| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2010-02-28
|
|
autor: kraka, Katarzyna Krawiec |
Prowansji sen dalszy |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 429 razy |
DZIEŃ 13 – Marsylia / Calanque Sugiton / 16.07.2009 / czwartek
Głównym naszym celem podróży na południe nie była, wbrew pozorom, Marsylia, ale kalanki, białe, wapienne, strome klify broniące dostępu do morza. Planowałyśmy już je zobaczyć w zeszłym roku, ale musiałyśmy się zadowolić kalankami czerwonymi, masywu de L’Esterel, które zresztą też były przepiękne. Nadszedł więc dzień na kalanki. Planowałyśmy Cassis i stamtąd zwiedzić kilka najbardziej popularnych, ale Chantal poradziła nam zwiedzić calanque de Sugiton, podobno najpiękniejszy w okolicy, a blisko bo jedynie 16 km stąd, na drugim brzegu Marsylii. Wystarczy więc tylko przejechać całą Marsylię i jesteśmy na miejscu18
Czuję się kompletnie niewyspana, mimo, że wstałyśmy o 8. W nocy, mimo moskitiery19, otwartego okna i wentylatora, było duszno jak w piecu. Iza oczywiście chrapała w najlepsze.
Kiedy wstałyśmy, Chantal już nie było, poszła do pracy o 6.00. a Olivier ubrany w damskie prawdobodobnie sari – robił nam śniadanie: kawa, kakao, mleko, własnoręcznie upieczony chleb20 oraz konfitury do wyboru do koloru: z moreli i fig, z zielonych pomidorów i z.. ARBUZA. Nawet smaczna chociaż do dzisiaj się zastanawiam jakim sposobem można z owocu zawierającego ponad 90% wody zrobić konfiturę. Widocznie można.
Zapakowałyśmy koc, ręczniki, krem do opalania, napoje, Chantal nam zostawiła barwne chusty do okrycia głowy i … RUSZAMY.
Przejazd przez Marsylię to KOSZMAR. Samochód na samochodzie, piski, klaksony, każdy jedzie jak chce… Pamiętamy jednak, że musimy przejechać całą Marsylię, „tylko” 16 km. Nagle na liczba, w nowym świetle, wydaje się ogromna… Zajmuje nam to godzinę. Dokładnie tyle, ile mówiła Chantal. Po wyjściu z samochodu jestem mokra z strachu i trzęsą mi się kolana. O drodze powrotnej jakoś nie mam ochoty myśleć. Zostawiamy samochód na parkingu i dalej ruszamy pieszo. Według mapy, czeka nas około godzinny spacer wśród skał zanim dotrzemy do morza. Najpierw jednak droga wiedzie przez las, w którym zebrały się chyba cykady z całego regionu. Ich ogłuszający wrzask już mi się nie podoba… Po kilku chwilach marszu pojawiają się już kalanki. Ścieżka robi się coraz węższa i coraz bardziej kamienista i zaczyna schodzić w dół. Pojawia się też morze na horyzoncie, co z białymi skałami i zielonym lasem daje całkiem uroczy obrazek. Ludzi jak na lekarstwo, a ci których mijamy są dosyć młodzi, żeby zejść do morza trzeba nie lada kondycji, zaczynamy się o tym powoli przekonywać. Coraz częściej musimy skakać jak kózki z kamienia na kamień. W pewnym momencie ścieżka biegnie wysokim gzymsem i zwęża się do 20 cm. Trochę szoruję tyłkiem po kamieniach, trochę się slizgam, ale w końcu lądujemy obydwie na wielkich, płaskich kamieniach. Iza idzie popływać, w butach, a ja moczę się trochę przy brzegu. Słońce zaczyna mocno przypiekać chociaż przy brzegu nie jest aż tak dokuczliwe.
Prawdziwa „próba charakteru” czeka nas jednak w drodze powrotnej. Przez jakieś 100m jest ok mimo że, droga pnie się stromo w górę21. Czujemy jednak jeszcze na naszych policzkach bryzę morską, która przyjemnie chłodzi… Kiedy jednak morze znika nam z oczu, znika również, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przyjemna bryza. Ledwo żywe pniemy się w górę, ale w końcu udaje nam się dotrzeć do parkingu. Jesteśmy jednak czerwone, jak dojrzałe w słońcu, dorodne pomidory. Jeszcze tylko droga powrotna przez zatłoczone, rozgrzane również do czerwoności miasto…Znowu stres… Mój, oczywiście… Damy radę…
I rzeczywiście, droga z powrotem wydaje się mniej niebezpieczna, ale niestety równie długa, o ile nie dłuższa. Marsylscy kierowcy są bardzo niecierpliwi i jeśli na skrzyżowaniu człowiek zagapi się o ułamek sekundy już „gapowicza” ścigają ponaglające klaksony. Ponieważ takich osób jest sporo, miasto rozbrzmiewa symfonią trąbek, pisków, zgrzytów… Męczące… Udaje się nam jednak dojechać na 18 do domu. Na Chantal nie robią wrażenia dwie spocone i zziajane istoty, tylko zagania nas od razu do ogródka w celu zbierania fasolki szparagowej. Przy okazji zrywamy także bakłażany, pomidory. Jutro z tego będzie ratatouille.
Wieczorem robimy wypad na miasto. Parkujemy w starym porcie i dalej już zmierzamy piechotą. W Marsylii ciężko jest znaleźć centrum we właściwym tego słowa znaczeniu. Każda dzielnica posiada swoje centrum. Spacerujemy wokół starego portu, w oddali na wzgórzu widzimy Notre Dame de la Garde. Eric powiedział, że kiedyś można tam było dojechać samochodem, ale widocznie był za duży ruch, podobno piwo lało się się strumieniami i pozwolenie cofnięto. W pobliże katedry można się dostać jedynie piechotą. Robimy sobie zdjęcie ze sprzedawcą prawdziwej arabskiej herbaty – malutki kubeczek, mięta i orzeszki na górze, przyglądamy się grze w Petanque, lub jak kto woli w kulki22 i skręcamy w kierunku Cathedrale de la Major, budynku chyba najczęściej kojarzonego z Marsylią. Powstał w drugiej połowie XIXw na polecenie Napoleona, zbudowany w stylu neobizantyjskim. Katedra wygląda jak zebra, albo ubrana w piżamkę: cała w paski niczym przekładaniec z białego i ciemnego kamienia. Jest ogromna i niestety zamknięta. Trzeba jednak przyznać: robi wrażenie.
Powoli zmierzamy do jakiejś restauracji, ale powoli tracimy nadzieję, że kiedykolwiek tam dotrzemy bo kulinarny wątek przewija się od co najmniej godziny a restauracji ani widu ni słychu. Eric i Chantel chyba sobie za punkt honoru postawili przepędzenie nas wzdłuż i wszerz przez Marsylię. Trafiamy nawet do pracowni plastycznej ich przyjaciela, z którym bez większego skrępowania ucinają sobie DŁUŻSZĄ pogawędkę nie zważając na nasze burczące brzuchy. My tymczasem rozglądamy się po atelier, facet robi nawet ciekawe przedmioty z opustych, szklanych butelek: wypala je, a może raczej rozgrzewa czy topi w piecu ceramicznym, kiedy zmiękną nadaje im różne najziwniejsze kształty. Wszystko to jest dosyć interesujące ale…. JEŚĆ!
W końcu lądujemy w arabskiej restauracji, w której jesteśmy jedynymi NIE arabskimi gośćmi. Wszyscy zamawiamy couscous, tylko dodatki się różnią: ja i Eric mamy „boulettes” – klopsiki z mielonego mięsa23, Iza z kurczakiem a Chantal z kilkoma rodzajami mięsa. Każde z nas otrzymuje talerz z kaszką i wybranym dodatkiem, a potem na stół wjeżdża ogromna misa z warzywami i sosem, z której każdy sobie dobiera wg. uznania. Porcje są O-G-R-O-M-N-E, więc ani ja ani Iza nie jesteśmy ich w stanie dokończyć, śmiem nawet twierdzić, że zjadłam więcej od Izy, ale chyba tylko dlatego, że ona raczej takich cuacznych rzeczy nie jada. Trudno. Na ziemniaczki czy pizzę będzie musiała poczekać do powrotu do Polski. Po posiłku Eric namawia mnie jeszcze na spróbowanie arabskich słodyczy. Pycha, ale tak niemiłosiernie słodkie, że łupie mi w zębach jeszcze długo potem.
Najadłyśmy się jak bąki więc Chantal zaproponowała jeszcze spacer (!). Rany Julek… Ledwo powłóczymy nogami… Idziemy słynną Canebiere24, najsłynniejszej promenadzie w mieście, takim marsylskim Champs-Elysees. Promenada w Marsylii ma około 1000 m. Mimo późnej pory, niezwykle ożywiona, oświetlona, przydrożne restauracyjki i bary pełne po brzegi. Dochodzi północ. Chyba jesteśmy zmęczone bo jedyne czego tak naprawdę pragniemy to przejść tą Canebiere i do domu… SPAĆ…
18. Oj, to była niestety tylko TEORIA
19. Chantal zrobiła nam całkiem uroczą moskitierę z… hinduskiego sari. Ochrona raczej barwna niż skuteczna
20. Już drugi tydzień jemy domowy chleb
21. W sumie skoro przy zejściu biegła stromo w dół, to teraz nie ma rady. MUSI się piąć stromo w górę
22. Narodowa gra Francuzów: każdy z graczy ma do dyspozycji 3 stalowe kule, które starają się dorzucić jak najbliżej celu – cochonnet. Wygrywa ten, którego kula jest jak najbliżej cochonnet.
23. Otrzymałam zapewnienie, że to na pewno jest mięso jadalne
24. Canebiere pochodzi od słowa prowansalskiego canabe, które znaczy konopie, a z konopi powstaje haszysz i marihuana, podobno zanim jeszcze powstało miasto na tym terenie rozciągały się pola uprawne konopii
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|