PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Europa data dodania: 2010-10-13      
autor: bea,

Jak być w Rosji nie będąc w niej, czyli jak nie zobaczyłam Moskwy i Złotego Kręgu

ocena: 3.30przeczytano 922 razy


Granica polsko-białoruska
Kaz na pomniku i nasz land rover
Białoruskie banknoty
Autostrada do Rosji


Na wyjazd do Rosji land roverem M. szykowaliśmy się od początku czerwca. Załatwiliśmy wizy rosyjskie i tranzytowe wizy białoruskie (bo właśnie tamtędy chcieliśmy przejechać). Kosztowało to nas wraz z koniecznymi ubezpieczeniami 500 złotych na osobę. Wizy trzeba załatwiać w Warszawie - można wysłać paszporty do agencji i wtedy zadanie jest ułatwione.
Wyjazd zaplanowany był na 23 lipca, 21 mieliśmy wszystkie potrzebne dokumenty.
Pierwszy nocleg zaplanowaliśmy tuż przy granicy z Białorusią po polskiej stronie (wyjazd z domu po południu, pokonaliśmy 470 kilometrów).
Rankiem granica polsko-białoruska w Bobrownikach zaskoczyła nas małą kolejką. Prawie nie czekając przeszliśmy polską odprawę, a potem zaczęły się białoruskie konieczne formalności (a nie było ich mało). Musieliśmy wypełnić mnóstwo dokumentów, potem były one przekazywane od osoby do osoby. Wszystkie formalności trwały dwie godziny. Na granicy dokonaliśmy też wymiany pieniędzy - 1 złoty = 900 rubli białoruskich, 1 $ = 2980 rubli, a 1 euro = 3800 rubli.
Dojeżdżamy do autostrady. Zachwyceni jej jakością i małą ilością samochodów mkniemy w głąb Białorusi z dozwoloną prędkością.
W Wołkowysku zatrzymujemy się, by zrobić zdjęcia kaza stojącego na pomniku przed zakładem produkującym auta.
Jest bardzo gorąco - termometr przy drodze pokazuje temperaturę powietrza 37 stopni, a szosy 52 stopnie. Całe szczęście, że mamy klimatyzację. Choć chwilami i ona nie daje rady.
Po około czterech godzinach (około 16) jazdy zapala się lampka sygnalizująca, że nie jest ładowany akumulator. Próba naprawienia go na parkingu nie powiodła się. Decydujemy się na zjazd do Dzierżyńska i szukanie warsztatu. Niestety nie udaje się nam tam dojechać - alternator spalił się kilka kilometrów przed miastem. L i M zatrzymują przejeżdżający samochód i jadą do Dzierżyńska szukać mechanika (jest sobota po południu). Mechanik jest pijany i nie ma zamiaru niczego naprawiać, ale sprzedawca ze sklepu z częściami samochodowymi bardzo angażuje się w pomoc nam. Swoim terenowym volkswagenem podwozi chłopaków, holuje nasze auto do siebie do domu. Po diagnozie, że alternator kaput, pytamy o hotel. Sasza mówi, że są dwa - robotniczy i elegancki. Robotniczy zdecydowanie nam odradza. Przepakowujemy nasze bagaże do samochodu Saszy i podwozi nas do hotelu. Czeka aż załatwimy wszystkie formalności (a nie trwa to krótko). Panowie wracają z Saszą do garażu. Alternatora nie ma w sklepach, nie wiadomo na kiedy da się go sprowadzić. Sasza szuka go w Internecie (pewnie na jakimś białoruskim allegro) i znajduje w Mińsku, a więc niezbyt daleko. Umawia się ze sprzedawcą na stacji benzynowej i jadą po część. Wracają z nią i Sasza zabiera się za naprawę. Trwa to prawie do 23. Pewien niepokój budzi to, że alternator bardzo się grzeje, ale mamy nadzieję, że będzie dobrze.
Rano M objeżdża Dzierżyńsk i stwierdza, że auto działa jak należy. Ruszamy w dalszą drogę.
Droga do granicy mija spokojnie, ze smacznym obiadem w przydrożnym barze (50.000 rubli za 4 osoby).
Z tego co wiemy, granica białorusko-rosyjska nie istnieje. Okazuje się jednak, że jest odprawa celna. Mijamy długi rząd ciężarówek i podjeżdżamy do przejścia. Celnik żąda od nas dokumentu "wriemiennyj wwoz". Powinniśmy go mieć z granicy polsko-białoruskiej. Okazuje się, że go nie mamy. Urzędnik mówi, że, jak nie mamy, to nie możemy jechać dalej. Musimy zjechać na bok. Nic nie pomaga wielokrotne przeszukiwanie dokumentów, bagaży i całego samochodu. Próbujemy porozmawiać z celnikami. Nie chcą rozmawiać w żaden sposób. M idzie do ich zwierzchników (dobrze mówi po rosyjsku). Tam też nie ma żadnej dyskusji - nie i nie. Zdesperowani dzwonimy do ambasady polskiej na Białorusi. Pan ambasador uprzejmie nas informuje, że "nie ma procedury odzyskiwania tego dokumentu" i nic nie może pomóc. Utrzymuje, że nawet on by bez tego nie wyjechał z Białorusi. Jedyne co możemy zrobić, to wrócić na granicę białorusko-polska i ponownie wziąć "wriemiennyj wwoz".
Wymyślamy możliwości, gdzie mógł się nam ten papierek zapodziać - mamy trzy: nie dostaliśmy go na granicy, wypadł w hotelu w czasie kserowania paszportu i nam go nie oddano, wypadł przy płaceniu za alternator. Zdecydowania najbardziej przemawia do nas wersja druga. Dzwonimy do Saszy, ten idzie do hotelu zapytać i oddzwania, że tam dokumentu nie ma.
Po krótkiej naradzie decydujemy, że wracamy na granicę polską (700 km), bierzemy nowy dokument i wracamy na granicę z Rosją.
Po drodze wstępujemy jeszcze raz do hotelu w Dzierżyńsku. Panie z recepcji od wejścia zapewniają nas, że dokument u nich nie został, nie bardzo chcą z nami rozmawiać, utrzymują, że nie ma żadnego wolnego pokoju (chcieliśmy tam przenocować). Nie pozostaje nam nic innego, jak pomimo późnej godziny poszukać miejsca na namioty. Znajdujemy jakieś rżysko. W dali pracują kombajny. Gdy zaczynamy rozkładać namioty, wszystkie ruszają w naszą stronę. Omijają nas i jadą do bazy.
Tuż po postawieniu namiotów rozpętała się burza, ulewa i wichura. Namioty są przygniecione do ziemi. Na szczęście nie trwa to długo.
Rankiem ruszamy w dalszą drogę, mijamy znajome już miejsca.
Na granicy Białorusi z Polską M idzie wszystko wytłumaczyć. Wszyscy są mili i pomocni. Oglądanie dokumentów, wypełnianie ankiet itd trwa i trwa.
Oddają nam paszporty i instruują nas, że nie mamy wjeżdżać do Polski tylko na moście nawrócić i podjechać na drugie stanowisko białoruskie. Tu znów tłumaczenia, papiery, oglądanie paszportów, wołanie zwierzchników. Kolejna godzina.
W końcu przychodzi jeden z pograniczników i pyta, jak chcemy wjechać do Rosji. Zadziwieni spojrzeliśmy po sobie i powiedzieliśmy, że mamy wizy rosyjskie. Na co urzędnik "Nie macie, bo właśnie zostały anulowane". Ręce nam opadły.
- "Dlaczego anulowane?"
- "Bo nie ma granicy białorusko-rosyjskiej i na podstawie umowy wizy powracającym z Rosji są anulowane na granicy białorusko-polskiej"
- "Ale my nie byliśmy w Rosji"
- "Byliście. Przejechaliście przez Białoruś, byliście w Rosji i teraz wracacie znów przez Białoruś, więc zgodnie z przepisami wizy zostały anulowane."
Nic nie pomogły tłumaczenia, rozmowy z zwierzchnikami, telefony do wyższych zwierzchników. Zrozumieliśmy, że Rosji nie zobaczymy. Wpadliśmy jednak na pomysł, że możemy wrócić na Białoruś i przez dwa dni ją zwiedzić. Wydawało się nam, że mamy dwie wizy tranzytowe przez Białoruś i będziemy mogli na tę drugą wjechać. Szybko jednak pogranicznik pozbawił nas złudzeń: - "Nie możecie wjechać.
Wykorzystaliście dwie wizy - w jedną i drugą stronę. Nie ma tranzytu przez jeden kraj - mieliście wizy tranzytowe, a tranzyt jest z jednego kraju przez drugi do trzeciego. Nie ma tranzytu przez jeden kraj".
I tak skończyła się nasza rosyjska przygoda land roverem. Mogliśmy tylko wrócić do Polski (i tu o dziwo nie był potrzebny wriemiennyj wwoz", choć podobno bez niego nie można opuścić Białorusi). Na pożegnanie spisano wszystkie nasze dane (włącznie z nazwami i adresami zakładów pracy) i dowiedzieliśmy się, że usiłowaliśmy nielegalnie wjechać na terytorium Białorusi i Rosji.


strona: 1

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Białoruś

Informacje o kraju: Białoruś
Flaga - Białoruś


  Rosja

Informacje o kraju: Rosja
Flaga - Rosja








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms