| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2010-02-28
|
|
autor: kraka, Katarzyna Krawiec |
Prowansji sen dalszy |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 429 razy |
DZIEŃ 3 – Genewa-Lozanna-Berno / 06.07.2009 / poniedziałek
Znowu pobudka o 6.30, nie wiem jak długo wytrzymamy takie intensywne tempo, może zwolnić, w końcu są wakacje… Ale tyle rzeczy do zobaczenia… Poszłyśmy jednak na kompromis same ze sobą i pojechałyśmy ciut późniejszym pociągiem, o 7.39. Simona podjechała z nami jedną stację, dalej jednak musimy radzić sobie same. Musimy dojechać do Zurychu, a stamtąd złapać pociąg do Genewy, niby nic trudnego, mamy jednak na to 9 minut… Nie za dużo kiedy nie zna się dworca. Dworzec w Birmensdorf jest malutki i wszystkie właściwie tamtejsze pociągi jadą do Zurychu, dopiero tam można się przesiadać na wszystkie strony Szwajcarii. Bez problemu znalazłyśmy odpowiedni peron, w końcu od czego mam ze sobą towarzyszkę z „idealnym wyczuciem kierunku”? , zostało nam jeszcze nawet w zapasie ze 4 minuty.
Pociągi oczywiście nowe, ładne, czyste i … szybkie. Iza ucina komarka, czy przecina, nigdy nie wiem, w każdym razie podchrapuje sobie pod nosem, zresztą gdzie tylko przyłoży głowę to śpi, nawet pozycja horyzontalna, uznawana przez resztę ludzi za najbardziej odpowiednią do spania, nie jest jej do tego potrzebna. Może zrobię jej zdjęcie?
Na początku trochę pada, zastanawiamy się czy w Genewie też będzie padało, ale z każdym kilometrem przejaśnia się, zresztą mamy parasol6. Kiedy przejeżdżamy przez Neuchatel już świeci słońce.
Dojeżdżamy do Genewy planowo, a jakże. Przechodzimy przez głowną ulicę i od razu przesiadamy się na … statek. Za darmo, a raczej w cenie biletu7. Dlaczego więc nie skorzystać z takiej okazji? Fundujemy więc sobie, raczej nieplanowaną przejażdżkę po Jeziorze Genewskim, zwanym inaczej Le Lac Leman – szerokość 14 km, głębokość 310m – przynajmniej na tyle zrozumiałam. Mijamy po drodze fontannę – symbol Genewy – 140 m wysokości, wyrzuca wodę z prędkością 200m/h. Podobno widać ją już z odległości kilkudziesięciu km z okien samolotu. Gdy zapada zmrok, stanowi punkt orientacyjny w mieście: oświetla ją 8 potężnych reflektorów. Fakt, widzimy ją na każdej pocztówce z Genewy, może dlatego , że samych zabytków miasto ma raczej niewiele… Widzimy z oddali Palais des Nations – Pałac Narodów, który dziś zajmuje Organizacja Narodów Zjednoczonych, która zatrudnia w Genewie ok. 3000 urzędników z różnych krajów.
Podobno Genewa bardziej należy do świata niż do samej Szwajcarii, trzecie pod względem wielkości uchodzi za najbardziej kosmopolityczne ze wszystkich innych. Co trzeci mieszkaniec Genewy nie jest Szwajcarem… Na ulicach obserwujemy wielokolorowy tłum mówiący różnymi językami, rzeczywiście trudno jest się domyślić kto jest kim, kto gra jaką rolę w tym mieście: turysty, emigranta, mieszkańca…. Podchodząc do fontanny spotkałyśmy też czaplę… Kiedy wracałyśmy czapla nadal tkwiła na swoim miejscu.
Następny przystanek: LOZANNA. Pociąg już nie taki luksusowy, widocznie regionalny a nie dalekobieżny jakim jechałyśmy do Genewy. Na stacjach, na których się zatrzymuje, widzimy wydzielone budki dla palaczy. Wyglądają jak oszklone klatki. Można palić tylko tam i potem kisić się we własnym smrodku. Logiczne rozwiązanie, cała reszta stacji jest dla niepalących. Co ciekawe, zaobserwowałyśmy bardzo małą ilość osób w owych „skrzynkach”. Czyżby palenie odchodziło do lamusa, nie było już „cool”? Czy po prostu palacze nie za bardzo mają ochotę na przymusową banicję i odizolowanie od reszty współpasażerów? Nie wiem.
Miasto bardzo ładne, ale tak wysoko położone, że gdziekolwiek chce się dotrzeć to albo trzeba zejść albo wejść. Po takich „przechadzkach” byłyśmy czerwone jak dojrzałe w słońcu pomidory. Najpierw zdecydowałyśmy się zejść do Jeziora Genewskiego i tam urządzić sobie piknik. Pejzaże ładniejsze niż w Genewie, moim skromnym zdaniem, góry na horyzoncie wyższe, bardziej zróżnicowane. Zobaczyłyśmy jezioro, pospacerowałyśmy jego brzegami i postanowiłyśmy zobaczyć Stare Miasto i zabytkową katedrę. W biurze informacji turystycznej powiedziano nam, że to jest „20 minutowy spacerek”. W GÓRĘ oczywiście, bo do jeziora schodziłyśmy w dół, to teraz trzeba było WEJŚĆ. Iza stwierdziła, że 20minut to chyba zimą na sankach i w przeciwną stronę, a nie w górę w tym upale. Wchodzimy, wchodzimy… Żar się na nas leje, zalewa nas pot oraz wspomniany wcześniej czerwony kolor… Katedry zaś ani Starego Miasta ani śladu. Zapytani po drodze ludzie kierują nas raz na lewo, raz na prawo, zawsze jednak w górę. Przechodzimy przez ulicę św. Franciszka, a tam na każdym szyldzie, na każdej lampie… nie kto inny tylko św. Franciszek, metalowy, płaski i ażurowy, ale niewątpliwie właśnie ten święty. Znajdujemy w końcu kościół, na placu św. Franciszka ale to nie jest katedra. Zapytana po drodze życzliwa dusza każe nam iść… oczywiście w górę. Odpoczywamy jednak chwilę przy fontannie. Może trafimy na ślady A. Mickiewicza, który właśnie w Lozannie przez jakiś czas mieszkał i napisał „Liryki lozańskie”, co prawda nie czytałam, ale po zwiedzeniu miasta może warto zajrzeć?
W końcu JEST, prowadzą do niej zadaszone, drewniane schody na górę. Nie czujemy już nóg a musimy pokonać jeszcze z kilkadziesiąt stopni, o ile nie kilkaset. Schody wydają się mnożyć pod naszymi stopami. Jeśli pójdzie tak dalej, to za życia dojdziemy do nieba. Katedra wyrasta nagle, jest olbrzymia. Podobno jeden z najpiękniejszych kościołów gotyckich w Szwajcarii. Piękna jest, ale nie możemy zobaczyć jej w całej okazałości, ponieważ stoi na małym placyku, zadzieramy tylko głowy do góry i widzimy tylko fragmenty… Musimy odejść jeszcze kilkadziesiąt kroków i wtedy dopiero możemy sfotografować jej wieżę. Jesteśmy wykończone, a musimy jeszcze dotrzeć do dworca. Pocieszające jest jednak to, że skoro cały czas wchodziłyśmy pod górę, to teraz NA PEWNO będziemy schodzić W DÓŁ. Zeszłyśmy więc, a raczej potoczyłyśmy się jak bezwolne kukły w stronę dworca. W Bernie chyba będziemy już chodzić na czworakach.
Jednak tak żle nie jest. Po drodze na starówkę zaliczam kąpiel w fontannie i zmęczone nogi już się tak nie buntują. Iza nie daje się namówić, ale dzięki temu mam pamiątkowe zdjęcia z hasania między strugami wody. Berno w niczym nie przypomina europejskich stolic, nawet tych najmniejszych. Jest przyjemnie urokliwe i takie swojskie. Miasto zawdzięcza swoją nazwę niedźwiedziowi8, którego w 1191r zabił na polowaniu założyciel osady, książę Berchtold V, obecnie ten zwierzak króluje w herbie miasta. Jeszcze parę lat temu atrakcją Berna były 2 niedźwiedzie umieszczone w fosie, czy czymś podobnym na końcu miasta. Teraz zwierzęta przebywają w pobliskim zoo, a teren adaptuje się jako park, potem podobno do niego zostaną wypuszczone9. Tak więc żywych niedźwiedzi, z których słynie stolica nie widziałyśmy, ale za to spotkałyśmy kilka kamiennych lub wykonanych w brązie niedźwiadków. Lepszy kamienny niedźwiedź niż żaden…
Berno to także miasto słynne ze swych fontann, jest ich tu ponad 100, a 11 pochodzi z połowy XVIw. Fontanny dosyć dziwaczne: malowany słup, z jakąś postacią na górze, spacerujemy po przepięknej starówce. Figuruje ona na liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego. Centrum leży w zakolu rzeki Aare, na wzgórzu, stamtąd możemy podziwiać równoległe rzędy czerwonych dachów. Oczywiście obowiązkowa fotka. Ciekawostką Berna są podziemne sklepiki, schodzi się do nich po schodach z głównej ulicy, niestety w porze wieczornej są już zamknięte… Zwiedzamy słynną Wieżę Zegarową, która jest częścią nieistniejącej już bramy miejskiej, znajduje się na niej zegar astronomiczny, idziemy jeszcze do knajpki na coś do ochłody i powoli kierujemy się w stronę dworca. Trochę żałuję, że nie zagłębiamy się w labirynty krętych uliczek ale jesteśmy już naprawdę potwornie zmęczone i w pociągu prawie zasypiamy… Jutro ODPOCZYNEK…
6. Ten parasol zresztą widać na każdym zdjęciu w Genewie, Lozannie i Brnie, mimo, że pogoda nie mogła już być bardziej słoneczna
7. Mamy bilet jednodniowy na CAŁĄ Szwajcarię (32chf), na pociągi, autobusy, metro i statki też
8. Po niemiecku niedźwiedź to Bar, stąd nazwa miasta
9. Podobno, bo Angie mówi, że zwierzaki po prostu zdechły ze starości.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|