PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Europa data dodania: 2010-03-04      
autor: Krystof,

Całą rodziną z Gdańska do Aten i z powrotem - poradnik dla rodzin na wakacje niskobudżetowe

ocena: 3.40przeczytano 1504 razy


Witajcie. W założeniu miała to być praktyczna relacja z praktycznymi opisami miejsc, cen, dojazdów. Co wyszło? Sam nie wiem. Ważne, że spisanie naszych przygód dało mi wiele przyjemności! No i daje nadal – bez tej relacji pamiętał bym zaledwie cząstkę miejsc i wydarzeń…

Zachęcam do lektury!

DZIEŃ I; wyjazd

Wyjeżdżamy z Gdańska w składzie:
Żona (37),
Córeczka (7),
Synek (3,5),
Narrator (37); jedyny kierowca.

Jedziemy mazdą MPV (2002, diesel 2.0, 136 km, z klimą dwustrefową). Towarzyszy nam pożyczony "Hołowczyc"; ze wszystkimi mapami Europy (aktualność w około 90 procentach).

Nie mamy elektrycznej lodówki (przecież "w Europie ceny są podobne, dość wożenia polskich pancerników, makaronów, przecierów!", czego żałujemy od pierwszego dnia pobytu).

Bagażnik zapakowany jest do pełna (podobnie, jak bak) w systemie "5 jednakowych skrzyń plastikowych z opisaną zawartością + walizka na przejazd". System okazuje się pomysłem niemal idealnym - skrzynie wypełniają szczelnie bagażnik, nic nie lata, wszystko jest zapakowane z głową („skrzynia-camping”, „skrzynia-ciuchy-dzieci”, „skrzynia-plaża”, itp.). Już myślę, jak żal będzie mi te skrzynie wypakowywać ;@(

A tak wygląda pusty:



W bagażniku swoje miejsce znajduje również ogromna apteczka z nadmiarem medykamentów i 4 agrafkami (na Słowację oczywiście), wózek-spacerówka i namiot (quechua base seconds z sieci decathlon). W części pasażerskiej instalujemy podręczną lodówkę (w niej zamrożone wody) z jedzeniem na drogę i lekarstwami typu "czopki dla dzieci" :@).

WYRUSZAMY (nie zrażajcie się, że na razie nudy – obiecuję, że później będzie ciekawiej)

Jest 2.30. Ciemno. Wskakujemy na obwodnicę, która zamienia się po kilku minutach w 90-kilometrowy odcinek autostrady. Dzieci (o dziwo!) podsypiają. Ja jestem podekscytowany, jedzie się dobrze.

Dla „szczegółowców” takie informacje:
Gdańsk: 2.30,
Świecie: 3.40,
Toruń: 4.15,
Łódź: 6.20 - 6.50,
Częstochowa: 7.50.
Pod Katowicami, po sześciu godzinach, o 8.45, robimy pierwszy postój (25 minut), by do granicy dotrzeć na 10.40.
Przed granicą tankujemy (49 litrów/ 606 kilometrów) i kupujemy winiety na Czechy i Słowację (50 i 30 pln).

Suma: Gdańsk - Cieszyn = 8 godzin

Granica, po wejściu Polski do strefy Szengen, jest oczywiście umowna. Sypiemy (zgodnie z przepisami niemal) na Ołomuniec (11.40), Brno (12.20), a o 13.00 jesteśmy w Słowacji.
Jak widać, wybraliśmy dłuższy o kilkadziesiąt kilometrów wariant "czeski" Kosztowało nas to więcej kasy (winieta na Czechy), a czy było szybciej, dowiecie się później :@).

Na Słowacji fundujemy sobie drugi postój (13.15 - 14.00).

Przejazd przez Słowację okazuje się szybciutki, bo o 14.40 jesteśmy już na granicy z Węgrami. Kupujemy więc kolejna winietę (8,5 euro).

Dygresja - winiety na Węgrzech nie są w formie naklejek, a wydruków - "dowodów wpłaty"; dowiedziałem się, że numery rejestracyjne auta, na które się wykupuje winietę w momencie jej opłacenia idą do policyjnej sieci; policja skanuje sobie wszystkie rejestracje na autostradach, a w przypadku braku zgodności: skan-info w sieci, wszczyna procedurę egzekucji należności z umowną karą) i jedziemy dalej ...

Okolice granicy słowacko-węgierskiej to miał być nasz cel - nocleg ok. 900 - 1000 kilometrów od domu, w okolicach Mosonmagyarovar (znaleziony w sieci za 43 euro za wszystkich), Gyor lub przedmieścia Budapesztu.
Ponieważ jest wcześnie postanawiamy jednak jechać dalej. Dzieci są idealnymi współpasażerami, szczególnie młodsze, które pogania siostrę, by szybciej wsiadała do auta po postoju - mały lubi po prostu jeździć!

Mijamy zatem Budapeszt (okolice 16.00) i dojeżdżamy do Szeged na granicy z Serbią (17.40).

Poszukiwane noclegu okazuje się proste (miejsc jest sporo), lecz kończy się dużym rozczarowaniem. Obiekty są bardzo drogie, a niektóre, mimo wysokiej ceny, nie spełniają podstawowych oczekiwań (np. warunku czystości). Jest makabrycznie. Hotel z podartą wykładziną, brudny, śmierdzący i jakiś cały obklejony ma nas kosztować 65 euro (http://www.pensionhotel.pl/hotel-szeged-city-hotels-szeged-wegry-hotele-a00122115.html)! Pan, z którym omawiam dostępność miejsc w tym hotelu z dziwną determinacją namawia mnie do obejrzenia pokoju, zanim sprowadzę rodzinę i zapłacę. Pierwszego postulatu nie realizuję (już tu są), na drugi daję się namówić. Bez słów opuszczamy oglądany pokój, korytarz, hotel … Zapoznani na parkingu polscy motocykliści zostają – pozdrawiamy się, uśmiechamy, że my jednak nie, a oni tak, bo to tylko jedna noc, życzymy sobie szerokiej i jedziemy szukać dalej. Szukamy, szukamy ...

W końcu trafiamy do hotelu http://www.alfa-hotel.hu/index.php?lang=eng , który kosztuje nas 80 euro (masakra) ze śniadaniem. Zostajemy niezadowoleni. Wypijamy małą gorzką żołądkową przeznaczoną "na ciężkie czasy" na campingach i idziemy spać (w upale, bo ze strachu przed infekcją przez cały pobyt nie korzystamy z hotelowych klimatyzacji).

Podsumowując:
- droga z Gdańska do Szeged zajęła nam 15 godzin ...
- ... a liczyła 1279 kilometrów
- wydaliśmy odpowiednio: 50 + 30 + 35 pln na winietki w Czechach, na Słowacji i Węgrzech
- i jesteśmy niezadowoleni z bazy noclegowej w Szeged

DZIEŃ DRUGI, PRAWIE DOJAZD NA I MIEJSCE POBYTU

Wstajemy w miarę wcześnie. Trzeba gnać! Najważniejszą czynnością jest dla mnie kontrola stanu oleju. Po zeszłorocznej przygodzie z przegrzanym silnikiem pod Lionem w poprzedniej maździe MPV dmucham na zimne. Po kontroli dolewam litr oleju uznając, że spalanie mieści się w normie i ruszam na wypasione śniadanie.

Szeged opuszczamy o 7.50 gnani przez sine chmury, z których po chwili spada deszcz tak gęsty, że jadąc autostradą do przejścia z Serbią 30 km/h ledwo widzę znaki i drogę zjazdową. Ucieczkę przed oberwaniem chmury poprzedza tankowanie (57 litrów/ 676 km) i zakup płynu, który będzie nam czyścił szyby z much.

Na granicę docieramy o 8.20 ciesząc się, że przed nami tylko 5-8 samochodów. Cieszymy się tak przez kolejną godzinę, z minuty na minutę coraz mniej. Jak długo może trwać odprawienie 5 samochodów?!



O wpół do dziesiątej opuszczamy granicę i gnamy w nieznane. Po drodze mijamy kilka bardzo ładnych hoteli, moteli, pensjonatów, których nie widziałem w necie. Ciekawe, ile kosztuje tu nocleg?

Z drogi, ponieważ jadę zgodnie z przepisami, próbują nas zepchnąć tiry. Trąbią, zajeżdżają .. raczej mnie nie lubią. W cieniu mostów kryją się wąsaci policjanci - nie chcę ryzykować mandatu. Obecność policjantów działa na mnie kojąco - mają nowe peugeoty trzystasiódemki i wyglądają cywilizowanie. Drogi są bardzo, bardzo dobre. Jadąc dalej zgodnie z przepisami mijam kolejne patrole ...

Po godzinie mijamy zjazd na Novi Sad (10.30), około 11 wjeżdżamy do Belgradu, przez który jedziemy ok. 20 minut.

Widok jest przygnębiający. Na ulicach mijamy dziesiątki żebraków, meneli, zbieraczy odpadków, czyścicieli szyb. Miasto jest duszne, bez wyrazu, w-brzydki-sposób-kiedyś-nowoczesne, biedne. Podobno jest tu do zobaczenia kilka rzeczy, ale nie decydujemy się na postój. A to ze względu na przygnębiający klimat miasta, oszczędności i czasoliczenie.

Robi się coraz cieplej, coraz później, kombinujemy, gdzie by tu odpocząć i coś zjeść.

Zajeżdżamy do motelu Stari Hrast, gdzie planowałem, że ewentualnie się przekimamy (drugi nocleg), jak droga pójdzie słabo. Ale nie poszła. Jest 12.20 i chcemy się już zatrzymać na pierwszy przystanek Wysiadamy.
Dopytuję kelnera o kurs euro - 1 euro, to ok. 900 ichnich jednostek. Jest dobrze. Zupa ma kosztować około 0,80 e, sałatka szopska 1e, spaghetti itp. ok. 1-3 euro. Wchodzimy w to! Zamawiany spaghetti bolonese dwa razy, szopską sałatkę raz (pomidor, ogórek, tary ser kozi albo jakiś taki plus świeże bułki), soczki, wodę i danie ze zdjęcia - wspaniałą gęstą zupę z przepysznymi kiełbasami i czymś, co uznałem za grillowany kurzy cycek.

Kelner przynosi po pewnym czasie sałatkę, co wprawia nas w dobry nastrój. I od teraz jest już tylko gorzej.
Spaghetti to makaron z mięsnym sosem (skwarki), który nie jest pomidorowy, a raczej olejowy - dzieci wymiękają, czekają na moją zupę. Moja zupa, to gliniany garnek, w którym odnajduję dwie niejadalne kiełbasy (bardzo tłuste i bardzo wyraziste w smaku). Kurzy cycek okazuje się być kawłem słoniny z cieniutkim śladem mięsa. Wszystko pływa w zawiesinie, która dzieli się na czterocentymetrową warstwę tłuszczu (z góry oczywiście) i papkę grochowo-ziemniaczaną na spodzie michy. Próbuję jeść. Nie chcę być wybredny, ale nie daję rady. Boję się, że postoje po takim obiedzie mogą być częste i długie. A mamy dziś dojechać do Grecji!



Nagle pojawia się światełko w tunelu. Argument, którego będę się trzymał podczas negocjacji z kelnerem! W moim daniu pływa wielka czarna włochata mucha! Idę do kelnera, pokazuję owada i mówię, że już dziękuję i co on na to? On wytwarza na swej twarzy nierozszyfrowalny grymas, mówi coś po serbsku w czeluść okienka do wydawania posiłków i wychodzi z zupą z sali. Czekam, ale kelner nie wraca. Siadam przy stoliku. O! Jest. Ale mnie już nie rozpoznaje uznając sprawę za załatwioną. Przywołuję go gestem, by zamówić (z wymalowanym na twarzy niezadowoleniem) kawę. Black, espresso, without milk ... to rozumie. Problem pojawia się przy kawie z mlekiem. Kelner mruga oczami - nie rozumie chyba słów white, with milk, mleko, milch ... w końcu mówi aaaaaaa i znika. Przynosi moje espresso i ... kakao. Zastanawiamy się, czy robi sobie jaja, ale nic nie robimy z podyskusyjnymi wnioskami. Dzieci piją żony kakao, a ja idę płacić.
Postanawiam nie dać mu napiwku i dla komplikacji (własnej) zapłacić kartą. Okazuje się to ogromnym problemem, ale udaje się.
Wyjeżdżamy głodni i źli na słabo ulokowane 9 euro.

Po drodze zjadam profilaktycznie paczkę słonych paluszków, która ma mnie uratować przed rozstrojem żołądka.

O 14 mijamy Paracin, o 14.30 Nis, czyli zjazd na Bułgarię. Granicę osiągamy o 16.40, 1870 kilometrów od domu.



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


4. 2015-01-14 06:40:52
gość:
Adam155 Super się czytało, troszke rozgoryczenia przemawia, w tym opisie ale fajnie z humorem napisane, ja jadąc pierwszy i jedyny raz nie miałem takich przygód, nie bym żałował, ale może różnica wynikała że to był wrzesień, że jechaliśmy tylko we dwójkę i takie tam ble ble, ogólnie posmialem się z opisu


3. 2014-10-20 00:26:59
gość: kalimera 2014
Super relacja z humorem :) My tą trasę planujemy w przyszłym roku, tylko z Gdyni Tylko jeszcze Skiathos chcemy po drodze zaliczyć. Już nie mogę się doczekać. Eh,..


2. 2013-12-31 21:34:03
gość: kuzmikczeslaw@wp.pl
Piękny ,ciekawy i praktyczny opis. My bylismy jeden dzień w Sarti . Na 2014 zaplanowaliśmy właśnie Sarti więc prośba jeżeli możesz podać namiary na apartament plus ceny .Serdeczne dzięki kuzmikczeslaw@wp.pl


1. 2010-11-21 22:08:37
gość: ROBERTOS
SUper opis! Najbardziej nasmialem sie na granicy. Przypominaja mi siemoje wojarze. W 2011 tez na Chalkidiki. Pozdrawiam!!!


  Mapapowiększ 

  Grecja

Informacje o kraju: Grecja
Flaga - Grecja








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms