| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Afryka |
data dodania: 2010-03-01
|
|
autor: kopernik18 |
Kenia - safari, zaćmienie słońca, pociąg i wybrzeże |
|
| ocena: 5.00 | przeczytano 877 razy |
Część 11: Pole ananasów, kawy i powrót do domu
Na stacji w Nairobi nie czeka na nas niestety umówiony kierowca. Stawka wydaje mu się za niska. Cóż szukamy innego taksówkarza. W końcu dobijam
targu z Jozuem i ruszamy na poszukiwania plantacji ananasów. Przebiliśmy się jakoś przez zakorkowane miasto ale utknąłem na dobre pół godziny
przy Internecie. Tyle czasu zajęło mi zaczekowanie się do samolotu. Kupujemy obraną trzcinę cukrową do żucia na miejscu i kilka nie obranych
tyczek do spróbowania w domu. Przez kurz i pył remontowanych dróg docieramy do miejscowości Thika. Jest tam fabryka Del Monte. Robią tu różne
przetwory owocowe. Niestety nie jesteśmy umówieni i nie możemy jej zwiedzić. Kupujemy tylko pyszny sok ananasowy.
Jedziemy teraz bocznymi drogami obejrzeć pola. Miejscowy kierowca ciężarówek tłumaczy nam, że ananas potrzebuje aż 18-tu miesięcy aby dojrzeć
do zbiorów. Pokazuje nam, jak się je zrywa i sadzi. Ananasy rosną na krzakach a ten pióropusz liści, który urywamy u góry służy jako sadzonka.
Strasznie tu dużo kurzu i dopiero po pewnym czasie odnajdujemy ananasy koloru żółtego zamiast szaroburego. Chcielibyśmy też jakieś kupić do
domu, więc zatrzymujemy się koło przydrożnego straganu. Sprzedawcy oferuję jeden z traktatów i okazuje się, że to nasz brat Samuel.
Co za spotkanie! Kupujemy też już obrane ananasy i delektujemy się ich słodkością. Pycha! Mamy zamiar jeszcze odwiedzić plantację kawy.
Docieramy wreszcie w pola i zastajemy tylko same krzaki. Dowiadujemy się, że nie ma tu przetwórni. Nie zobaczymy niestety, jak się wypala kawę
i przygotowuje dla konsumentów. Może chociaż uda nam się wjechać między uprawy? W jednym miejscu, strażnik Masaj, stanowczo odmawia wpuszczenia
nas. Za drobną opłatą pozwoliłby podejść bliżej roślinek, ale nic więcej. Jedziemy zatem gdzie indziej. Tutaj strażnik jest bardziej ugodowy i
za dolara
wpuszcza nas bez problemu. Jedziemy na wzgórze z którego widać uprawy aż po horyzont. Przyglądamy się bliżej krzakom na których rosną małe
owalne owoce. Niektóre są już czerwone i Jozue proponuje abyśmy wzięli taki owoc, rozgryźli i trochę pożuli. W środku są dwa ziarenka,
przypominające znane nam ziarenka kawy ale całkiem miękkie i żółtawe. Smak mają jednak słodki i wcale nie czuć ich kawą! Jesteśmy jednak
bardziej głodni i szykujemy sobie po kanapce, którą dopychamy ciastkami i czekoladą. Mijamy kobiety z koszykami, zapewne idące na zbiory.
Ruszamy z powrotem do Nairobi. Żegna nas znów gigantyczna reklama telefonii komórkowej, oczywiście z motywem pola kawy. Mijane miasteczko
obfituje w bardzo ciekawe widoki. Tutaj "biurowiec", niewykończony trzypiętrowy budynek, szumnie nazwany Mug Mugga House. Zwieńczenie z przodu
jest całkiem eleganckie. Swoje biuro ma tu zakład pogrzebowy, studium informatyczne, kafejka internetowa, sklep oferujący usługi popularnej tu
sieci telefonicznej, biuro nieruchomości oraz bank zajmujący parter i pierwsze piętro. Na innym "biurowcu" zdołaliśmy odczytać następujące
oferty: nauka jazdy dla seniorów, oczywiście z wymalowanymi na elewacji znakami drogowymi, afrykańska klinika ziołolecznictwa, hurtownia jajek,
ubezpieczenia, naprawa (i/lub) sprzedaż sprzętu elektronicznego (namalowane były różne takie urządzenia), studia marketingu i zarządzania z
elementami informatyki (instytut orientalny), kafejka internetowa, klinika dentystyczna, zakład kosmetyczny, masażysta, studio fotograficzne i
jeszcze jeden sklep sieci komórkowej. Oczywiście wszędzie różnorodne stragany, oferujące przede wszystkim warzywa i owoce ale także ubrania i
całe mnóstwo innych produktów. Znów wjeżdżamy na odcinek remontowanej drogi i wszędzie wciska się bezlitosny, czerwony kurz. Chyba jest go
jeszcze więcej niż rano! Omijając korki w centrum miasta, docieramy do lotniska! Mamy prawie osiem godzin do odlotu samolotu. Nie narzekamy
jednak na brak zajęć. Przede wszystkim trzeba się wykąpać. W toalecie bez problemu jestem w stanie umyć się od stóp do głów. Zagaduję
sprzątającego tam mężczyznę. Dla niego to częsty widok, gdy ktoś przed podróżą rozchlapie tyle wody. Staram się trochę posprzątać ale
przegrywam z jego mopem. Wywiązuje się też ciekawa rozmowa o tym jak rozpoznać prawdziwą religię. Ma dużo pytań i na chwilę przerywa swoją
pracę. Przewija się mnóstwo osób, przysłuchujących się tej dziwnej scenie. Między ubikacją a zlewem, biały w slipkach i z ręcznikiem rozmawia z
pracownikiem lotniska o Piśmie Świętym. Jeden z pasażerów przyłącza się do dyskusji. Obiecuję wrócić za chwilę z Biblią. Niestety nie mogę już
potem znaleźć mojego rozmówcy. Mam nadzieję, że zasiane ziarno prawdy dzięki Jehowie zakiełkuje. Czas teraz na wielkie pakowanie. Nasze walizki
na wstępie ważą o wiele za dużo, więc dopakowujemy bagaż podręczny. Trochę kilo też poniesiemy na sobie w postaci naszych zimowych ubrań.
Przydaje się taśma klejąca, aby obwiązać walizkę, usługa foliowania kosztuje bowiem aż osiem dolarów. W drodze do Afryki urwano nam jedną
rączkę i naderwano drugą. Przechodzimy do strefy bezcłowej i ruszamy na podbój sklepów. Widzimy już przetworzoną i pachnącą tutejszą kawę i
zaopatrujemy się w półkilowe opakowanie. Upewniam się, czy będę mógł przenieść bardzo dobry rumowy likier, Kenya Gold, przez bramki w
Szwajcarii. Nie można go było nigdzie indziej kupić. W większości sklepów zapewniają mnie, że nie będzie problemu, tylko w jednym odradzają.
Pracownicy linii lotniczych też nie są do końca pewni. Podejmujemy jednak ryzyko za trzynaście dolarów. Zbliża się północ i jesteśmy już dosyć
znużeni. Na tablicy świetlnej nadal nie ma informacji o odprawie naszego lotu. Idę więc na poszukiwanie wiarygodniejszych informacji. A odprawa
już trwa. Przenosimy się więc bezpośrednio do bramki. Tam na kilkanaście minut zasypiamy, kładąc się na miękkiej podłodze. W końcu można już
wejść do samolotu. Przyleciał z Tanzanii i nasze miejsca już ktoś okupuje. Niestety tak wygodnie dalej już nie poleci. Jedno miejsce, dla
jednego pasażera. Samolot jest wypełniony do ostatniego miejsca. Czekamy jeszcze chwilę, ponieważ nie możemy lądować w Zurychu przed szóstą
rano, ze względu na ograniczenia w ruchu lotniczym nad miastem w nocy. Niedługo po starcie (prawie w środku nocy) dostajemy ciepły lunch i
pałaszujemy go z przyjemnością oglądając Toma i Jerry. Nad ranem śniadanie i lądujemy w Europie, która wita nas tylko trzystopniowym mrozem.
Śpieszymy się na przesiadkę, bo mamy niecałą godzinę. Znów jedziemy pociągiem miedzy terminalami, żegnani (lub witani) przez uśmiechniętą Panią
na tle pięknych gór z dobiegającym dźwiękiem owiec i ich dzwoneczków. Okazuje się, że nie musimy się aż tak spieszyć. Nasz samolot ma
opóźnienie 10 minut, o czym Szwajcarzy skwapliwie informują. A teraz chwila prawdy. Niestety mój dobrze zapakowany alkohol w nieuszkodzonej
torbie foliowej z widocznym wyraźnie rachunkiem nie pojedzie dalej ze mną. Dlaczego, skoro inni pasażerowie przenoszą swoje trunki? Słyszę
odpowiedź: "dlatego bo przyleciał z Afryki". To nie Unia Europejska i nie mają zaufania do tamtejszych procedur. Bardzo dziwne. Niby jestem w
Europie a tu takie nieprofesjonalne zachowanie. Szwajcarzy wpuścili mnie do swojego samolotu z tą butelką w Nairobi a nie chcą wpuścić tutaj.
Trudno. Obeszliśmy się smakiem. Na dodatek zmraża nas informacja umieszczona obok słowa Warsaw, minus dziewiętnaście stopni, brr... Lokujemy
się przy oknie przed skrzydłem po prawej stronie, bo tak udało mi się zarezerwować miejsca. Spodziewamy się zobaczyć wschód słońca. Nasze
opóźnienie nieco wzrasta i obawiam się, czy zdążymy na czas osiągnąć wysokość przelotową, aby z jak najwyższego punktu obserwować to piękne
zjawisko.
Przebijamy się przez chmury i naszym oczom ukazuje się majestatyczne pasmo Alp oświetlone wspaniałym brzaskiem budzącego się dnia. Nie lecimy
od razu na północny wschód ale kierujemy się na pasmo tych wspaniałych gór. Bardzo trudno jest uchwycić moment wschodu słońca, gdy poruszamy
się w jego kierunku z taką prędkością. Oczywiście pierwszy promyk nas zaskakuje, jest pod dość dużym kątem z przodu, ale widzimy go! Od razu
wnętrze samolotu zalewa jaskrawy, żółtoczerwony blask.
Wierzchołki gór są pięknie oświetlone. Góry rzucają fantastyczne cienie na warstwę chmur poniżej. Sycimy nasze oczy tymi pięknymi widokami.
Samolot jest w miarę pusty, więc przenoszę się na lewą stronę i widzę, że zbliżamy się do pasma Karkonoszy. Udało mi się rozpoznać mijaną
właśnie Śnieżkę. Nad Polską nie ma prawie chmur i możemy oglądać zaśnieżone miasta i wioski. Przelatujemy nad Pajęcznem i mijamy od południa
Bełchatów, widząc z daleka jakieś kominy ciepłowni ogrzewających
Łask. Przelatujemy nad Puszczą Kampinoską i lądujemy w pełnym słońcu, ale w bardzo mroźnym powietrzu. Nie wiem, po co są liczne wolne rękawy
wystające z nowego terminala, bo pewnie nie do przyjmowania pasażerów. Po nas przyjeżdża autobus i do samego końca zwlekamy z opuszczeniem
samolotu. Wychodzimy ostatni nieźle opatuleni. Nasza walizka jednak nie uniknęła uszkodzenia. Połamano plastik zabezpieczający wysuwaną rączkę.
Pojawiły się też nowe obtarcia. Przelało to czarę goryczy strat związanych z przelotem i poszliśmy zareklamować otrzymany bagaż. Po
stwierdzeniu uszkodzeń otrzymaliśmy stosowny kwit. We wtorek kurier odebrał naszą walizkę z domu a w czwartek mieliśmy już nowiuśkie cacko
rodem ze Szwajcarii. Tymczasem przyjechał po nas człowiek z parkingu i na miejscu zabraliśmy się za odśnieżanie samochodu. Niestety nie
odpalił, ba nawet nie jęknął. Błysnął lampkami kontrolnymi i tyle. Nasz kierowca podjechał swoim busem i odpaliłem od niego. Niestety długo nie
pochodził. Trzeba było odpalić go znowu i chwilę potrzymać na połączonych akumulatorach, potem jeszcze kilkanaście minut trzymałem go na gazie.
Z trudem oderwałem się od podłoża i wreszcie można było się wytoczyć na ulicę. Pojechaliśmy odwiedzić Dominikę i Sebastiana, obecnie usługują
zborom na południu Warszawy. Mieszkają przy kompleksie trzech Sal Królestwa zajmujących parter i przybudówkę zwykłego bloku mieszkalnego. Ale
byliśmy im wdzięczni za herbatkę, kawę i przepyszne gorące pierogi!
Podzieliliśmy się z nimi równie gorącymi wrażeniami z Afryki. Potem zwiedziliśmy te piękne obiekty i ruszyliśmy do domu. Jechaliśmy w kierunku
zachodzącego słońca słuchając nagrań naszych zgromadzeń i dramatów. Robimy też ostatnie zdjęcia czerwonej kuli słońca nad zimową krainą.
Dobrze, że zostały wspomnienia, zdjęcia i filmy z tej wspaniałej, egzotycznej przerwy w zimie, jaką umożliwił nam przeżyć, nasz kochający
Ojciec Niebiański, Jehowa.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 2. | 2011-06-08 20:59:35 | gość: aleksandra
| Piękny artykuł. Też się wybieramy wraz z mężem do Kenii, chociaż nie wiem, czy uda się w tym roku. Z całą pewnością spotkanie z tamtejszymi braćmi będzie niezapomnianym przeżyciem. Pozdrawiamy serdecznie ze zboru w Bełchatowie.
|
| | 1. | 2011-01-16 15:37:23 | gość: Urszula
| Cudownie opisaliście to wszystko. Wiele informacji o tym pięknym kraju i braciach, którzy tam się trudzą. Pragnę tam pojechać w tym roku. Czy można zasięgnąć u Was informacji?
|
|
|
|