PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 Zobaczyć Maroko i (nie) umrzeć




  Artykuły

kategoria: Podróże>Europa data dodania: 2010-02-28      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Prowansja pachnąca lawendą

ocena: 0.00przeczytano 396 razy


Dzień 3

Wyjeżdżamy z Uster. Nie zapowiada się zbyt przyjemnie bo widać długą wstążkę samochodów jadących do Zurychu. Na razie jeszcze nie jest gorąco, ale pewnie szybko się to zmieni. Decydujemy się omijać płatne autostrady19 i jechać routes nationales , wzdłuż autostrad 20, których zaletą jest to, że nie są płatne i oferują przepiękne widoki. Są jednak dłuższe: o wiele dłuższe.
Poruszamy się w żółwim tempie i często na odcinku kilkudziesięciu kilometrów jesteśmy jedynymi podróżującymi.
Co 5 minut Fela informuje nas o kolejnym rondzie. W tym kraju są chyba miliony rond i równie dużo czerwonych świateł.
Mijamy po drodze jezioro Genewskie, ale nie zatrzymujemy się. Chcemy jak najprędzej dotrzeć do celu naszej podróży. Śledzimy jednak zza szyby widoki, które często „zmuszają” nas do zatrzymania się i zrobienia zdjęcia.
Przejazd przez Genewę to koszmar. Zabiera nam chyba ze 40 minut. Światła, ronda, samochody, gąszcz uliczek, w prawo, w lewo, prosto, samochód na samochodzie i … upał. Jak zwykle.
Z utęsknieniem patrzymy na autostradę, po której śmigają ci szczęśliwcy, którzy nie byli tak skąpi jak my by zapłacić parę euro więcej… 21

Upał nie daje za wygraną. Powietrze ciężkie, duszne, ale już pod wieczór z jedwabistą podszewką chłodu. Do tego piękne widoki.
Poezja.

Przejeżdżamy przez Grenoble. Droga niezła, ale Alpy nie dają za wygraną. Jedziemy otoczone z czterech stron przez górskie szczyty, gdzieniegdzie ośnieżone. Zakręt na zakręcie.

Zbliżamy się powoli do Mison, zostało nam kilkadziesiąt kilometrów, a góry nie znikają. Dzięki wyjaśnieniom Chantal nie błądzimy zbyt długo i w końcu dojeżdżamy na miejsce przeznaczenia. Wioska składa się może z 4 domów a reszta to sady jabłkowe, pola (niestety nie lawendy) i … góry.
Pierwsze odkrycie: Prowansja jest GÓRZYSTA. Nie jest płaska. Jakoś inaczej sobie ją wyobrażałam22 . Wprawdzie domyślałam się, że nie będzie to równina, ale Alpy?! 23
GDZIE LAWENDA?

Trafiamy w końcu na miejsce. Domek mały, wygląda na typową agroturystykę, artystyczny nieład w obejściu, ale przyjemnie.
Olivier i Chantal są przemili. Chyba jacyś dawni hippisi. W każdym razie dosyć „cool”. Wita nas Isathys, pies, a raczej suka: podobno bez węchu, ślepa i głucha ze starości24 . Mają również chyba z tysiąc olbrzymich, śmiesznych, kudłatych kotów o imionach takich jak: Minou, Mimi, oraz dwa osły : Nounou i Myrtille25 . Jeden z nich, już w pierwszy wieczór, przedostał się przez ogrodzenie i napędził nam niemało strachu. Gonił wprawdzie jednego z kotów, a nie nas, ale kiedy tak pędził na wprost nas – wyglądał naprawdę groźnie26 . Jaką prędkość rozwija taki osioł??
Pokój mamy przyjemny. Jest to część apartamentu, na który składają się jeszcze dwa inne pokoje, łazienka , salon połączony z kuchnią. Jesteśmy szczęściarami, bo jesteśmy same i mamy całość do naszej i tylko naszej dyspozycji. Chantal proponuje nam rozłożenie się w drugim pokoju, jeśli chcemy, bez dodatkowej opłaty. Luksus! Może znowu nie taki wielki, ale lodówka jest, mikrofalówka też, kuchenka, telewizor, radio… Żyć nie umierać.
Kolacja…
Nie planowałyśmy co prawda wykupienia posiłku, ale byłyśmy tak zmęczone, że stwierdziłyśmy, że przyda nam się coś podane już do stołu. Podano olbrzymią sałatkę z pomidorami, plaster zimnej szynki, kawałek placka z bakłażanem, wielką górę taboulet27 i butelkę zimnej wody. Na deser Iza zażyczyła sobie owoce a ja biały serek z kremem z kasztanów. Właściwie to najlepszy był deser… Obie grzebałyśmy w talerzach, ale jakoś jedzenia nie chciało ubywać. Teraz rozumiem Jasia Fasolę: co zrobić z taką ilością jedzenia nie raniąc uczuć gospodarzy?? Isathys pomogła nam trochę z szynką, Iza pomogła mi z sałatką z pomidorami, ale nikt nam nie chciał pomóc z taboulet. Iza rozważała możliwość upchnięcia części obfitej kolacji po krzakach, ale takowych w obrębie kilku metrów nie było. Trudno. Talerze powędrują do kuchni wypełnione w ¾ .
Kosztowało nas to 9 euro od osoby.

Olivier i Chantal mają córeczkę. Nazywa się Malouna i ma 7 miesięcy. Mała jest cudowna, ale jakaś … ogromna. Oczy wielkie jak spodki i … fałdkę na fałdce. Też jadła kolację. I chyba też niezbyt dobrą, bo minę miała nietęgą… 28

Przy wejściu rośnie olbrzymia lipa. Pachnie już z daleka. Urzęduje w niej cała chmara pszczół, brzęczą jak szalone. Cała, pijana radością życia orkiestra symfoniczna. Monotonne mruczando towarzyszy nam przez cały posiłek. Zapach lipy zresztą też.

Słyszę też cykady. Olivier wprawdzie mówi, że to „grillons”, świerszcze, na cykady jeszcze trochę za wcześnie, śpiewają w dzień, gdy temperatura jest wyższa niż 23 stopnie, ale ja i tak wiem swoje 29. To muszą być cykady.
Jesteśmy przecież w Prowansji, prawda? A cykada to urzędowy owad tego regionu30 .
Dużo tu innych stworzeń, mniej lub bardziej przyjemnych. Domek dzielimy z muchami, mrówkami i pająkami31 . Pewnego ranka Iza znalazła nawet wielkiego, czarnego skarabeusza. Zażywał spokojnie odpoczynku w rogu naszej jadalni, wielki i błyszczący: natychmiast uwieczniłyśmy go na zdjęciach.
Chantal mówi, że trzeba uważać na węże i żmije32 .
Iza właśnie tępi robactwo w naszym pokoju.
Pomocy!

19. co niestety potem okazało się być niezbyt dobrą decyzją
20. to też nie do końca prawda: routes nationales czasami rzeczywiście biegły wzdłuż autostrad, najczęściej jednak owijały autostradę jak bluszcz z prawa i lewa, tak że droga wydłużała się niemiłosiernie…
21. może nie parę euro. Sam przejazd przez tunel Mont Blanc kosztuje 37 euro, a autostrada Słońca łącząca Grenoble z Niceą – około 30 euro
22. wprawdzie zawsze czytałam, że „lawenda rośnie na stokach”, ale jakoś nigdy nie skojarzyłam tego z górzystym krajobrazem…
23. tak naprawdę to są Alpy, ale w odróżnieniu od Alp wysokich, nazywane są Les Alpes de Haute Provence (Alpy Górnej Prowansji) , lub Les Alpilles – Alpiki?
24. nie taka ślepa, głucha i bez węchu za jaką uchodzi… Potrafiła „wyniuchać” nasze obiadowe resztki i zrobiła nam Sajgon na podwórku przegryzając worki na śmieci i rozrzucając w promieniu kilku metrów te odpadki, których albo nie zdążyła zjeść, albo były po prostu niejadalne.
25. Nazwanie wielkiego szarego osła Myrtille (Jagódka) dowodzi wielkiej wyobraźni gospodarzy
26. Chantal powiedziała nam potem, że w przypadku rozjuszonego osła postępuje się tak jak w przypadku rozjuszonego konia (???). Ponieważ najczęściej po prostu on się boi, należy sprawić, żeby bał się nas. Czyli po prostu go wystraszyć. Ażeby to uczynić, trzeba stać spokojnie do ostatniej sekundy (jak poznać, że jest to ostatnia sekunda?) i kiedy jest już tak blisko nas, że prawie nas dotyka – zrobić „houu” – z odpowiednia intonacją, natężeniem i dramaturgią.
27. Nie wiem, czy taka metoda mi odpowiada.
28. Taboulet – potrawa z kaszki kuskus z dodatkiem konserwowego ogórka, pomidorów, rodzynek, doprawiona sokiem z cytryny i miętą. Reszta zależy od inwencji kucharza. Podaje się na zimno.
29. Olivier jednak zrehabilitował kolejnego dnia się w naszych oczach jako kucharz, przynosząc nam pizzę własnego wypieku (gratis!!), która była przepyszna. Szkoda tylko, że dotarła do nas po naszej kolacji
30. podobna jest do spłaszczonej muchy, nie grzeszy urodą. Jej podobiznę wykonaną w metalu, plastiku, papierze a nawet … mydle, spotykamy wszędzie do końca naszej podróży.
31. Chantal mówi, że o tej porze roku to normalne. Stosują trutki i inne sposoby, ale owadów nie ubywa…
32. spotkałyśmy kilkanaście pełzających gadów, ale nieszkodliwych, bo rozpłaszczonych na jezdni


strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Szwajcaria

Informacje o kraju: Szwajcaria
Flaga - Szwajcaria


  Francja

Informacje o kraju: Francja
Flaga - Francja



KONKURS NA RELACJĘ Z PODRÓŻY






© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: bramkasms.com.pl - darmowa bramka smssmspower.pl - darmowa bramka sms, doładowania, logo dzwonki