PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Ameryka Północna data dodania: 2008-01-24      
autor: Dariusz Edward Strzelecki

Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część III, Canyonlands, Mesa Verde, Petrified Forest

ocena: 3.00przeczytano 151 razy


Dzień VII - park "Canyonlands", część południowa

Dostępną turystycznie, południową część Parku Narodowego Canyonlands, stanowią "The Needles". Teren o innym charakterze, w porównaniu z północną częścią "Island in the Sky". Pierwszy przystanek na parkingu "Newspaper Rock", gdzie skała z prymitywnymi, wiekowymi rysunkami, gdzie stragany i oferujący swoje wyroby Indianie. Do właściwego parku jeszcze kawałek drogi.

Na obowiązkowym przystanku drugim, w turystycznym centrum informacji, strażnik poleca do przejścia jeden ze szlaków w "Elephant Canyon". Dzień zaczynamy od najbardziej odległego, a dostępnego samochodem, punktu widokowego "Big Slick Canyon". Stąd pieszo podążyć można dalej do doliny Kolorado lub "zrobić" pętlę "Slickrock".

Zasadniczy wybór, stanowi inne, polecone wyjście, zwane "Squaw Flat". Pieszo lub terenowym pojazdem wędrówka odbywa się w głąb formacji skalnych do "Słoniowego Kanionu" i Parku Cheslera. "The Needles" stanowią zaskakujące krajobrazy skalne, bogato rzeźbione wieżyczki z piaskowca, sterczyny, iglice, kaniony, przepaście, łuki i kotły. Wszystko w barwach Ziemi: beżach, brązach, czerwieni. Do tego suche dna rzek okresowych, suchorosty, artystycznie poskręcane pnie zwalonych drzew, wreszcie zieleń łąk Parku Cheslera.

Dzień VIII - park "Mesa Verde"

W poszukiwaniu ścieżek i śladów indiańskich, którzy niegdyś między VI, a XIV wiekiem żyli w osadach dzisiejszego stanu Kolorado, warto wybrać Park Narodowy Mesa Verde, który w 2006 roku obchodził stulecie swojego powstania. "Mesa Verde" tłumaczy się nie wiadomo dlaczego, jako "zielony stół". Ani tu płasko, ani zielono. Ponad godzinna jazda z miejscowości Cortez. Kręta, górska droga wyprowadza jadących na stromy klif. Tradycyjna wizyta w informacji turystycznej, potem dalej w kierunku "Cliff Palace".

By zejść z przewodnikiem w dolinę do wyrzeźbionej w piaskowcowym zboczu osady, należy wykupić dodatkowy bilet. To między innymi dla tych, którym niestraszne schodzenie po drabinach w plenerze, tunele i przepaść. Schody i drabinki są za zamkniętą kratą umieszczoną między skałami. Otwiera ją przewodnik na czas przejścia prowadzonej przez siebie grupy. Tym, co sami sobie stanowią ster, pozostaje podziwiać z tarasu oryginalne zabudowania Indian kultury Anasazi i grupy Pueblo. Jakby skalną makietę. Grupa zwiedzających, wkomponowana gdzieś na dole w ściany domostw "klifowego pałacu", jest jedynym odniesieniem do prawdziwej wielkości zabudowań, dzieła dawnych cywilizacji. Widok na drugą stronę z platformy widokowej, to panorama doliny i ściana, na której dostrzec można nieco mniej eksponowane mieszkania Indian. Zwieńczający ścianę płaskowyż, "zdobią" wysuszone kikuty pni drzew, jakby po wielkim pożarze.

Drogowa pętla wiedzie dalej w kierunku "Balcony House". Zobaczymy go z góry, z miejsca kończącego dwukilometrową, pieszą trasę widokową "Soda Canyon".

Zadaszone współcześnie, dawne zagrody Indian, eksponowane są w innej pętli, tak zwanej "Mesa Top". Od miejsca, do miejsca zwiedzający przemieszcza się znowu własnym pojazdem. Jak w parku etnograficznym: prymitywne domki, tak zwane "pithouses" oraz późniejsze formy - kiwy, miejsca religijnych obrządków, formowane z gliny "adobe", obiekty przypominające ziemianki. Tutaj można sobie wyobrazić, jak wydrążone w ziemi pomieszczenia, przylegały do tarasowych, wielopokojowych mieszkań. Ziemia – doskonały izolator, osłona zarówno przed mrozem, jak i upałem, "adobe"- kumulator ciepła w ciągu dnia, do tego wszystkiego palenisko i system wentylacji w zadaszeniu...

Nad przepaścią przygotowana platforma pozwala zachwycić się tak zwanym "Square Tower House", domostwem z "kwadratową wieżą". Z "Sun Temple", czyli "Świątyni Słońca", jeszcze widok na przeciwległe zbocze, jeszcze raz na oglądany wcześniej z drugiej strony, "Cliff Palace"...

Chapin Mesa Museum, daje chwilę odpoczynku. Ukazuje dorobek Indian w wersji mikro. Pozwala po chwili wytchnienia wyjść na pieszy szlak w dół doliny, w kierunku zabudowań "Spruce Tree House". Tu wyjątkowo nie trzeba uiszczać dodatkowej opłaty. Imponujące zabudowania w głębi skały, tym razem z bliska, z szerokiej, skalnej półki. Strażnik informuje, iż całość w doskonałym stanie trwa od czasu opuszczenia domostw przez mieszkańców. Potrzeba było jedynie odświeżenia i uporządkowania. Po drabinie schodzimy do udostępnionej turystom kiwy. Okrągłe pomieszczenie w ziemi, "zadaszone" drewnianymi belkami, uszczelnione gliną i błotem. I cisza. Gdzieś w ciszy duch cywilizacji, odgłosy życia, co już nie powróci...

W amerykańskim stylu, gdzieś w pustyni, sztucznie wykreowano atrakcję turystyczną pod nazwą "Four Corners Monument". Jedyne miejsce, gdzie na mapie spotykają się granice czterech stanów: Utah, Kolorado, Nowy Meksyk i Arizona. Na obszernym placu, pomiędzy stanowymi i plemiennymi flagami, betonowa płyta w ziemi, symetrycznie wypełniona odlewami symboli poszczególnych landów i przecinającymi się pod kątem prostym, liniami. Środek, miejsce przecięcia granic, stale zajęte przez przyjezdnych, żądnych bycia w czterech amerykańskich stanach jednocześnie. Stojąc w rozkroku i dotykając w odpowiedni sposób rękoma brązowego krążka, to możliwe. Oczywiście do tego nieodłączna fotografia z ustawionej platformy. Tak od 1868 roku, gdy niejaki Darling, dokonawszy pomiarów, ustawił prowizoryczny kopczyk z kamieni.

Coraz silniej działa turystyczny magnes. Wokół kramy prowadzone przez gospodarzy – Indian Navajo i Ute, którzy zarabiają na życie, pobierając opłatę wjazdową 5 dolarów od osoby i sprzedając pamiątki. Tak z niczego "robi się" w Ameryce pieniądze.

Dzień IX - park "Petrified Forest"

Suche, kontynentalne powietrze środkowych stanów USA, daje odczucie suchości nosa. Pękają usta. Koszulkę można nosić przez kilka dni, bo człowiek nie poci się.

Z Holbrook w Arizonie do Parku Narodowego "Petrified Forest", jedyne 30 kilometrów. Zaraz za miasteczkiem obowiązkowy przystanek. Market z minerałami, skałami, muszlami, skamieniałym drewnem, wszystkim, co dała natura. To jedno z kilku miejsc, gdzie legalnie zakupić można kawałki spetryfikowanego drewna dawnego lasu. Podobno pochodzą z prywatnych posiadłości, zza granic parku. Z "Petrified Forest" nie wolno wywozić żadnych znalezisk. Zatem paragon ze sklepu może się przydać podczas kontroli pojazdu przy wyjeździe.

"Rainbow Forest Museum", stanowi pierwszy punkt wizyty. Obok budynku, krótka asfaltowa ścieżka do leżących skamieniałych kłód dawnych drzew. Za mostem na szosie, pod którym piaszczyste dno wyschniętej rzeki, kolejna ścieżka w pustynię w kierunku największego ich zbiorowiska, "Long Logs" i częściowo zrekonstruowanego indiańskiego pueblo "Agate House", ze spetryfikowanych kawałków drewna.

Co kilka kilometrów kolejne postoje samochodu i krótkie, piesze, nieco ponad kilometrowe obejścia wyeksponowanych przez naturę, jak gdyby pociętych na kawałki, kamiennych pni, spoczywających na piaskach pustyni. Kikutów, z rzadka zdobionych zieloną, karłowatą roślinnością. Zamiast słoi, wielobarwna, szklista powierzchnia skały, zawierająca związki żelaza, węgla, magnezu, kryształki kwarcu i ametystu, często przybierająca stożkowe kształty. "Crystal Forest", "Blue Mesa", wreszcie "Puerco Pueblo". Często bijący w oczy piasek i spiekota, wśród pozostałości powalonego lasu i indiańskiej osady. 225 milionów lat temu miał rozpocząć się proces, skutkujący tym, co dziś tysiące zwiedzających podziwia. Nasycona krzemionką woda gruntowa przesiąkała przez powalone kłody drzew i wypłukiwała drewniane tkanki, zastępując je związkami krzemu. Iły, muł, pył wulkaniczny, brak tlenu, i w efekcie krystalizacje kwarcu. Zamiast słoi, barwna skamielina.

Za kolejowym wiaduktem pozostałości po słynnym "Route 66", pochodzącej z 1926 roku, pierwszej bitej, łączącej Chicago z Los Angeles i Santa Monica, drogi. Nie ma tu śladu po pierwotnym trakcie. Zabytkowe słupy telegraficzne są jedyną pamiątką po czasach jego świetności. I wyeksponowane, przedwojenne auto, ustawione w miejscu, gdzie dawny, liczący prawie cztery tysiące kilometrów, historyczny szlak. Droga, którą jedynie w niektórych miasteczkach udało się ocalić od zapomnienia. Oznaczono ją tablicami z napisem "Historic 66 Route".

Kompleks parkowy "Petrified Forest" kończą pustynne wzgórza, określane jako "Painted Desert". Jeszcze raz tego dnia wejdziemy w paletę barw pofałdowanej, bezkresnej, choć przygotowanej także dla osób niepełnosprawnych, pustyni.




















Ten tekst jest częścią większej całości, którą tworzą kolejne artykuły:
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część I, Chicago
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część II, Canyonlands, Arches
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część III, Canyonlands, Mesa Verde, Petrified Forest
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część IV, Grand Canyon, Las Vegas, Death Valley
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część V, Sequoia, wybrzeże Pacyfiku, Zion
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część VI, Bryce, Antilope, Monument Valley, Black Canyon of the Gunnison
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część VII, Great Sand Dunes, Milwaukee



strona: 1

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Stany Zjednoczone Ameryki

Informacje o kraju: Stany Zjednoczone Ameryki
Flaga - Stany Zjednoczone Ameryki








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms