| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2010-02-28
|
|
autor: kraka, Katarzyna Krawiec |
Prowansji sen dalszy |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 429 razy |
DZIEŃ 2 – Pilatus – Luzerna / 05.07.2009 / niedziela
Wstałyśmy, o dziwo o 6.30 bez większych problemów, tzn ja bez żadnego problemu a Iza z małymi problemami, no ale trzeba jej przyznać , że miała prawo być bardziej zmęczona po podróży, w końcu to ona kierowała… Po lekkim śniadanku: polski chlebek, polski dżemik, polska herbata+ polska cytryna – chyba tylko woda była szwajcarska)), ruszyłyśmy w drogę. Zdecydowałyśmy jechać tam samochodem, mimo, że szwajcarskie pociągi są bardzo czyste, wygodne i punktualne3. Do Alpnachstad jest ok. 60 km, więc już przed 8.30 byłyśmy na miejscu. Byłybyśmy jeszcze wcześniej gdyby nie zablokowane ulice i objazdy. Letnie roboty drogowe nie są domeną widocznie tylko Polaków. Po zaparkowaniu ruszyłyśmy na pdobój PILATUSA (2133m) Ruszyłyśmy, to może trochę za dużo powiedziane, po prostu kupiłyśmy bilet (64chf) na najwęższą i najbardziej stromą kolejkę na świecie – do 48% nachylenia! i … zajęłyśmy miejsca w przedziale, a potem już zajęłyśmy się tylko podziwianiem widoków. A było co podziwiać. Podróż trwała ok. 40 minut, wagonik mozolnie piął się w górę pozostawiając w dole coraz mniejsze domki, samochody, ludzi… Domki wyglądały jak pudełka od zapałek, a drogi wąziutkie jak wstążeczki… Przedzieramy się przez lasy, następnie nad koronami drzew, a w końcu zostawiamy drzewa daleko pod nami. Góry stają się łyse, szare, gdzieniegdzie jakaś roślinka jednak się pojawia, ale to już okazy typowo wysokogórskie. Robi się zimno, coraz zimniej… Czasami po drodze mijamy pojedyncze osoby, lub pary które nie są tak leniwe jak turyści siedzący w wagoniku i zdecydowały się wejść na Pilatus piechotą. Siedząc w pociągu, który STROMO wspina się pod górę, wydaje mi się to nierealne4, niewykonalne, przynajmniej dla mnie. W każdym razie na pewno trzeba mieć więcej czasu…
Podobno nazwa Pilatus pochodzi od Poncjusza Piłata, którego duch nawiedza do dzisiaj swego skalnego imiennika.
Każdy śmiałek, który waży się wtargnąć aż na sam wierch, swym zuchwałym czynem prowokuje ducha do rozpętania burzy i ciskania gromów. Bardziej prawdopodobne, że nazwa góry pochodzi od łacińskiego słowa pilateus, czyli „pokryty chmurami”.
Kiedy dojechałyśmy na miejsce, powitała nas… MGŁA. Mogłam się spodziewać, że będzie podobnie jak z zeszłoroczną lawendą… Zielone pola fioletowej zazwyczaj lawendy nie były tym, o czym marzyłam przez parę miesięcy, przygotowując się do wyprawy. Tutaj też liczyłam na niezłe widoki, a jak na razie… MLEKO. A raczej śmietana, bo nieprzezroczysta i gęsta… Poza tym powitały nas również krukopodobne, czarne ptaszyska z żółtymi dziobami. Wszędobylskie potwory, który wręcz „goniły” nas w poszukiwaniu smacznych kąsków. Może Iza stanowiła jeden z nich, ja raczej nie.
Ufff… Mgła jednak okazała się zjawiskiem przejściowym … i nawracającym niestety. Wiatr, w zależności od kaprysu rozwiewał chmury i wtedy widziałyśmy wszystko jak na dłoni, lub… nawiewał, a wtedy już nie widziałyśmy nic.
Kiedy jednak miałyśmy szczęście, widoki były naprawdę przepiękne: jeziory, góry, kwiaty, miasta i miasteczka w dole, a wszystko z perspektywy lotu ptaka. Czasami do naszych uszu dochodził nas dźwięk dzwoneczków zawieszonych na krowich lub kozich szyjach. Typowy obrazek Szwajcarii: Alpy, pastwiska i krowy w tle. Brakuje jeszcze tylko Heidi, chociaż to był chyba film niemiecki…
Decydujemy się przejść kilka proponowanych szlaków. Żaden nie jest ani trudny ani długi, na początek DROGA SMOKA, zwana chyba tak tylko dlatego, że przez 500 m długości idzie się głównie pieczarami i korytarzami. W końcu gdzieś się tam mogło zadomowić jakieś smoczysko, ale nie wyszło nam na spotkanie. W skale są jednak wykute kamienne „okna”, przez które możemy podziwiać wszystko, na co tylko mamy ochotę, wraca jednak mgła, bądź chmura i jak na razie to podziwiamy tylko mleczną otchłań… Następnie wybieramy trasę biegnącą przełęczą na TOMLISHORN. Miała trwać 40 min, a idziemy już z ponad godzinę, więc czas wracać. Tym bardziej, że znikają barierki i „utarty” szlak, a pojawia się ostrzeżenie, że można wejść już tylko z odpowiednim ekwipunkiem… Tak więc ścieżka dla turystów dosyć niepostrzeżenie się skończyła i ani się obejrzałyśmy znajdowałyśmy się na regularnym, wysokogórskim szlaku. O tym, że od kilkunastu minut się na nim znajdujemy poinformowała nas jedynie mała tabliczka, mówiąca, że do najbliższej miejscowości i schroniska jest ok. godziny… ZAWRACAMY. Po drodze widzimy nawet kozicę górską: siedzi sobie na samym szczycie. Cyknęłyśmy nawet fotkę, ale chyba była za daleko…
Trzeba jednak przyznać, że natura jest dobrze zachowana. Rośnie dużo roślinek wysokogórskich, a każda z nich jest podpisana, na tabliczce widnieje nazwa łacińska i niemiecka, co niestety za bardzo mi nie pomaga, może jeszcze od biedy łacińska… Jedyne co rozpoznawałyśmy to szarotki , niezapominajki, a reszta to bliżej niezidentyfikowane żółte i fioletowe kwiatki, osty, kolczaste krzaczki.
O tej porze nie było zbyt dużo turystów, czasami obok nas przemknęła chmura i tyle, kiedy jednak wróciłyśmy na stację, mijały nas już tłumy Rosjan, a skoro popyt był to i podaż się pokazała Posłuchałyśmy jeszcze „rodowitych” Szwajcarów, ubranych w tradycyjne, regionalne stroje i grających na czymś, co przypominało dłuuuuuuuuuuuuugą drewnianą, cienką trąbę. Muszę sprawdzić jak toto się nazywa. Ciekawe tylko jak został wtaszczony na samą górę…
Wracać postanawiamy innym środkiem lokomocji i do innego miejsca. Nie zjeżdżamy do Alpnachstad, mimo, że tam zostawiłyśmy samochód, ale do Luzerny. Ze szczytu zjechałyśmy dużą kabiną, która mieściła kilkanaście osób, a może w połowie drogi przesiadłyśmy się na małe, czteroosobowe kabiny i szuuuuuuuu… do Luzerny.
Miałyśmy ambitny plan dojścia z Kriens do Luzerny piechotą, podobno to niedaleko, ale okazało się, że to ponad godzina drogi, więc zdecydowałyśmy się jednak na autobus (2.80 chf), który w 15 minut zawiózł nas na miejsce.
LUZERNA. Typowe, szwajcarskie miasteczko, a właściwie miasto, Szwajcaria w miniaturze, leży na brzegu rzeki Reuss. Słońce zaczyna wyglądać zza chmur, więc robi się ciepło… Chodzimy trochę po starówce i podziwiamy XV wieczne domy z charakterystycznymi, malowanymi fasadami. Przechodzimy przez drewniany, kryty Kapellbrucke – MOST KAPLICZNY, z XIV wieku, na moście znajdują się malowidła z XII wieku, przedstawiające losy patronów miasta, jednak farba się trochę już zatarła i owe losy trudno jest dojrzeć. Przy moście znajduje się wieża, służąca kiedyś pewnie jako strażnica, następnie jako więzienie, a jeszcze później jako sala tortur, by na koniec uspokoić nieco burzliwe swe losy i stać się po prostu archiwum miejskim. Rzeczywiście, most zasługuje na miano atrakcji miasta, ładny, urokliwy, po obydwu stronach obwieszony czerwonymi pelargoniami nadaje spokojny, nieco rustykalny klimat w centrum miasta.
Spotykamy się z Simoną i Angie i kontynuujemy spacer. Starówka rzeczywiście przepiękna, fasady domów kolorowe, często malowane, ZAWSZE z okiennicami. Turystów wcale nie tak dużo jak na „jedno z najpiękniejszych miast Szwajcarii”, ale to i dobrze. Zjadamy jeszcze lody, chyba najdroższe w moim życiu i wracamy. Simona i Angie wolą wrócić pociągiem5 do Zurychu a my bierzemy pociąg do Alpnachstad, żeby odebrać samochód, który mamy nadzieję, jeszcze stoi na parkingu przy Pilatusie. Podróż trwa tylko 20 minut, samochód stoi, a jakże. W drodze do Birmensdorf oberwanie chmury… Zaczęło się minutę po tym jak wsiadłyśmy do samochodu… Czyli jednak COŚ lub KTOŚ nad nami czuwa, bo dojeżdżając do Birmensdorf zobaczyłyśmy, że ulewa ustała i nie spadła na nas ani kropelka. Za to samochód został umyty z iście szwajcarską precyzją
Staramy się jechać ostrożnie, na drodze korek, jakiś wypadek… Padamy z nóg.
3. Koszt jednak jazdy pociągiem to ok. 50 chf na osobę, a koszt paliwa – 12 chf na dwie osoby + 5 chf za parking
4. Jednak Simona mówiła,że jej wejście zajęło 4 godziny, od podnóża góry, aż na sam szczyt, na który już prowadzą tylko zygzakowate szlaki. Nie ma co. Ma dziewczyna kondycję…
5. Simona chyba naopowiadała Angie o zdolnościach „kierowniczych” Izy i biedulka nie ma odwagi… A nas pociąg z Luzerny do Alpnachstad wyniosł tylko 4.8 chf.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|