PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Ameryka Północna data dodania: 2008-01-24      
autor: Dariusz Edward Strzelecki

Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część I, Chicago

ocena: 3.33przeczytano 395 razy


Wstęp

Urzędnik imigracyjny na O’Hare niedbałym gestem ręki nakazuje wejście na terytorium Stanów Zjednoczonych. Bez słowa, bez uprzejmości. Bagaże z taśmy i kolejne wyzwanie. Trzeba dotrzeć do "Alamo National", by odebrać zarezerwowane auto. Gdzieś daleko poza terminalem. Jak taksówki przejeżdżają autobusy w barwach określonych korporacji. Wystarczy machnąć ręką do kierowcy...

Pracownik "Rent-a-car" po krótkiej, biurokratycznej procedurze daje wolną rękę: sami mamy dokonać wyboru pojazdu odpowiedniej klasy. Bez obecności kogokolwiek. Wszystkie wyglądają podobnie, są otwarte, z kluczykami w stacyjkach. "Stety, niestety" trzeba na jakiś czas odzwyczaić się używania lewej nogi...

Na początek Chicago downtown by night. Przypadkowo. Przez pomyłkę popełnioną na autostradowym wjeździe. Warto się pomylić!

Za płatne przejazdy wokół miasta nie uiszczamy opłaty. Pracownicy nie przyjmują banknotów o nominałach wyższych niż 20 dolarów. Trzeba będzie zapłacić na poczcie w ciągu siedmiu dni...

Gospodarze pierwszego noclegu w Racine już nie czekali. Śpią. Otwarte drzwi domu i kartka na stole. Z autorami powitania spotkamy się nazajutrz.

Dzień I - Chicago

Próba zaparkowania przy chodniku, gdzie taniej niż na strzeżonych placach, wydaje się w centrum Chicago niemożliwa. Może, więc na dobry początek zjeść obiad w "Jackowie"?

"Polish Village", miejscowe określenie głównej ulicy, nie wydaje się chybionym. Wszędzie reklamy polskich sklepów, wyrobów z Polski, firm kurierskich oferujących swoje usługi w języku stanowiących większość, tej części miasta. I jak na wsi, nie ma świetlnych reklam, a duma narodowa wyrażana jest "olejnicą" na ścianach.

Restauracja "Czerwone Jabłuszko" przy North Milwaukee Avenue, jest czymś więcej niż mleczny bar. Jak na szanującą się kuchnię świata przystało, można tu jeść do woli za stałą opłatę. A jest w czym wybierać ze szwedzkiego stołu. To jedno z nielicznych miejsc nie tylko w Chicago, gdzie żołądek nie cierpi. Tu nie ma "gumowego" chleba, "papierowej" parówki, słodkiej szynki, czy podobnych wyrobów, które obrażają polskie wyroby w każdym markecie Stanów Zjednoczonych, pod marką "Polska Kielbasa". I nic dziwnego, że restaurację odwiedza nie tylko Polonia, że posila się tu miejscowa policja, mieszkańcy, czasem zbłąkany turysta.

Kilkaset metrów przed Sears Tower, nad rzeką Chicago, parking kosztuje połowę tego, co w tak zwanym "loop", w śródmieściu. Jedyne 6 dolarów, do północy.

Przy Sears Tower, do 1998 roku najwyższym budynku świata, nie ma tłoku. Praktycznie bez zbędnego czekania można wjechać na wysokość 412 metrów ponad poziom ulicy i sto trzecie piętro. Tylko, bo do wierzchołków anten jeszcze kolejnych 112 metrów!

Downtown Chicago, to typowa metropolia znana z amerykańskich filmów. Metro na metalowych konstrukcjach mostowych, "cabs", policyjne chevrolety, wycie syren straży pożarnej, drapacze chmur wypełniane przez banki, instytucje, przedstawicielstwa finansowe i handlowe. Tu nie ma miejsca na przechadzki z psem, czy pogawędki emerytów. Nie ma czasu. Wszystko w pośpiechu, pod kontrolą. Codzienni bywalcy na ulicach otoczonych strzelistymi wieżowcami chodzą w krawatach, pracują przy biurkach z komputerami, podejmują decyzje. Pracują do późnych godzin, a oświetlone okna ich biur nadają niezapomniany widok miasta, gdy zapadnie zmrok.

Pierwszy skrawek parkowej zieleni dopiero w okolicach Jeziora Michigan. Park Millennium z amfiteatralnym kompleksem, zwanym pawilonem Jaya Pritzkera, gigantyczną, lustrzaną fasolką - modernistyczną, studziesięciotonową rzeźbą Anisha Kapoora, i mostową serpentyną dla pieszych.

John Hancock Center, popularny "Big John" jest stalowo-aluminiowo-szklaną, najwyższą biurowo-mieszkalną budowlą świata. Z antenami mierzy 450 metrów. Chętnych do wjazdu nie brakuje. Tu za kwotę 50 dolarów można zaopatrzyć się w "CityPass", dającego wejście do pięciu określonych atrakcji miasta. Dla tych, co w "Wietrznym Mieście" zostają kilka dni, to opłacalne. Jedna z nich właśnie oczekuje na swych gości na 93 piętrze. Szkoda, że przy pochmurnej pogodzie nie można upamiętnić wrażenia z lotu ptaka, w kolorystyce zachodzącego Słońca.

Dzień II - Chicago

Parking przy "Soldier Field", stadionie amerykańskiego futbolu w Chicago, nie należy do najtańszych. Jedyne (?) 15 dolarów za kilkugodzinne pozostawienie pojazdu. Nigdzie jednak nie widać wolnego miejsca przy chodniku, by bez obaw o odholowanie, zaparkować. Na ulicy opłata zupełnie inna – dwa dolary za godzinę. Oto "straty", które należy wliczyć w cenę poznawania metropolii.

Nazwa "Field Museum", na użytek polskiego turysty, tłumaczona jest jako "Muzeum Ziemi", choć właściwie słowo "Field" nawiązuje do nazwiska sponsora i jednego z twórców późniejszego obiektu wystawowego, nomen omen, Marshalla Fielda. Hol główny to przestrzeń, której atrakcję stanowi przede wszystkim Sue – największy, kompletny szkielet Tyrannosaurusa Rexa. No, może prawie kompletny, bo prawdziwa czaszka była zbyt ciężka, by ją przyczepić i zastąpiona została lżejszą. Po bokach obszerne sale wystawowe prezentujące faunę i florę różnych kontynentów i wód, wykopaliska egipskie, dinozaury, sztuka i dorobek indiańskich społeczności, geologia Ziemi, skamieniałości, czy minerały. Jedno z najbardziej kompletnych muzeów świata, dotyczące życia na planecie.

Kilkaset metrów dalej trzecia atrakcja z listy "CityPass" – Shedd Aquarium, oczywiście, jak podkreśla się w Ameryce, największe na świecie. Od oczekiwania w godzinnym "tasiemcu" jedynym rozwiązaniem jest wspomniany "miejski paszport", umożliwiający, wejście inną, osobną ścieżką, w kilkanaście minut. Tych, co już weszli, wita na środku holu gigantyczne, cylindryczne akwarium. Stąd promieniście rozchodzą się ścieżki do ryb, płazów, gadów, czy delfinarium, gdzie o określonych porach odbywa się pokaz umiejętności pływających wychowanków. Wówczas szczelnie wypełniają się miejsca w amfiteatrze przed głównym, krytym basenem. Podobnie jest, gdy pora karmienia podopiecznych.

Dzień III - Chicago

W powszedni dzień, w porannych godzinach, nieco łatwiej o wolne miejsce przy ulicy. Adler Planetarium położone nad wodami Michigan. Ćwierć dolara za kwadrans postoju. Na długim skwerze poprzedzającym główne wejście, pomniki Kościuszki, Havlicka i Kopernika. Mało okazały z zewnątrz budynek planetarium, okazuje się nowoczesnym obiektem wewnątrz. Jakby zbudowany z myślą o młodzieży. W części muzealnej można przebrać się w średniowieczne kostiumy i zasiąść w ławach dawnej szkoły astronomii. Cały poziom środkowy planetarium zajmuje pawilon edukacyjny, ze znajomymi ze szkoły klasami. Najważniejszym jest jednak seans na ogromnym ekranie i przedstawienie zjawisk zachodzących we wszechświecie, w tak zwanym "Sky Theater". W porównaniu z innymi tego typu placówkami, brakuje, jak się wydaje, dopełnienia w postaci sprzętów badawczych, eksponatów, czegoś, co wypełni puste przestrzenie holu. Znajome chorzowskie Planetarium, chociaż stare, nie powinno mieć najmniejszych kompleksów!

Odległe od chicagowskiego centrum, Muzeum Nauki i Przemysłu, jest podobno największe na półkuli zachodniej. To ostatnia z pięciu atrakcji zawarta w CityPass. Na początek wędrówki U505- podwodny okręt niemiecki, jedyny przechwycony w czasie II wojny, do którego przechodzi się korytarzem zdobionym komiksem, w otoczeniu wozów konnych, znanych z popularnych "westernów". Na parterze oczekuje, jakby gotowy do odjazdu srebrzysty pociąg "Burlington Route". Podziwiać można też zabytkowy parowóz, wozy strażackie, pasażerski samolot odrzutowy, olbrzymią makietę z ruchomymi, miniaturowymi kolejkami, czy fragment kopalni węgla. Sala, gdzie samodzielnie można wykonać kilka doświadczeń fizycznych przypomina Parc de la Villette, ale temu, co doświadcza się w Chicago, daleko do Paryża. Po męczącym spacerze, zrelaksować może filmowa prezentacja w miejscowym "Omnimaxie".










Ten tekst jest częścią większej całości, którą tworzą kolejne artykuły:
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część I, Chicago
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część II, Canyonlands, Arches
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część III, Canyonlands, Mesa Verde, Petrified Forest
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część IV, Grand Canyon, Las Vegas, Death Valley
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część V, Sequoia, wybrzeże Pacyfiku, Zion
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część VI, Bryce, Antilope, Monument Valley, Black Canyon of the Gunnison
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część VII, Great Sand Dunes, Milwaukee



strona: 1

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Stany Zjednoczone Ameryki

Informacje o kraju: Stany Zjednoczone Ameryki
Flaga - Stany Zjednoczone Ameryki








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms