kategoria: Recenzje>Książki |
data dodania: 2010-02-15
|
|
autor: lbt, |
David Grann - "Zaginione miasto Z" + fragment |
|
| ocena: 0.00 | przeczytano 254 razy |
3
początek poszukiwań
[…]
Przyrodnicy często przedstawiają Amazonię jako „dziewiczy las”, którego, zanim wkroczyli tam drwale i inni intruzi, nie tknęła ludzka ręka. Co więcej, wielu archeologów i geografów twierdzi, że warunki panujące w Amazonii, podobnie jak w Arktyce, uniemożliwiają powstanie tam większych populacji, a zatem i złożonych społeczeństw, z podziałem pracy i hierarchiami, na których czele staliby wodzowie czy królowie. Betty Meggers ze Smithsonian Institute jest być może najbardziej wpływowym współczesnym archeologiem Amazonii. Zasłynęła określeniem jej w 1971 roku jako „fałszywego raju” , miejsca, które mimo całego bogactwa fauny i flory, jest wrogie człowiekowi. Deszcze i powodzie oraz palące słońce pozbawiają ziemię niezbędnych składników odżywczych, co sprawia, że rolnictwo na dużą skalę staje się niemożliwe. Zdaniem Meggers i innych naukowców w takim nieprzyjaznym krajobrazie mogą przetrwać jedynie niewielkie plemiona nomadów. Ponieważ ziemia rodzi tak mało pożywienia, nawet jeśli plemionom udaje się uniknąć zmniejszenia populacji z powodu głodu i chorób, wciąż muszą stosować „kulturowe substytuty” , żeby kontrolować swą liczebność – w tym zabijanie członków własnej społeczności. Niektóre plemiona praktykują dzieciobójstwo, porzucają chorych w lesie, albo angażują się w krwawe wendety i wojny. W latach siedemdziesiątych Claudio Villas Boas, jeden z wielkich obrońców Indian amazońskich, powiedział pewnemu reporterowi: „To jest dżungla i zabicie kalekiego dziecka albo porzucenie człowieka bez rodziny może być konieczne dla przetrwania plemienia. Dopiero teraz, kiedy dżungla ginie i jej prawa tracą sens, zaczyna nas to szokować” .
Jak zauważa Charles Mann w książce 1491, antropolog Allan R. Holmberg przyczynił się do skrystalizowania popularnego, a także naukowego postrzegania Indian amazońskich jako ludów prymitywnych. Po badaniach nad plemieniem Sirionó w Boliwii na początku lat czterdziestych Holmberg opisał ich jako „jeden z najbardziej zacofanych kulturowo ludów świata” , społeczność tak pochłoniętą zdobywaniem pożywienia, że nie wytworzyła żadnej sztuki, religii, ubrań, nie udomowiła zwierząt, nie budowała trwałych domów ani dróg, nie umiała handlować ani nawet liczyć do więcej niż trzech. „Nie mierzą czasu – twierdził Holmberg – ani nie znają kalendarza” . Członkowie tego plemienia nie mieli nawet „pojęcia miłości romantycznej” . Byli więc, podsumował „ludźmi w surowym stanie natury” . Według Meggers pewne bardziej wyrafinowane społeczeństwo z Andów przeniosło się na niziny, na wyspę Marajó u ujścia Amazonki, tylko po to, by stopniowo rozpaść się i wymrzeć. Krótko mówiąc, Amazonia była dla cywilizacji śmiertelną pułapką.
Kiedy zainteresowałem się miastem Z, odkryłem, że grupa rewizjonistycznie nastawionych antropologów i archeologów zaczęła coraz bardziej podważać te utrwalone poglądy i przekonywać, że w Amazonii mogła jednak powstać rozwinięta cywilizacja. Mówiąc w skrócie, twierdzą oni, że konserwatywni naukowcy nie doceniali siły, z jaką kultury i społeczeństwa potrafią się przeobrażać, wykraczając poza swoje naturalne środowiska, tak jak w przypadku stacji kosmicznych czy upraw na izraelskich pustyniach. Zdaniem niektórych w tradycyjnych poglądach wciąż widoczny jest ślad rasistowskich przekonań o rdzennych Amerykanach, którymi przesiąknięte były wczesne teorie determinizmu środowiskowego. Tradycjonaliści natomiast twierdzą, że tezy rewizjonistów to przykład politycznej poprawności posuniętej do granic absurdu, i że podtrzymują oni długą tradycję postrzegania Amazonii jako projekcji wyobrażonej krainy, fantazji zachodniego umysłu. Stawką w tym sporze jest fundamentalne rozumienie natury ludzkiej i starożytnego świata, i budzi on w uczonych sporą zajadłość. Kiedy zadzwoniłem do Meggers do Smithsonian Institution, stwierdziła, że to niemożliwe, by ktokolwiek odkrył kiedyś w Amazonii zaginioną cywilizację. Zbyt wielu archeologów, stwierdziła, „wciąż goni za El Dorado”.
Zwłaszcza jeden uznany archeolog z Uniwersytetu Florydy podważa tradycyjną wizję Amazonii jako fałszywego raju. Nazywa się Michael Heckenberger i pracuje w rejonie Xingu, właśnie tam, gdzie miał zaginąć Fawcett. Kilku antropologów powiedziało mi, że powinienem z nim porozmawiać, ale ostrzegli, że Heckenberger rzadko wynurza się z dżungli i nie lubi, gdy cokolwiek odrywa go od pracy. James Petersen, który w 2005 roku był dziekanem wydziału antropologii na Uniwersytecie Vermont i szkolił Heckenbergera, powiedział mi: „Mike jest niesłychanie błyskotliwy, nie ma lepszego od niego, jeśli chodzi o archeologię Amazonii, ale obawiam się, że to nie jest właściwa osoba. Ten facet był drużbą na moim ślubie, a nie mogę go zmusić, żeby się ze mną skontaktował”.
Z pomocą Uniwersytetu Florydy w końcu udało mi się porozmawiać z Heckenbergerem przez telefon satelitarny. Przez trzaski i odgłosy dżungli w tle powiedział, że ma zamiar zatrzymać się w wiosce Kuikuro w rejonie Xingu i, ku mojemu zaskoczeniu, że może się tam ze mną spotkać, jeśli zdołam tam dotrzeć. Dopiero później, kiedy zyskałem nieco pełniejszy obraz historii miasta Z, odkryłem, że to właśnie w tym miejscu James Lynch i jego ludzie zostali porwani.
– Jedziesz do Amazonii, żeby odnaleźć kogoś, kto zaginął dwieście lat temu? – zapytała moja żona Kyra. Był styczniowy wieczór 2005 roku, stała w kuchni w naszym mieszkaniu, nakładając na talerze makaron z sezamem na zimno z Hunan Delight.
– To było zaledwie osiemdziesiąt lat temu.
– A więc masz zamiar szukać kogoś, kto zaginął osiemdziesiąt lat temu?
– Zasadniczo tak.
– A skąd w ogóle wiesz, gdzie szukać?
– Tego jeszcze dokładnie nie wiem.
Moja żona, która jest producentką programu 60 minutes i osobą bardzo rozsądną, postawiła talerze na stole, czekając, aż powiem coś więcej.
– Nie ja pierwszy tam jadę – dodałem. – Przede mną były tam setki ludzi.
– I co się z nimi stało?
Nabrałem na widelec trochę makaronu i zawahałem się.
– Wielu z nich zaginęło.
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę.
– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.
Obiecałem, że nie pognam do Xingu, przynajmniej dopóki nie dowiem się, gdzie rozpocząć wyprawę. Ostatnie ekspedycje polegały na współrzędnych obozu Dead Horse zawartych w Exploration Fawcett, ale biorąc pod uwagę wyrafinowane wybiegi pułkownika, wydawało się dziwne, żeby obóz tak łatwo dało się znaleźć. Chociaż Fawcett prowadził drobiazgowe notatki dotyczące swoich wypraw, najbardziej interesujące dokumenty uważano za zaginione albo ukryte przez rodzinę. Część korespondencji Fawcetta oraz dzienniki członków jego ekspedycji trafiły jednak do brytyjskich archiwów. A więc przed zanurzeniem się w dżunglę wybrałem się do Anglii, żeby przekonać się, czy zdołam dowiedzieć się czegoś więcej o obsesyjnie strzeżonej tajemnicy trasy Fawcetta oraz o człowieku, który w 1925 roku zniknął bez śladu.
4
zakopany skarb
Percy Harrison Fawcett nigdy jeszcze nie czuł się tak pełen życia.
Był rok 1888, a on miał dwadzieścia jeden lat i służył jako porucznik w Królewskiej Artylerii. Właśnie otrzymał miesięczną przepustkę ze swojego garnizonu w kolonii brytyjskiej na Cejlonie i był wystrojony w wyprasowany biały mundur ze złotymi guzikami oraz pikelhaubę z paskiem zapiętym pod brodą. Ale nawet ze strzelbą i szablą wyglądał jak chłopiec – „najbardziej nieopierzony” ze wszystkich młodych oficerów, jak mówił sam o sobie.
Poszedł do swego bungalowu w forcie Frederick, którego okna wychodziły na lśniącą błękitem zatokę w Trikunamalaja. Fawcett, który był zagorzałym miłośnikiem psów, dzielił pokój z siedmioma foksterierami, które w owym czasie oficerowie często zabierali ze sobą na pole walki. Wśród wytworów lokalnego rzemiosła, którymi zarzucona była jego kwatera, zaczął szukać schowanego wcześniej listu. Wreszcie znalazł: z dziwnymi literami wijącymi się na kopercie, wypisanymi sepiowym atramentem. Fawcett otrzymał tę notatkę od pewnego kolonialnego zarządcy, on zaś dostał ją od naczelnika wioski, któremu wyświadczył przysługę. Jak zanotował później w swoim dzienniku, wiadomość napisana po angielsku przyczepiona była do tajemniczego manuskryptu. Wynikało z niej, że w mieście Badulla, w głębi wyspy, znajduje się równina pokryta na jednym końcu skałami. W języku syngaleskim miejsce to nazywano czasem Galla-pita-Galla, „skała na skale”. Dalej tekst brzmiał tak:
Pod tymi skałami jest jaskinia, do której kiedyś łatwo było wejść, ale teraz trudno do niej dotrzeć, ponieważ wejście przesłaniają kamienie, dżungla i wysoka trawa. Można tam czasem napotkać leopardy. W jaskini tej znajduje się skarb… nieoszlifowane kamienie szlachetne i złoto, większy, niż był w posiadaniu królów.
Chociaż Cejlon – obecnie Sri Lanka – był znany jako „skarbiec Oceanu Indyjskiego”, zarządca kolonialny nie dał wiary tak niezwykłej opowieści i przekazał dokumenty Fawcettowi, uznawszy, że mogą go zainteresować. Fawcett nie miał pojęcia, co z nimi zrobić – równie dobrze mogła to być jakaś bzdura – ale, w przeciwieństwie do większości arystokratycznej kadry oficerskiej, miał mało pieniędzy. „Dla niezamożnego porucznika artylerii – pisał – wizja skarbu była zbyt pociągająca, by ją porzucić” . Była to także szansa, by uciec od placówki wojskowej i jej białej kasty rządzącej, odzwierciedlenia wyższej klasy angielskiego społeczeństwa – społeczeństwa, które pod przykrywką szacowności zawsze, z punktu widzenia Fawcetta, skrywało coś z Dickensowskiego horroru.
[…]
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|