| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Ameryka Północna |
data dodania: 2008-01-24
|
|
autor: Dariusz Edward Strzelecki |
W stronę Gwatemali i Jukatanu |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 218 razy |
11.
Popołudniowy posiłek w przydrożnej, wyeksponowanej restauracji. Miejsce, które jeszcze w wieku XIX było typową hacjendą. Samowystarczalnym,
ziemskim majątkiem, wyspecjalizowanym w hodowli, albo uprawie określonych gatunków roślin jadalnych.
W otoczeniu wysokich murów i stylowej bramy wjazdowej, smakujemy atmosferę tamtych dni przy specjałach jukatańskiej kuchni. W klimacie czasu,
gdy miejsce to stanowiło jakby państwo w państwie, a feudalizm osiągał szczyt definicyjnych możliwości. Cicha ludowa muzyka meksykańska, nieco
zagłusza echa rządów Porfirio Diaza. Czasu rozkwitu koncernów ze Stanów Zjednoczonych i majątków potomków przybyszów z Hiszpanii. Okresu
wielkiego ubóstwa chłopstwa indiańskiego i metyskiego.
Dziś po świetności hacjendy pozostaje wspomnienie i nadzieja właścicieli restauracji, że dadzą radę utrzymać się z serwowanych turystom posiłków
i kilku wynajmowanych pokoi.
Wieczorny spokój centrum siedemsetpięćdziesięciotysięcznego miasta. Hotel "Dolores Alba", przy ulicy 63, w Meridzie. Dawna rezydencja kolonialna
arystokratów, wydająca się rajem dla przybywających. Obszerny hol recepcyjny z ekspozycją mebli, obrazów, bibelotów, tego, co zachowało się po
dawnych zarządcach upraw sizalu, czy właścicielach manufaktur produkujących z niego liny. Wyludniony krużgankowy dziedziniec z palmami i wodą w
basenie pośrodku. I tylko 440 pesos za dwie osoby w pokoju...
Czar szybko pryska, gdy stwierdzamy zimną wodę w łazienkach, nieprzygotowane pokoje na nasz przyjazd i resztki potytoniowych wyziewów...
12.
Słoneczny poranek. Za drzwiami hotelowych drzwi szara rzeczywistość dużego miasta. Dziesiątki kabli telefonicznych zawieszonych chaotycznie
wzdłuż i w poprzek ulicy, huk pojazdów, spaliny. Oczekujący na miejski autobus ludzie. Trudna do ominięcia przeszkoda na nierównym
chodniku.
Kilkaset metrów od pokojów hotelowych. Plaza Grande. Plac z parkiem w środku, wokół którego władze kolonialne z Francisco de Montejo na czele,
wznoszą na zgliszczach indiańskiej osady T’ho, budowle stanowiące najważniejsze obiekty miasta.
Katedra św. Ildefonsa. Obiekt z drugiej połowy wieku XVI, z kamieni pozostałych po świątyni Majów. Budowla znana dzięki epizodowi o "Chrystusie
w Pęcherzach" - niepozornemu krucyfiksowi, który podczas pożaru jednego z kościołów w miejscowości Ichmul, osmalił się i pokrył bąblami niczym
pęcherze. Dzięki wspomnianemu epizodowi inny krucyfiks, ten z głównego ołtarza mimo swoich siedmiu metrów, jakby w cieniu tego
pierwszego.
Szkoda, że nie trafiamy dzień 27 września i coroczną procesję ku czci "Cristo de las Ampollas".
Krążąc po placu, mijamy budynki Palacio Municipal, czyli ratusza, Palacio de Gobierno – siedziby władz stanu Jukatan oraz pałacu Casa de
Montejo, pierwszego obiektu wzniesionego dla gubernatorów w roku 1542. Pod jednym z ośmiu łuków pozostawionych przez kolonizatorów - Arco de San
Juan, przemierzamy miasto siatką ulic. Nietrudno tu zmylić drogę marszu. Z kierunku północnego na południe, ulice prostopadłe do marszruty
otrzymały numeracje nieparzyste, począwszy od ulicy 1, zaś ze wschodu na zachód, wzrasta numeracja parzysta.
Wyjątkiem jest Paseo Montejo, reprezentacyjna aleja z dziewiętnastowiecznymi willami i rezydencjami najbogatszych mieszkańców i ich zstępnych
oraz obeliskiem "Altar a la Patria", dziełem kolumbijskiego rzeźbiarza Romulo Rozo, z płonącym wewnątrz ogniem.
Plaza Grande, centralne miejsce miasta, ograniczona jest ulicami 61 i 63 oraz 60 i 62. Jeśli turysta skieruje źle swoje kroki, pójdzie zupełnie
w inną stronę. Gdy zapamięta adres i opanuje podstawy oznaczenia ulic, trafia do właściwego miejsca bez konieczności szukania rady u
miejscowych. Odległości pomiędzy przecznicami wynoszą po kilkadziesiąt metrów, dlatego lepiej się nie gubić. Szczęśliwie do hotelu na posiłek
trafiamy bez pomocy taksówkarzy.

13.
Autokar opuszcza Meridę wśród parkowych terenów miasta, które okazują się... komunalnym cmentarzem. Do tego ze skrzyżowaniami sterowanymi
sygnalizacją świetlną. Żartujemy, że pewnie kondukty żałobne w tych miejscach też zatrzymują się na świetle czerwonym.
Obok portu lotniczego opuszczamy stolicę stanu Jukatan. Siedemdziesiąt osiem kilometrów do Uxmal. Szlak "Puuc", od nazwy pagórkowatego terenu,
stanowiącego urozmaicenie monotonnej niziny. Ostatnia podróż do indiańskich ruin.
Park archeologiczny w Uxmal. Wejście za 35 pesos. Miejsce, gdzie na zielonych terenach ekspozycja ceremonialnych budowli kolejnego miasta Majów:
Piramida "Wróżbity", "Czworokąt Mniszek", Pałac Namiestnika, Wielka Piramida, Dom "Pod Żółwiami", czy "Gołębnik".
Tą reprezentacyjną jest z pewnością masywna, trzydziestopięciometrowa Piramida Wróżbity, zwana inaczej Piramidą Czarownika, która w
przeciwieństwie do wcześniej oglądanych, ma owalną podstawę. Jej nazwa nawiązuje do legend i osoby karłowatego i zgarbionego czarownika Itzamna,
który miał wznieść budowlę w ciągu jednej nocy. Zewnętrzne ściany niczym wielki płaszcz obudowują wcześniej powstałe cztery świątynie, zgodnie z
zasadami kalendarza. Od VI do X wieku powstało zatem pięć świątyń, jedna na drugiej.
Woda pitna wokół Uxmal zalegała głęboko, dlatego Indianie budowali pod dziedzińcami, czy placami, specjalne zbiorniki – cysterny, aby móc żyć i
uprawiać żyzne, okoliczne ziemie, a bóg deszczu Chaca miał tym przedsięwzięciom patronować. Dlatego zdobienia większości obiektów stanowią
wyobrażenia właśnie boga deszczu, z dużymi prostokątnymi oczami.
Dziś Majów, czy obecnych tu nieco później Tolteków, traktuje się jak mało realny świat. Ich miasta niczym otwarte muzea etnograficzne traktowane
są przez turystów bezreflesyjnie. Tłumy wspinają się ku wyjątkowo stromym szczytom piramid bez większego przejęcia przeszłością. Zapomnienie i
obojętność utrwalają współczesne osiągnięcia i wynalazki, w tym najprostsze zabezpieczenia na budowlach - łańcuchy.
Bogate zdobienia, szczególnie wyjątkowe są na ścianach Czworokąta Mniszek, zwanego też Domem Kapłanek - zespole budowli na planie kwadratu, z
trawiastym dziedzińcem. Precyzyjnie obrobione skalne rzeźby, okrywające z zewnątrz mury, z daleka niczym mozaiki. Wygrzewające się w słonecznych
promieniach iguany, dopełniają obraz egzotyki. Wieczorem, jak w większości podobnych miejsc znowu cywilizacja podda się na chwilę dominującej
wokół naturze...
Ostatni punkt planowego programu. Miejscowość Kabah. Drugi najważniejszy ośrodek Indian na szlaku Puuc. Osiemnaście kilometrów na południe
względem Uxmal i niecałe sto od Meridy. Uczestnicy zdają się być już mniej zainteresowani zabytkami tak zwanych czasów prekolumbijskich.
Rozprężenie, może ulga. Jak długo można oglądać kamienne bloki, piramidy, setki mniejszych budowli i fascynować się nimi? Znużenie widoczne
właśnie w Kabah.
Ograniczamy się do zapoznania się z bogatym w kamienne wyobrażenia boga deszczu Chaca - Pałacem Masek i z położonym po drugiej stronie drogi nr
261 łukiem wzniesionym jakby na wzór rzymskich bram tryumfalnych, pod którym dawny wjazd do miasta jukatańskich Majów.
Podobizny Chaca na Pałacu Masek, znanym roboczo także pod nazwą Codz Poop, są o tyle charakterystyczne, iż każda z nich jest względem siebie
przesunięta do tyłu, bądź w przód, i posiada jedyny w swoim rodzaju haczykowaty, wystający nos. I chyba jedynie ten element będzie w przyszłości
znakiem rozpoznawczym dla Kabah. No może jeszcze sacbe – kamienna, procesyjna ścieżka indiańska, łącząca niegdyś Kabah z Uxmal, która idealnie w
dzisiejszych czasach nadaje się do przystosowania dla rowerów. Jak uczy doświadczenie wiele z oglądanych budowli przepadnie gdzieś w
niedoskonałej ludzkiej pamięci. Uchwycić należy, więc, różniące odwiedzane miejsca, szczegóły.
Epilog
22 listopada. Z pokładu samolotu należącego do linii "Mexicana" widać nitkę drogi. Szlak do Uxmal i Kabah. Gdy samolot wlatuje nad wody Zatoki
Meksykańskiej, niknie z oczu gdzieś w otchłani leśnego bezmiaru, w nieprzejrzystym dziś powietrzu i promieniach zachodzącego Słońca.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|