PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 Zobaczyć Maroko i (nie) umrzeć




  Artykuły

kategoria: Recenzje>Książki data dodania: 2010-02-15      
autor: lbt,

David Grann - "Zaginione miasto Z" + fragment

ocena: 0.00przeczytano 254 razy


Kursantów przestrzegano, by nie wynosili się ponad swoich ludzi i czujnie wypatrywali koterii, oznak rozłamu lub buntu. „Ze wszystkich sił zachęcajcie do weselenia się, śpiewu, żartów” – radził Galton. Należy również zachować ostrożność w przypadku tubylczych pomocników. „Szczery, żartobliwy, ale stanowczy sposób bycia, połączony z pozorem większej niż rzeczywista pewności siebie to najlepszy sposób postępowania wobec dzikusa” .
Choroba i zranienia mogą spowodować klęskę wyprawy, więc Fawcett posiadł także podstawową wiedzę medyczną. Dowiedział się na przykład, jak usunąć zepsuty ząb „poprzez ciągłe popychanie i pociąganie” . Gdyby połknął truciznę, miał natychmiast sprowokować wymioty. „Użyj mydlin albo prochu strzelniczego, jeśli nie masz pod ręką stosownych emetyków” . W przypadku ugryzienia przez jadowitego węża Fawcett miał podpalić proch w ranie albo odciąć zakażony kawałek nożem. „Następnie wypal [miejsce wokół ugryzienia] końcem stalowego stempla, rozpalonego, jeśli to możliwe, do białości” – radził Galton. „Arterie są położone głęboko i powinno się wyciąć lub wypalić tyle ciała, ile schwycą palce. Następnie należy użyć całej energii, a nawet brutalnej siły, aby nie pozwolić pacjentowi poddać się letargowi i oszołomieniu, które zwykle są efektem trucizny, i które zwykle kończą się śmiercią” . Sposób na krwawiącą ranę – na przykład od strzały – był równie „barbarzyński”: należało zalać ranę wrzącym tłuszczem.
Nic jednak nie mogło się równać z koszmarem pragnienia i głodu. Jednym sposobem było „pobudzanie” śliny w ustach. „Można to zrobić, żując coś, na przykład liść, albo trzymając w ustach nabój lub gładki niechłonny kamień, na przykład krzemień” – wyjaśniał Galton. W przypadku głodu Fawcett ma pić zwierzęcą krew, jeśli będzie dostępna. Szarańcza, koniki polne i inne owady także są jadalne – i mogą uratować człowiekowi życie. („By je przyrządzić, należy wyrwać nóżki i skrzydełka i uprażyć je z odrobiną tłuszczu na patelni, jak kawę” .)
Było jeszcze zagrożenie ze strony wrogich „dzikich” i „kanibali”. Przemierzając takie rejony, podróżnik miał poruszać się pod osłoną ciemności, ze strzelbą gotową do strzału. By schwytać jeńca „weź nóż, włóż go między zęby, i stojąc nad nim, zdejmij zaślepki z broni i połóż obok. Potem zwiąż mu ręce takim sposobem, jaki jest możliwy. Należy tak postępować dlatego, że szybki giętki dzikus, kiedy ty będziesz zajęty sznurkiem i naładowaną bronią, mógłby łatwo się zerwać, zabrać ją i role by się odwróciły” .
Wreszcie uczono studentów, jak postąpić, gdyby zaginął któryś z członków wyprawy. Muszą napisać szczegółową relację o tym, co się stało, którą powinni potwierdzić inni członkowie ekspedycji. „Jeśli zaginie jeden z ludzi, zanim ruszycie dalej, zostawiając go własnemu losowi, należy zebrać całą wyprawę i zapytać ich, czy uważają, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś, by go ocalić, i zapisać ich odpowiedzi” – tłumaczył Galton. Jeśli jeden z towarzyszy umrze, jego dobytek należy zabrać dla krewnych, a ciało zasługuje na godny pochówek. „Wybierz dobrze oznaczone miejsce, wykop głęboki grób, posadź tam ciernie i obciąż głazami, jako ochronę przed drapieżnikami” .
Po niemal rocznym kursie Fawcett wraz z innymi jego uczestnikami musiał zdać egzamin końcowy. Studenci musieli zaprezentować doskonałe umiejętności miernicze, co wymagało rozumienia złożonej geometrii i astronomii. Fawcett całymi godzinami wkuwał z Niną, która podzielała jego zainteresowania badawcze i wytrwale mu pomagała. Jeśli mu się nie uda, wiedział, że wróci do punktu wyjścia – znów będzie żołnierzem. Starannie wpisywał odpowiedzi. Kiedy skończył, wręczył papiery Reevesowi. Potem czekał. Reeves ogłosił studentom wyniki, a następnie przekazał nowinę Fawcettowi. Zdał, a nawet więcej. Reeves w swych wspomnieniach wyróżnił Fawcetta, zauważając, że „zdał celująco”. Fawcettowi udało się to, co zamierzał: otrzymał imprimatur Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, albo, jak to ujął: „KTG zrobiło ze mnie badacza” . Teraz potrzebował tylko misji.
[…]

8
w głąb Amazonii

[…]
Pewnego dnia Fawcett wypatrzył coś na brzegu leniwie płynącej rzeki. Początkowo wyglądało to jak zwalone drzewo, ale zaczęło płynąć w stronę kanu. Było większe niż węgorz elektryczny, a gdy dostrzegli to towarzysze Fawcetta, zaczęli krzyczeć. Fawcett uniósł strzelbę i strzelał do tajemniczego obiektu, aż dym uniósł się w powietrze. Kiedy stworzenie przestało się ruszać, mężczyźni dopłynęli do niego. Była to anakonda. W swoich sprawozdaniach dla Królewskiego Towarzystwa Geograficznego Fawcett utrzymywał, że miała prawie dwadzieścia metrów długości (Wielkie węże! – krzyczał nagłówek w brytyjskiej prasie), chociaż większość ciała anakondy znajdowała się pod wodą i była ona z pewnością mniejsza: najdłuższy opisany osobnik miał 8 metrów i 22 centymetry. (Przy takiej długości anakonda może ważyć ponad pół tony i dzięki elastycznym szczękom połknąć jelenia w całości.) Wpatrując się w nieruchomego węża, Fawcett wyjął nóż. Próbował odciąć kawałek jej skóry, żeby włożyć ją do słoika na próbki, ale kiedy wbił nóż, anakonda rzuciła się w stronę jego i jego ludzi, uciekli przerażeni.
Podążali dalej, wpatrując się w dżunglę. „Była to jedna z mych najbardziej ponurych podróży, ponieważ rzeka, choć cicha, była groźna, i wydawało się, że spokojny nurt i głęboka woda zapowiadają czyhające na nas zło – pisał Fawcett kilka miesięcy po opuszczeniu Riberalta. – Demony rzek amazońskich krążyły wokół, objawiając swoją obecność w nisko płynących chmurach, ulewnym deszczu i ciemnych ścianach lasu” .
Fawcett narzucił ścisły reżim. Henry Costin, były brytyjski kapral, który uczestniczył w wielu jego późniejszych wyprawach, pisał, że budzili się o świcie na sygnał pobudki dawany przez jedną osobę. Potem biegli nad rzekę, myli się, czyścili zęby i pakowali się, podczas gdy ten, który miał dyżur, rozpalał ogień. „Wiedliśmy proste życie – wspominał Costin. – Na śniadanie była zwykle owsianka, mleko z puszki i dużo cukru” . Spiesznie ruszali w drogę. Gromadzenie wszelkiego rodzaju danych do sprawozdań dla KTG – w tym pomiarów, szkiców krajobrazu, odczytów ciśnienia i temperatury, spisów flory i fauny – wymagało skrupulatnej pracy, i Fawcett harował gorączkowo. „Nie mogłem znieść bezczynności” – powiedział kiedyś. Wydawało się, że dżungla wydobywa jego cechy charakteru: odwagę i wytrzymałość, połączone z drażliwością i nietolerancją wobec cudzych słabości. Pozwalał swoim ludziom jedynie na krótką przerwę na lunch – kilka herbatników – i maszerowali nawet przez dwanaście godzin dziennie.
Tuż przed zachodem słońca wreszcie dawał towarzyszom sygnał do rozbicia obozu. Willis, kucharz, miał przygotować kolację i wzbogacić zupę z proszku tym, co udało się upolować. Głód sprawiał, że wszystko było przysmakiem: pancerniki, ogończe, żółwie, anakondy, szczury. „Małpy uważamy za smaczny posiłek – zauważył Fawcett. – Ich mięso jest dość smaczne, ale na początku pomysł jedzenia ich wydał mi się odpychający, ponieważ, zawieszone nad ogniem w celu opalenia sierści, miały przerażająco ludzki wygląd” .
Przemierzając las, Fawcett i jego ludzie byli bardziej narażeni na atak drapieżników. Pewnego razu stado pekari białobrodych ruszyło na Chiversa i tłumacza, którzy zaczęli strzelać na oślep, aż Willis umknął na drzewo, by nie zostać zastrzelonym przez swoich towarzyszy. Nawet żaby mogły okazać się zabójcze: liściołaz straszliwy (Phyloobates terribilis), spotykany w kolumbijskiej Amazonii, wydziela dość toksyn, by zabić stu ludzi. Pewnego dnia Fawcett potknął się o węża koralowego, którego jad paraliżuje układ nerwowy ofiary, powodując, że człowiek się dusi. W Amazonii, nie mógł nadziwić się Fawcett, królestwo zwierząt „jest przeciw człowiekowi jak nigdzie indziej na świecie” .
Ale on i jego towarzysze wcale nie wielkich drapieżników obawiali się najbardziej. Najgorsze były nękające ich nieustannie drobne plagi. Mrówki saibskie (Ecodoma cephalotes), które potrafiły przez jedną noc zmienić ubrania i plecaki w strzępy. Kleszcze przyczepiające się jak pijawki (kolejny dopust boży) i czerwone włochate lądzienie, które zjadały ludzką tkankę. Tryskające cyjankiem stonogi. Pasożyty powodujące ślepotę. Muchy, które wprowadzały swoje pokładełka przez ubranie i składały jaja, a wylęgające się z nich larwy wwiercały się pod skórę. Niemal niewidoczne gryzące muszki nazywane pium, które pokrywały ciała podróżników rankami. Były też „całujące robaki”, które gryzą ofiary w wargi, przenosząc pierwotniaka o nazwie Trypanosoma cruzi. Dwadzieścia lat później człowiek, który sądził, że udało mu się wyjść z dżungli bez uszczerbku na zdrowiu, umierał na serce albo obrzęk mózgu. Jednak najbardziej niebezpieczne były moskity. Przenosiły wszystko, od malarii, przez dengę, aż po słoniowaciznę i żółtą febrę. „Moskity to główna przyczyna tego, że Amazonia to wciąż obszar niezdobyty” – pisał Willard Price w książce z 1952 roku The Amazing Amazon.
Fawcett i jego ludzie owijali się w siatki, ale nawet to nie wystarczało. „Muszki siadały na nas całymi chmurami – pisał Fawcett. – Musieliśmy przesłonić oba końce szałasu, z liści palmowych zbudowanego na łodzi, moskitierą i chodzić w siatkach na głowach, ale mimo to nasze dłonie i twarze szybko pokrywały się masą maleńkich swędzących krwawych pęcherzy” . W tym samym czasie komary, tak małe, że przypominają proszek, ukrywały się we włosach Fawcetta i jego towarzyszy. Często owady były jedyną rzeczą, o której byli w stanie myśleć. Nauczyli się rozpoznawać odgłos trących o siebie skrzydełek insekta każdego gatunku. („Tabana zjawiały się pojedynczo, ale zapowiadały swoje przybycie sondą przypominającą ukłucie igły” – pisał Fawcett.) Owady doprowadzały ich niemal do obłędu, o czym świadczy dziennik pewnego przyrodnika, który pojechał z Fawcettem na jedną z kolejnych ekspedycji:

10/20 – Zaatakowani w hamakach przez maleńkie komary, długości nie więcej niż jednej dziesiątej cala; moskitiera nie chroni; komary gryzą całą noc, nie dając spać.
10/21 – Kolejna bezsenna noc z powodu krwiożerczych komarów.
10/22 – Na ciele mnóstwo bąbli od ugryzień owadów, nadgarstki i dłonie spuchnięte od ugryzień maleńkich komarów. 2 noce prawie bez snu – po prostu straszne… Deszcz w południe, całe popołudnie i przez większość nocy. Buty od początku mi przemokły. Najgorsze kleszcze jak dotąd.
10/23 – Okropna noc z najgorszymi jak dotąd gryzącymi komarami; nawet dym nie pomaga.
10/24 – Chory od ugryzień insektów. Nadgarstki i ręce spuchnięte. Smaruję kończyny jodyną.
10/25 – Gdy wstaliśmy, ujrzeliśmy termity pokrywające wszystko, co leżało na ziemi. Krwiożercze komary wciąż nam towarzyszą.
10/30 – Pszczoły i komary straszne.
11/2 – Przez komary zmętniał mi wzrok w prawym oku.
11/3 – Pszczoły i komary gorsze niż kiedykolwiek, naprawdę „nie ma odpoczynku od znoju”.
11/5 – Moje pierwsze doświadczenie z pszczołami jedzącymi ciało i padlinę. Całe chmary gryzących komarów – najgorsze, jakie spotkaliśmy – sprawiają, że posiłek staje się niejadalny, bo pełen ich paskudnych ciałek, ich brzuchów czerwonych i pękatych od naszej krwi.



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:




KONKURS NA RELACJĘ Z PODRÓŻY






© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: bramkasms.com.pl - darmowa bramka smssmspower.pl - darmowa bramka sms, doładowania, logo dzwonki