| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2010-02-28
|
|
autor: kraka, Katarzyna Krawiec |
Prowansji sen dalszy |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 426 razy |
DZIEŃ 8 – jezioro Serre Poncon – klasztor Boscodon – Embrun / 11.07.2009 / sobota
Otwieram okno i widzę przez rozchylone okiennice błękitne niebo przetykane cieniutkimi, białymi niteczkami chmur. Nasuwa mi się jedno, jedyne skojarzenie, które nie ma nic wspólnego z romantyczną przecież Prowansją: dzisiejsze niebo wygląda jak baleron.
Nasze plażowanie więc, nad jeziorem Serre-Poncon jest aktualne. Mam ochotę trochę poleniuchować, Iza pewnie też. Jezioro nie jest daleko, około godziny drogi ale Francuzi mają święto narodowe 14 lipca, więc teoretycznie już od wczorajszego wieczora większość z nich ma wolne. I pewnie teraz ta większość szusuje teraz po drogach, a połowa z nich akurat po NASZEJ drodze. Ruch więc jest dosyć duży i droga zajmuje nam więcej niż godzinę. Mam wrażenie, że wszyscy wybrali akurat plażowanie nad brzegiem jeziora Serre-Poncon. Dojeżdżamy do miejscowości Savines-le-Lac, przejeżdżamy przez dłuuuuuuuugaśny most i szukamy miejsca do zaparkowania, co nie jest sprawą łatwą. Część miejsc parkingowych jest zarezerwowana dla przyczep kampingowych, inne znowu dla osób uprawiających różnorakie sporty wodne. Jest ich bardzo dużo tutaj, widocznie mają sprzyjające wiatry. Niektórzy rozwijają naprawdę ogromne prędkości, a niektórzy … dopiero się uczą. Obserwuję chłopaka, który od 1.5h próbuje utrzymać się na desce z marnym jednak skutkiem. Gdy tylko uda mu się na nią wgramolić i zaczyna ściągać żagiel – wpada do wody. Pozazdrościć cierpliwości i samozaparcia, bo chłopak nie zraża się niepowodzeniami i nadal próbuje. Do końca naszego pobytu słyszymy jego pluski.
Chantal powiedziała, że niedaleko od jeziora, na drodze między Savines-le-Lac a Embrun, znajduje się zagubiony w górach jeden z najpiękniejszych klasztorów wysokogórskich Abbaye de Boscodon. Jak trafimy to chciałabym je zwiedzić, bo jakoś nie natknęłam się na żadną wzmiankę o nim w przewodnikach. Na razie przewracam się na plecki i opalam brzuszek, Iza się nie odzywa, więc pewnie śpi. Słoneczko zaszło około 14.30 więc postanowiłyśmy poszukać opactwa. Zjazd zobaczyłyśmy na drodze głównej, ale opactwo znajdowało się dosyć wysoko w górach, ponad 1150m. O wiele mniejsze od opactwa Senanque, ale ładne: prosta, surowa zabudowa. Wzniesiona ponad 800 lat temu budowla swą symetrią przypomina kształty ludzkiego ciała i nawiązuje do stylu romańskiego. Wnętrze również bardzo proste: tylko kamienne ściany, brak jakichkolwiek malowideł czy zdobień. Wysoko sklepione okna bez witraży. Nastrój rzeczywiście sprzyjający modlitwie i medytacji.
Mieszkający tu mnisi zwykli mawiać: "Tu jest połowa raju, o drugą musisz się sam postarać". Hm… Godne refleksji.
Jeszcze tylko degustacja wyrabianych na miejscu lodów o dziwnym smaku jakiegoś górskiego owocu, pani tłumaczyła mi cóż to za owoc, ale niestety nie mam pojęcia o jaki chodziło.
Po zwiedzeniu klasztoru chcemy zobaczyć panoramę z jeziorem Serre-Poncon w tle. Wg mapki można na szczyt wjechać samochodem, zatrzymując się na licznych punktach widokowych. Wjechałyśmy może do połowy kiedy zatrzymuje nas rozpaczliwie machający człowiek. Pyta, czy nie mamy klucza i lewarka. Zaoferowane narzędzia jednak nie pasują do modelu jego samochodu. Opona jest w strzępach. Wygląda jakby eksplodowała ze wszystkich stron. Iza pyta co się stało, okazało się, że wjeżdżając na górę pan zahaczył o jeden z licznych, wielkich kamieni no i koło poszło. A jako, że zatrzymać się nie bardzo było gdzie – zjechał na flaczku do pierwszego punktu widokowego, niszcząc do szczętu oponę i dętkę. To nam trochę odebrało apetyt na dalsze wspinanie się pod górę, ale nie na wspaniałe widoki. Zastanawiamy się jak pomóc pechowcowi. Jedyne co możemy zrobić to zawieźć go z powrotem na dół, może tam będzie miał więcej szczęścia, bo i jest więcej samochodów. Żona zostaje przy wozie. Dobrze mieć żonę. W połowie drogi spotykamy innego pana, które potrzebne narzędzia posiada, więc zabieramy pana i narzędzia i z powrotem windujemy pasażera na górę. Tam okazuje się, że żona już kogoś zatrzymała i koło zostało wymienione. Powtarzam: dobrze mieć żonę.
No cóż… Zamiast podziwiać panoramę z samej góry zamieniłyśmy się w taksówkę. Postanowiłyśmy jednak nie wjeżdżać już na górę, chyba ze strachu, żeby nie przytrafiła się nam podobna przygoda. Widok zrujnowanego koło widocznie skutecznie nas odstraszył.
Zajechałyśmy za to do średniowiecznego, warownego miasteczka Embrun, położonego na wysokiej skale. Panoramy jeziora Serre-Poncon jednak nie zobaczyłyśmy. Za to dowiedziałyśmy się, że w zeszłym roku Embrun po raz pierwszy gościło Tour de France.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|