| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2010-02-28
|
|
autor: kraka, Katarzyna Krawiec |
Prowansji sen dalszy |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 429 razy |
DZIEŃ 11 – ostatni pełny dzień w Prowansji / 14.07.2009 / wtorek
Dzisiaj ostatni, pełny dzień u Oliviera i Chantal. Jutro, około południa jedziemy do Marsylii. Może pojedziemy wcześniej i poczekamy gdzieś na plaży do wieczora? Nie wiemy jeszcze. Mamy tylko nadzieję, że Eric i Chantal z Marsylii są ludźmi poważnymi15 i nie wystawią nas do wiatru. Poznałam ich przez HOSPITALITY CLUB. Zgodzili się nas przyjąć na dwie noce. Mam nadzieję, że zobaczymy Marsylię i Les Calanques.
Pytałam Chantal, czy mogę u nich sobie urwać mały pęd lawendy z korzeniami, ale podobno to nie ma sensu16. Kępka lawendy, nawet duża i rozłożysta, ma podobno tylko jeden korzeń, jak marchewka, a nie kilkanaście rozgałęzionych korzonków, więc musiałabym wyrwać całą kępę. Hm… Pomyślimy co zrobić z tym fantem, ale później bo dzisiaj PLAŻA. Odkryłyśmy w Sisteron „Plan d’eau”, rodzaj miejskiego basenu. Z jednej strony jest rzeka Durance a z drugiej właśnie kąpielisko. Ostatnio woda była lodowata, ale czyściutka. Dzisiaj jest o wiele przyjemniej. Tak więc spędziłyśmy miłe popołudnie: Iza pływała, a ja się opalałam i pluskałam przy brzegu.
Jutro czeka na nas Marsylia. Eric odezwał się, że potwierdza nasze przybycie, czyli wszystko w porządku. Mam tylko nadzieję, że nie ugotujemy się w samochodzie.
DZIEŃ 12 – droga do Marsylii / Marsylia / 15.07.2009 / środa
Miałyśmy wyjechać przed południem, ale wyjechałyśmy grubo po. Trochę zagadałyśmy się z Chantal i Ellie, która opowiadała nam o swojej pracy. Jest … hm… w wielkim skrócie … murarzem, ale nie takim zwykłym. Pokazywała nam jakie cudeńka można zrobić z gliny na ścianach. W takim domu nie ma kątów ostrych, linie są łagodne, faliste. Ciekawe zajęcie i widać, że dziewczyna uwielbia to, co robi. I tak gadu, gadu i zrobiła się 14h. Do Marsylii nie jest daleko, ale nie jedziemy autostradami, tylko drogami lokalnymi, więc zejdzie nam ok. 3h.
Na drogach jednak ruch słaby i jesteśmy przed czasem, Fela szuka adresu ale słabo jej to wychodzi. Nie jest łatwo. Nie „widzi” dróg w pionie, więc kręciłyśmy się wokół naszej ulicy i nie potrafiłyśmy jej znaleźć, mimo, że Fela z uporem twierdziła, że „osiągnęłyśmy cel”. Jaki cel?!
Ludzie pytani po drodze też nie okazują się zbyt pomocni, robią nieokreślony ruch ręką, że „to gdzieś tu jest niedaleko”. Tyle to my też wiemy. Okrążyłyśmy parę razy owo „miejsce”, w końcu wysiadłam z samochodu i zagłębiłam się w kręte uliczki. Może „zagłębiłam się” to za dużo powiedziane, bo jak tylko uszłam kilkadziesiąt kroków znalazłam ulicę, która mnie interesowała, wróciłam więc do Izy i podjechałyśmy pod znaleziony adres. Nasza radość była jednak przedwczesna: interesował nas nr 24. Mijamy 26, a potem od razu jest już 22. W miejscu numeru 24 zieje olbrzymia dziura. Numeru 24 BRAK. Przypomina mi się podobna sytuacja sprzed roku kiedy to zawitałyśmy na Florastrasse, ale w zupełnie innej dzielnicy Zurychu. Było strasznie duszno i gorąco, zaczynałyśmy już mieć dosyć tej sytuacji. Wobec braku numeru 24, poszłam pod numer 22 i zapytałam sąiada gdzież ów brakujący numer powinien się znajdować… Uprzejmy pan wytłumaczył, że trzeba tą DZIURĄ zejść na dół i tam na pewno numer 24 się znajdzie. A swoją drogą, ciekawe, gdzie oni mieszkają? W morzu???
Sąsiad jednak ma rację: po zejściu kilkunastu schodków – pojawiają się szare drzwi. Nareszcie.
Dzwonię raz i drugi… Nic… CISZA.racam do Izy. Może ona coś wymyśli. Zawsze co 2 głowy to nie jedna. A Izy głowa jest wiele warta, zawsze jest pełna pomysłów.
I tym razem się nie mylę. Iza po prostu podeszła pod balkon i gromkim głosem zawołała ze dwa razy HALLO, myślałam, że się zapadnę pod ziemię, ale nie zdążyłam bo oto … drzwi się otwarły i stanęła w nich kobieta. Ale jaka kobieta. Hippiska, która zapomniała, że czasy dzieci kwiatów minęły ponad 30 lat temu : kolczyk w nosie, kolczyk w uchu, niedbale związane długie włosy, indyjskie ubranie – niebieskie spodnie i ręcznie malowaną pomarańczową bluzkę. Bose nogi. Hm…
Chantal mówi po prostu, że dzwonek nie działa. Aha. To sama zdążyłam już zauważyć. Prowadzi nas do pokoju i sadza na ziemi. Tak więc siedzimy sobie po turecku we trzy. Dwie z tych osób marzą jak na razie tylko o prysznicu i o wyciągnieciu nóg, niekoniecznie o siedzeniu na ziemi… No ale jak na razie na to się nie zanosi… Chantal znika na chwilę aby… uratować piekące się chleby ale lekki zapach spalenizny mówi nam, że bochenki jednak troszkę się przyrumieniły. Za chwilę nasza gospodyni schodzi na dół … przypilnować konserw z … zielonej fasolki szparagowej17. Cóż, co kraj to obyczaj
Korzystając z jej nieobecności rozglądamy się po pokoju. Niemożliwie zagracony, wszędzie zdjęcia, książki, instrumenty muzyczne z całego chyba świata, a nawet nierozpakowane jeszcze bagaże. Podróżnicy z naszych gospodarzy całą gębą.
Chantal wraca i przynosi nam wodę z miętą. Oj, widzę, że Iza napiłaby się zimnej coli a tu nic…
Nasz wzrok prześlizguje się po nagromadzonych sprzętach i … zatrzymuje się na ogromnej dziurze ziejącej na suficie. Chantal macha ręką i po prostu mówi, że niedawno był malutki pożar. Zastanawiamy się, czy resztka sufitu nie spadnie nam na głowy kiedy będziemy spać…
Wraca Eric, na oko około 10 lat młodszy od Chantal, no ale to w końcu ich sprawa. Rozmawiamy chwilę i decydujemy się zakosztować PRAWDZIWEJ MARSYLII, a nasi gospodarze mają nam w tym pomóc. Ponieważ ich samochód jest tylko na dwie osoby, ładujemy się w czwórkę do Pandy. Ster, a raczej kierownicę przejmuje Eric. Jedziemy na l’Estaque, promenadę nadmorską. Jest to najdalej wysunięta na wschód, a zarazem najstarsza dzielnica Marsylii. Jeszcze 10 lat temu zamieszkiwała ją głównie biedota, ale dzięki Andre Techine, francuskiemu reżyserowi, scenarzyście i krytykowi filmowemu który w Marsylii umiejscowił akcje kilku swoich filmów, dzielnica rozkwitła. Podobno teraz ludzie wręcz się biją o miejsca do zamieszkania w tej dzielnicy. PODOBNO. Ja tam żadnych bogaczy nie widzę. Dzielnica robi wrażenie raczej zaniedbanej, kręte, wąskie uliczki, pranie suszące się na zewnątrz. A gdzie błysk bogactwa?
Eric i Chantal zapraszają na PANIS, tradycyjną przekąskę w Marsylii. To nic innego jak pure z ciecierzycy (albo jak kto woli, z cieciorki, albo jeszcze lepiej z grochu włoskiego), uformowane w małe, cienkie placuszki i usmażone na głębokim oleju na złoty kolor. Dobre, ale nie znowu jakaś rewelacja. Jestem jednak zdania, że lokalnych potraw zawsze warto próbować, bo może już nigdy nie być na to okazji. Pakujemy się jeszcze na moment do nadbrzeżnej knajpki, mimo że właściciel już zamykał. Słowa TURYSTKI Z POLSKI okazały się być jednak kluczem-wytrychem i podwoje lokalu stanęły dla nas otworem. Zamówiono dla nas PASTIS, również regionalny, napój alkoholowy. Smak raczej obrzydliwy, mdły, anyżkowy i za słodki a nam się pić chce… Zawsze to jednak stan ciekły, prosimy jednak o szklankę wody, którą wypijamy duszkiem. Czyżby mi już się w głowie kręciło? Eric mówi, że to tylko aperitif i zaraz jedziemy do domu na kolację. Nawet nie jestem głodna. Za gorąco. No, ale zobaczymy co nam zostanie podane do stołu…
A do stołu zostaje nam podana… dynia, Chantal mówi, że to cukinia, ale jest okrągła, więc ja swoje wiem. Króluje więc na stole: okrągła, gorąca i … nadziana. Nie wiem czym, ryżem na pewno i jakimś mięsem, ale wolimy się nie zastanawiać jak to mięso wyglądało zanim trafiło do dyni. Mnie nawet smakuje ale Iza grzebie widelcem po talerzu i mimo jej zapewnień, że dobre, jakoś jej nie wierzę… Do dyni jest chleb i wino. Ojojoj… Niemal „słyszę” myśli Izy o ziemniaczkach choćby i maślance… Na deser jeszcze ostatnimi siłami jemy lody … i padamy.
Trochę obawiam się spadającego sufitu, trochę jest duszno, mimo, że gospodarze odstąpili nam swój wentylator, jakoś nie umiem zasnąć, a jutro kolejny, pełny wrażeń dzień…
15. Przepisując teraz to, co napisałam we Francji, uśmiecham się pod nosem. Można o Eriku i Chantal powiedzieć dosłownie wszystko, ale na pewno nie to, że są „poważni”.
16. Fakt, próbowałam już zerwać nielegalnie, na polu, ale dzielnie się trzymała kamienistej ziemi i nie dałam rady.
17. Istotnie, idąc korytarzam zauważyłyśmy wielki sagan, w którym coś bulgotało. Teraz okazało się, że to fasolka szparagowa.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|