| Artykuły |
|
kategoria: Recenzje>Książki |
data dodania: 2010-02-15
|
|
autor: lbt, |
David Grann - "Zaginione miasto Z" + fragment |
|
| ocena: 0.00 | przeczytano 254 razy |
5
białe plamy na mapie
– Proszę bardzo, Królewskie Towarzystwo Geograficzne – powiedział taksówkarz, wysadzając mnie przed wejściem naprzeciwko Hyde Parku, pewnego poranka w lutym 2005 roku. Budynek przypominał ekstrawagancki pałacyk, którym zresztą był, zanim Towarzystwo, które potrzebowało więcej przestrzeni, kupiło go w 1912 roku. Dwupiętrowy, z czerwonej cegły, z otwieranymi pionowo oknami i holenderskimi kolumnami, miał pokryty miedzianą blachą wysunięty dach, który wraz z kominami tworzył szereg zagmatwanych płaszczyzn, jak w dziecięcej wizji zamku. Na zewnątrz pod ścianą stały naturalnej wielkości posągi: Livingstone’a, z jego nieodłączną czapką i laską, oraz Ernesta Shackletona, badacza Antarktyki, zakutanego w szale i w butach z cholewami. Przy wejściu zapytałem strażnika, gdzie są archiwa, z których miałem nadzieję dowiedzieć się więcej na temat kariery Fawcetta jako odkrywcy oraz jego ostatniej wyprawy.
Kiedy po raz pierwszy zadzwoniłem do Johna Hemminga, byłego dyrektora Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i badacza historii Indian brazylijskich, żeby zapytać o tego eksploratora Amazonki, powiedział: „Ale nie jest pan jednym z tych wariatów od Fawcetta, prawda?” Towarzystwo najwyraźniej zaczęło mieć się na baczności przed ludźmi opętanymi na punkcie losów pułkownika. Mimo upływu czasu i coraz mniejszego prawdopodobieństwa, że uda się go odnaleźć, obsesja niektórych raczej wzrosła, zamiast się zmniejszać. Przez całe dekady nękali Towarzystwo prośbami o informacje, wymyślając dziwaczne teorie, a potem wyruszali do dżungli, co w praktyce równało się samobójstwu. Nazywano ich często „świrami od Fawcetta”. Pewien człowiek, który wybrał się na poszukiwanie pułkownika w 1995 roku, napisał w niepublikowanym artykule, że jego fascynacja Fawcettem zmieniła się w „wirus”, i że kiedy zadzwonił do Towarzystwa z prośbą o pomoc, jakaś „wyczerpana” osoba z obsługi powiedziała o poszukiwaczach Fawcetta: „Myślę, że to szaleńcy. Ci ludzie są opętani” . Czułem się trochę głupio jako kolejny natręt, który prosi o udostępnienie wszystkich papierów Fawcetta, ale archiwa Towarzystwa, w których znajduje się sekstant Karola Darwina i oryginalne mapy Livingstone’a, zostały otwarte dla publiczności dopiero przed kilkoma miesiącami, i mogły się okazać bezcenne. Jednak w czasach Fawcetta to właśnie Towarzystwo pomogło w realizacji jednego z najbardziej nieprawdopodobnych dokonań ludzkości: stworzeniu kompletnej mapy świata. Żaden chyba czyn, ani budowa Mostu Brooklińskiego czy też Kanału Panamskiego, nie może się równać z nim skalą ani liczbą ofiar. Całe przedsięwzięcie, od czasu kiedy starożytni Grecy położyli podwaliny precyzyjnej kartografii, zajęło setki lat, kosztowało miliony dolarów i pochłonęło tysiące istnień, a gdy zostało prawie ukończone, tak bardzo zmieniło rzeczywistość, że niemal nikt nie pamiętał, jak świat wyglądał wcześniej, ani też jakim sposobem dokonano tego wyczynu.
[…]
– Jakich materiałów pan szuka? – zapytała mnie jedna z archiwistek.
Zszedłem do niewielkiej czytelni w suterenie. Regały z książkami, oświetlone fluorescencyjnym światłem, zapchane były przewodnikami, atlasami i powiązanymi rocznikami „Proceedings of the Royal Geographical Society”. Większość zbiorów Towarzystwa, na które składają się ponad dwa miliony map, artefaktów, fotografii i relacji z podróży, została w ostatnich latach przeniesiona z tego, co nazywano „dickensowskimi warunkami”, do klimatyzowanych podziemi. Widziałem, jak personel przemyka się tam i z powrotem przez rozsuwane drzwi.
Kiedy powiedziałem archiwistce, że szukam dokumentów Fawcetta, rzuciła mi pytające spojrzenie.
– O co chodzi? – zapytałem.
– Cóż, powiedzmy, że wiele osób zainteresowanych Fawcettem jest nieco… – jej głos ucichł, gdy zniknęła w katakumbach. Czekając, przejrzałem kilka relacji z wypraw finansowanych przez Towarzystwo. Jedna z nich opisywała ekspedycję z 1844 roku kierowaną przez Charlesa Sturta oraz jego zastępcę Jamesa Pole’a, którzy przemierzali pustynię australijską w poszukiwaniu legendarnego wewnętrznego morza. „Upał jest tak wielki, że… włosy przestały nam rosnąć, a paznokcie stały się kruche jak szkło – pisał Sturt w dzienniku. – Wszyscy mają objawy szkorbutu. Cierpimy na gwałtowne bóle głowy, bóle rąk i nóg, dziąsła mamy opuchnięte i owrzodzone. Z panem Pole’em jest coraz gorzej: skóra na jego mięśniach stała się czarna i dolne kończyny odmówiły mu posłuszeństwa. 14 nagle zmarł” . Śródlądowe morze nigdy nie istniało, a czytając te relacje, zdałem sobie sprawę, iż odkrywanie świata polegało raczej na porażkach niż sukcesach – błędach taktycznych i mrzonkach. Towarzystwo może i zdobyło świat, ale tylko dzięki temu, że świat zagarnął wielu jego członków. Na długiej liście tych, którzy polegli za sprawę, Fawcett stanowił osobną kategorię: ani żywy, ani zmarły – albo, jak określił go jeden z autorów, „żywy trup”.
Archiwistka szybko wyłoniła się spomiędzy regałów, niosąc kilka poplamionych teczek. Kiedy położyła je na stole, uniósł się z nich fioletowawy pył. „Będzie pan musiał to włożyć” – powiedziała, wręczając mi parę białych rękawiczek. Wsunąwszy je na ręce, otworzyłem pierwszą teczkę. Była pożółkła, wysypywały się z niej pokruszone listy. Wiele stron pokrytych było niemożliwie małymi, pochylonymi słowami, pisanymi bez odstępów, co wyglądało jak jakiś szyfr. To było pismo Fawcetta. Wziąłem jedną kartę i rozłożyłem. List datowany na 1915 rok zaczynał się: „Drogi Reevesie”. Nazwisko brzmiało znajomo. Otworzyłem jedną z książek na temat Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i zajrzałem do indeksu. Edward Ayearst Reeves był kustoszem map w latach 1900–1933.
Teczki zawierały ponaddwudziestoletnią korespondencję pomiędzy Fawcettem a pracownikami Towarzystwa. Wiele listów adresowanych było do Reevesa i sir Johna Scotta Keltiego, który pełnił funkcję sekretarza Towarzystwa w latach 1892–1915, a później został jego wiceprezesem. Było także mnóstwo listów od Niny, urzędników rządowych, innych badaczy i przyjaciół, dotyczących zniknięcia pułkownika. Wiedziałem, że przeczytanie tego wszystkiego zajmie mi wiele dni, jeśli nie tygodni, a jednak czułem radość. Tu właśnie dowiem się wszystkiego o życiu i śmierci Fawcetta.
Podniosłem jeden z listów do światła. Był datowany na 14 grudnia 1921 roku. Przeczytałem: „Niemal bez wątpienia lasy te skrywają ślady zaginionej cywilizacji o najbardziej nieoczekiwanym i zaskakującym charakterze” .
Otworzyłem notes i zacząłem robić notatki. W jednym z listów znalazłem wzmiankę o tym, że Fawcett otrzymał „dyplom” od KTG. Nie słyszałem, żeby Towarzystwo dawało jakieś dyplomy, więc zapytałem archiwistkę, dlaczego Fawcett go dostał.
– Musiał być uczestnikiem któregoś z programów szkoleniowych Towarzystwa – wyjaśniła. – Tak, proszę spojrzeć. Najwyraźniej zapisał się na kurs, który ukończył w 1901 roku.
– Mam rozumieć, że uczył się, jak zostać odkrywcą?
– Myślę, że można to tak nazwać.
6
uczeń
[…]
Fawcett został nauczony nie tylko tego, jak mierzyć, ale jak widzieć – rejestrować i klasyfikować wszystko wokół siebie, w ramach czegoś, co Grecy nazywali autopsis. Miały mu w tym pomóc przede wszystkim dwa podręczniki. Jednym była Art of Travel [Sztuka podróżowania], napisana przez Galtona dla szerokiej publiczności. Druga to Hints for Travellers [Porady dla podróżników] opracowana przez Galtona i służąca jako nieoficjalna biblia Towarzystwa. (Fawcett zabrał ze sobą egzemplarz nawet na swoją ostatnią wyprawę.) Wydanie z 1893 roku głosiło: „To wielka strata, zarówno dla samego podróżnika, jak i dla innych, kiedy podróżnik nie obserwuje” . Dalej radził: „Pamiętaj, że pierwszym i najlepszym instrumentem są twoje własne oczy. Używaj ich bez przerwy i na miejscu notuj swe spostrzeżenia, w notesie z ponumerowanymi stronicami, oraz na mapie. …Notuj w miarę, jak się pojawiają wszelkie ważne obiekty: strumienie, ich nurt i barwę, łańcuchy górskie, ich charakter, widoczną strukturę i lodowce, barwy i formy krajobrazu, przeważające wiatry, klimat… Krótko mówiąc, zapisuj wszystko, gdy tylko to zobaczysz” . (Potrzeba notowania każdego spostrzeżenia była tak silna, że podczas wyścigu do bieguna południowego Robert Falcon Scott nie przestawał robić notatek, nawet gdy on i wszyscy jego ludzie byli bliscy śmierci. Jedne z ostatnich słów, jakie zapisał w swym dzienniku, brzmiały: „Gdybyśmy przeżyli, moglibyśmy opowiedzieć historię męstwa, wytrwałości i odwagi moich towarzyszy, która poruszyłaby serce każdego Anglika. Te pospieszne notatki i nasze martwe ciała będą musiały powiedzieć wszystko” .
[…]
Fawcett i jego koledzy z kursu uczyli się także podstaw wspinaczki i organizacji ekspedycji – począwszy od tego, jak zrobić poduszki z błota, aż do wybierania najlepszych zwierząt jucznych. „Pomijając jego zatwardziały upór, osioł to znakomite, spokojne stworzenie, stanowczo zanadto pogardzane” – zwracał uwagę Galton, jak zwykle obsesyjnie obliczając, że osioł może dźwigać około 30 kilogramów, koń około 45, a wielbłąd do 135.
Podróżników pouczano, by każdy członek wyprawy przed wejściem na pokład podpisał formalną zgodę, coś w rodzaju umowy. Galton pokazał im wzór:
My, niżej podpisani, członkowie wyprawy mającej zbadać wnętrze….., pod kierownictwem pana A., zgadzamy się oddać (nas samych oraz ekwipunek) całkowicie i bez wyjątku pod jego rozkazy dla powyższego celu, od dnia dzisiejszego aż do naszego powrotu do….., albo, jeśli się to nie powiedzie, ponieść wszelkie wynikające z tego konsekwencje.
Każdy z osobna zobowiązujemy się, że zrobimy co w naszej mocy, by przyczynić się do harmonijnych stosunków wśród członków wyprawy oraz powodzenia ekspedycji. Na dowód tego składamy nasze podpisy.
(tutaj następują podpisy).
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|