| Artykuły |
|
kategoria: Recenzje>Książki |
data dodania: 2010-02-15
|
|
autor: lbt, |
David Grann - "Zaginione miasto Z" + fragment |
|
| ocena: 0.00 | przeczytano 254 razy |
14
dowody na istnienie miasta Z
To nie było objawienie, żaden piorun z jasnego nieba. Teoria rozwijała się stopniowo, układała z fragmentów, zrywami i meandrami, a jej początki sięgały jeszcze czasów, kiedy przebywał na Cejlonie. W Forcie Frederick Fawcett dowiedział się po raz pierwszy, że być może istnieje oddalone od świata królestwo w dżungli, którego pałace i rynki, wraz z nieuchronnym niszczącym wpływem czasu, znikają pod gęstwiną pnączy i korzeni. Ale wizja miasta Z – zaginionej cywilizacji ukrytej w Amazonii – zawładnęła nim na dobre, gdy spotkał wrogo usposobionych Indian, których radzono mu unikać za wszelką cenę.
[…]
Po wyprawie z 1910 roku Fawcett, podejrzewając, że Indianie amazońscy skrywają sekrety nieznane historykom i etnologom, zaczął wyszukiwać rozmaite plemiona, choćby uważane były za bardzo groźne. „Są tu problemy do rozwiązania… domagające się, by ktoś je podjął – pisał do KTG. – Ale niezbędne jest doświadczenie. Szaleństwem jest bez niego wyprawiać się w niezbadane rejony – w obecnych czasach to samobójstwo” . W 1911 roku zrezygnował z prac dla komisji do spraw granic, by prowadzić badania rozwijającej się błyskawicznie dziedzinie antropologii. Kiedyś w okolicy rzeki Heath Fawcett z Costinem i resztą wyprawy jedli posiłek, gdy nagle otoczyła ich grupa Indian z łukami w rękach. „Bez wahania – pisał Costin – Fawcett rzucił pas i maczetę, by pokazać, że nie jest uzbrojony, i poszedł ku nim z rękami nad głową. Zawahali się na chwilę, po czym jeden z los barbaros [dzikusów] odłożył strzały i podszedł, by się z nim przywitać. I tak zaprzyjaźniliśmy się z Indianami Echoja.”
[…]
Koncepcja, że w Ameryce żyje plemię „jasnych” ludzi albo „białych Indian” istniała, od kiedy Kolumb stwierdził, że widział wielu rdzennych mieszkańców, którzy byli „biali jak my” . Później konkwistadorzy twierdzili, że trafili u Azteków na salę pełną „mężczyzn, kobiet i dzieci o białych z urodzenia twarzach, ciele, włosach i rzęsach” . Legenda „białych Indian” najbardziej żywa była w Amazonii, gdzie pierwsi hiszpańscy odkrywcy, którzy spłynęli Amazonką, opisywali wojowniczki jako „wysokie, o bardzo jasnej skórze” . Wiele z tych legend wzięło się niewątpliwie z istnienia plemion o wyraźnie jaśniejszym kolorze skóry. Jedna grupa niezwykle wysokich jasnoskórych Indian we wschodniej Boliwii nazywana była Yurucares, co dosłownie znaczy „biali ludzie”. Yanomami z Amazonii byli także za sprawą koloru skóry znani jako „biali Indianie”, podobnie jak Wai-Wai z Gujany.
W czasach Fawcetta tak zwana „kwestia białych Indian” przydawała wiarygodności teorii dyfuzjonistycznej, zgodnie z którą Fenicjanie albo inny lud z Zachodu, taki jak Atlantydzi albo Izraelici, przed tysiącami lat dotarł do dżungli. Fawcett najpierw odnosił się sceptycznie do istnienia „białych Indian”, uważając dowody za „słabe”, ale w miarę upływu czasu tak jakby pomagali mu oni wyjść z jego osobistego labiryntu poglądów na temat rasy: jeśli Indianie wywodzą się z cywilizacji zachodniej, nie ma wątpliwości, że mogli stworzyć rozwinięte społeczeństwo. Fawcettowi nigdy nie udało się dokonać ostatniego zwrotu myślowego nowoczesnego antropologa i pogodzić się z ideą, że złożone cywilizacje mogły powstać niezależnie od siebie. W rezultacie niektórzy współcześni antropolodzy i historycy uważają Fawcetta za oświeconego jak na swoje czasy, inni natomiast, jak John Hemming, nazywają go „nietzscheańskim eksploratorem”, wydającym z siebie „eugeniczny bełkot” . Prawdę mówiąc, był i jednym, i drugim. Choć Fawcett buntował się przeciwko wiktoriańskim obyczajom – został buddystą żyjącym jak indiański wojownik – nigdy nie udało mu się ich przekroczyć. Udało mu się uniknąć niemal wszystkich chorób dżungli, ale nie mógł pozbyć się zgubnej choroby rasy.
W jego tekstach stale obecne jest przekonanie, że Amazonia i jej ludy nie są tym, za co się je powszechnie uważa. Coś było nie tak. Podczas swoich „autopsji” widział zbyt wiele plemion, które nie pasowały do ogólnej europejskiej etnologii.
[…]
W 1911 roku eksploratorów Ameryki Południowej, a wraz z nimi resztę świata, zdumiała wieść, że Hiram Bingham, który kiedyś podróżował z Rice’em, z pomocą peruwiańskiego przewodnika odnalazł w Andach inkaskie ruiny Machu Picchu, blisko 2500 metrów nad poziomem morza. Chociaż Bingham nie odkrył nieznanej cywilizacji – imperium inkaskie i jego monumentalna architektura były dobrze udokumentowane – pozwoliło to ujrzeć ten starożytny świat w niezwykłym świetle. „National Geographic”, który poświęcił cały numer odkryciu Binghama, zauważył, że kamienne świątynie, pałace i fontanny Machu Picchu – najprawdopodobniej pochodzące z XV wieku miejsce wytchnienia dla inkaskiej szlachty – może „okazać się najważniejszym skupiskiem ruin odkrytym w Ameryce Południowej” . Podróżnik Hugh Thomson z kolei nazwał je „ikoną dwudziestowiecznej archeologii” . Bingham nagle znalazł się na szczycie, został nawet wybrany do amerykańskiego senatu.
Odkrycie to rozpaliło wyobraźnię Fawcetta. Niewątpliwie było też bodźcem dla jego ambicji. Żywił jednak przekonanie, że zebrane przez niego dowody sugerują być może coś bardziej epokowego: pozostałości nieznanej dotąd cywilizacji w sercu Amazonii, tam, gdzie od wieków konkwistadorzy szukali starożytnego królestwa – miejsca zwanego El Dorado.
[…]
19
niespodziewana wskazówka
[…]
Człowiekiem, którego w końcu przekonałem, by mi towarzyszył, był Paolo Pinage, pięćdziesięciodwuletni były zawodowy tancerz samby i dyrektor teatru. Chociaż nie był z pochodzenia Indianinem, pracował wcześniej dla FUNAI, agencji, która przejęła zadania Służby Ochrony Indian Rondona. Paolo przyjął jej credo: „Jeśli musisz, zgiń, ale nie zabijaj”. W pierwszej rozmowie telefonicznej zapytałem, czy moglibyśmy zbadać ten sam obszar, który badał Fawcett, a którego część należy obecnie do Parku Narodowego Xingu, pierwszego w Brazylii rezerwatu Indian założonego w 1961 roku. (Park, razem z przylegającym rezerwatem, jest wielkości Belgii i jest to jedna z największych na świecie połaci dżungli pod kontrolą Indian.) Paolo powiedział: „Mogę pana tam zabrać, ale to nie takie proste”.
[…]
Zamieszkaliśmy w hotelu o nazwie El Dorado („Zabawny zbieg okoliczności, prawda?” – zauważył Paolo) i zaczęliśmy przygotowania. Pierwszym zadaniem było upewnienie się, że poprawnie odgadliśmy trasę Fawcetta. Wprowadziłem Paola w szczegóły mojej wyprawy do Anglii i opowiedziałem o wszystkich poczynaniach Fawcetta, także o tym, że zostawiał fałszywe tropy i używał szyfrów, żeby utrzymać swoją trasę w tajemnicy.
– Ten pułkownik bardzo stara się ukryć coś, czego jeszcze nikt nie odnalazł – orzekł Paolo.
Rozłożyłem na stole dokumenty, które znalazłem w brytyjskich archiwach. Wśród nich były kopie wielu oryginalnych map Fawcetta. Mapy były niezwykle starannie narysowane, przypominały malowidła pointylistów. Paolo wziął jedną z nich i przez dłuższą chwilę przyglądał się jej pod światło. Fawcett napisał wielkimi literami: „Obszar niezbadany” nad jednym z obrazków przedstawiającym las między rzeką Xingu a dwoma większymi dopływami Amazonki. Na innej mapie zanotował: „małe plemiona… uważane za przyjazne”; „bardzo groźne plemiona – nazwy nieznane”; „Indianie prawdopodobnie niebezpieczni”.
Jedna z map była narysowana dość niestarannie i Paolo zapytał, czy to Fawcett ją sporządził. Wyjaśniłem, że notatka na mapie – którą znalazłem wśród wielu innych starych dokumentów z North American Newspaper Alliance – wskazuje, że należała ona do Raleigha Rimella. Naszkicował na mapie trasę wyprawy i dał ją swojej matce. Chociaż prosił, by obiecała, że po jego wyjeździe ją zniszczy, nie zrobiła tego.
Uznaliśmy zgodnie, że dokumenty potwierdzają, iż Fawcett i jego ludzie po opuszczeniu Cuiaby udali się na północ, na terytorium Indian Bakairí. Stamtąd powędrowali do obozu Dead Horse, a potem najprawdopodobniej w głąb obszaru znanego obecnie jako Park Narodowy Xingu. W opisie trasy, którą Fawcett potajemnie przekazał KTG, napisał, że mają zamiar skręcić na wschód, w pobliżu jedenastego równoleżnika od równika i ruszyć dalej przez Rzekę Umarłych (Rio das Mortes) i rzekę Araguaia, aż dotrą do Oceanu Atlantyckiego. Fawcett pisał, że lepiej byłoby utrzymać kierunek wschodni, ku wybrzeżom Brazylii, ponieważ „to pozwoli podtrzymać większy entuzjazm, niż gdybyśmy posuwali się coraz głębiej w dzikie tereny” .
Ale jeden fragment trasy narysowanej przez Raleigha wydawał się temu zaprzeczać. Nad rzeką Araguaia, zaznaczył Raleigh, wyprawa skręci ostro na północ, zamiast iść dalej na wschód, i przejdzie z Mato Grosso do brazylijskiego stanu Pará, po czym wyjdzie z dżungli w okolicach ujścia Amazonki.
– Może Raleigh się pomylił? – zastanawiał się Paolo.
– Też o tym myślałem, ale potem przeczytałem to.
Pokazałem mu list wysłany przez Jacka do matki. Paolo przeczytał zdanie, które podkreśliłem: „Następnym razem napiszę pewnie z Pará”.
– Sądzę, że Fawcett trzymał ten ostatni etap podróży w tajemnicy nawet przed KTG – powiedziałem.
Paolo wydawał się coraz bardziej zaintrygowany Fawcettem i czarnym długopisem zaczął rysować jego trasę na czystej mapie, z podnieceniem zaznaczając każdy z punktów, do których mieliśmy dotrzeć. Wreszcie wyjął papierosa z ust i zapytał:
– To co, ruszamy do Z?
[…]
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|