PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Ameryka Północna data dodania: 2008-01-24      
autor: Dariusz Edward Strzelecki

Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część IV, Grand Canyon, Las Vegas, Death Valley

ocena: 3.17przeczytano 192 razy


Dzień X - "Grand Canyon"

Z dźwięcznego w nazwie miasteczka Indian Navajo i Hopi - Tuba City, trasa przez Cameron do południowej, "ucywilizowanej" grani Wielkiego Kanionu, liczy 80 kilometrów. Stąd zaczyna się samochodowa wędrówka do punktów widokowych na przestrzeni dwudziestu, trzydziestu kilometrów. Wieża obserwacyjna z 1933 roku projektu Mary Colter jest jednym z najstarszych zbudowanym dla turystów w tym miejscu, takim punktem. Jakby latarnia morska na skraju przepaści, na wysokości 2267 metrów nad poziomem morza. Dalej obrazki na czeluść rzeki Kolorado, z prostych, zabezpieczonych ogrodzeniem, skalnych wykuszy. Chciałoby się zejść dostępnymi ścieżkami w dół, gdzieś w niedostępną wzrokiem otchłań, by spojrzeć w górę na rozpalone ściany, wypiętrzone dużo ponad kilometr nad taflę niepozornej w ogromie przestrzeni, rzeki. Historia Ziemi w przekroju, od skał liczących ponad miliard lat na dnie rzeki, do formacji Kaibab, połozonych najwyżej, pod krawędziami równiny, liczących około 270 milionów lat. Liczby, historia, geologia. Trudno wyobrazić sobie czas, w którym według uczonych trwa proces żłobienia skał przez wodę. Trzy do sześciu milionów lat...

Późnokwietniowa śnieżyca i dwa stopnie Celsjusza w Grand Canyon nie są czymś nadzwyczajnym. Centrum handlowe i przyległości, jeszcze bardziej wypełnione ludźmi przeczekującymi atak zimy. Z nadzieją na popołudniowe widoki i grę światła zachodzącego Słońca.

Za kolejową stacyjką nie ma możliwości dalszej jazdy własnym pojazdem. Wzdłuż krawędzi można przemieszczać się następnych 11 kilometrów autobusem linii "czerwonej". "Niebieska" i "zielona", obsługują te miejsca, gdzie nie trzeba korzystać z wliczonej w cenę biletu do parku, komunikacji. Na szlaku linii "czerwonej", kręta szosa i osiem przystanków. Z głośnika w przyczepie, głos kierującej pojazdem kobiety dowcipnie przybliża miejsca wzdłuż drogi. "Hermit’s Rest". Koniec jazdy, Najbardziej na zachód wysunięty punkt widokowy południowego klifu. Dalej ścieżki prowadzą jedynie w dół lub z powrotem. Jeśli sprawnie pójdzie piesza wędrówka do punktu wyjścia, można pokusić się jeszcze raz o jazdę "czerwoną" linią, by uwiecznić na kliszy wieczorny krajobraz z punktów na wybranych przystankach, by pooddychać przestrzenią, naturą, w ciszy, a może w towarzystwie łosi, oczekując na kursujący co kwadrans, kolejny wahadłowy autobus.

Dzień XI - Las Vegas

350 kilometrów dzieli położoną na południe względem Wielkiego Kanionu miejscowość Williams, od Las Vegas. To niecałe cztery godziny jazdy bez przerw. Tych nie można jednak sobie odmówić. Do przystanku zachęcają przydrożne parkingi z punktami widokowymi czy Zapora Hoovera na rzece Kolorado. Zanim jednak zapłacimy 7 dolarów za parking, by pieszo przejść wzdłuż betonowej bariery na rzece, na granicy Arizony i Nevady, kontola pojazdów dojeżdżających do strategicznego miejsca. Policja skanuje kody paskowe, umieszczone na szybach pojazdów i najczęściej zezwala jechać dalej.

Źródło mocy dla Las Vegas widoczne z daleka. Oto przedwojenna "Hoover Dam". Oto energia topiona bez umiaru w pomysłach architektów i mistrzów iluminacji stolicy hazardu. Jezioro Mead z jednej, nitka Kolorado z drugiej strony, 224 metry niżej...

Pustynny upał, z trudem przeciskające się szosą samochody, tłumy ciekawskich i las energetycznych przewodów wysokiego napięcia, nie pozwalają długo pozostać w sztucznie wykreowanej osobliwości. Do światowej stolicy rozrywki niecałe 50 kilometrów.

Położone na szerokości Tunisu, Las Vegas, tonie w skwarze. 40-stopniowy upał sprawia, że goście oddają się dyskusyjnym przyjemnościom, trwoniąc majątek przed automatami i przy ruletkach. W cenie hotelowych pokoi zawsze zawarte są pokusy, w rodzaju trzy kufle piwa gratis i 10-procentowa zniżka na posiłek. I można wejść praktycznie wszędzie, bez pytań, celu, wizytowego stroju...

Od hotelu Main Street Station zaczyna się ulubiona strefa tych, którym wyrzucanie pieniędzy sprawia przyjemność. "Fremont Street", zadaszona ekranem uliczka, pełna neonów, gdzie widowiska "światło-dźwięk", ogląda się patrząc w górę. Tu znajdowało się onegdaj miejskie centrum, dziś skutecznie wyparte przez tak zwany "Strip", czyli bulwar "Las Vegas".

W "Stratospherze", 350-metrowym, najwyższym w Nevadzie budynku, odpoczynek w labiryncie maszyn go gry. Tutaj atrakcje znajdują się nie tylko na parterze, ale na różnych piętrach wieży. Kilkanaście dolarów kosztuje wjazd na widokową platformę lub do obracającej się restauracji.

Za aleją "Sahara" kończą się administracyjne granice miasta, zaczyna obszar hoteli, kasyn, ulicznych przedstawień, muzyki, teatru na wolnym powietrzu, górskich kolejek. "Sahara", "Circus Circus", "Riviera", "Wynn", "The Mirage", dziesiątki innych, zlokalizowanych przy "The Strip" architektonicznych cacek.

Zachód Słońca przy kasynie i hotelu "The Venetian". Chwila zadumy nad miejscowym "Grande Canal" i gondolami. Refleksja nad stworzonym na podobieństwo starej Wenecji kiczem, bezkrytycznie pochłanianym przez przyjezdnych. Tłum, fontanny, pojazdy, muzyka, uliczni portreciści i wyłaniająca się gdzieś zza kolejnych kasyn wieża Eiffla w skali 1:2, w stosunku do tej prawdziwej. Przejście na drugą stronę alei zaskakuje przechodniów artystycznym przedstawieniem tańca wody, przy akompaniamencie utworu Franka Sinatry. "Bellagio", kasyno ściągające turystów muzyką, światłem i fontannami strzelającymi w określonych układach choreograficznych, jeśli pojęcie to użyć można do ruchów wody.

W kasynie i hotelu "New York-New York" żądni dodatkowych wrażeń, doświadczają uczucia spadku z wysokości 42 metrów przy prędkości ponad 100 kilometrów na godzinę, na górskiej kolejce wijącej się wśród replik nowojorskich symboli – Empire State Building i Statui Wolności.

Bajkowe zamczysko świeci wśród zabudowy hotelu i kasyna "Excalibur". Zza niego wieczorne niebo rozświetla latarnia ze szczytu egipskiej piramidy kolejnego kompleksu o nazwie "Luxor". Piesza trasa wśród kasyn, hoteli i zbytków kończy się przy darmowej, naziemnej kolejce, którą jak na razie można przejechać tylko jedna stację, z powrotem do "Excaliburu". Teraz bulwary "Las Vegas" w morzu światła, którego źródła gdzieś w generatorach elektrowni na zaporze Hoovera. I jeszcze raz dźwięki muzyki nad jeziorem, na którym wieczorny pokaz możliwości wodnych urządzeń, tworzących jeszcze bardziej niepowtarzalne iluminacje, igraszki światła i dźwieku. Jeszcze raz oczekiwanie gdzieś przy "Treasure Island" na pokaz przestawienia z udziałem piratów na wiernej kopii morskiego galeonu. Ludzi przybywa. Dochodzi przecież północ!

Dzień XII - park "Death Valley"

Skrajności temperaturowe i depresja do 86 metrów poniżej poziomu morza, czynią z Death Valley – Doliny Śmierci najgorętsze i najbardziej suche miejsce Stanów Zjednoczonych. Żwir, piasek, sól. Termometr zewnętrzny pojazdu wskazuje 39 stopni. Tu cienia szuka się gdzieś przy skałach na nielicznych, wyludnionych, pieszych szlakach, choć ich ściany mogą odstraszać, bo potencjalnych uciekinierów przed słonecznym promieniowaniem, jeszcze dogrzewają. Nie ma kontroli biletów, jak ma to miejsce w innych parkach przed wjazdem, a nieco dalej, w informacji turystycznej, Furnace Creek, gdy turysta poprosi o mapę.

Po przekroczeniu słabo oznaczonej granicy pomiędzy Newadą, a Kalifornią i górskiego pasma Amargosa, wjazd na teren parku i przystanek na zachęcającym do odpoczynku parkingu. Krótka wędrówka w kierunku Zabriskie Point, widokowego punktu na pofałdowane, zerodowane, barwne formacje skalne. Nazwa miejsca brzmi nieco swojsko, ale miejscowe źródła nie wyjaśniają szczegółów dotyczacych nazewnictwa. Później okaże się, że nazwa pochodzi od współzarządcy dawnej spółki, pozyskującej występujący tu boraks, niejakiego Christiana Brevoorta Zabriskiego.

Golden Canyon Trail, to jedynie niecałe 4 kilometry ścieżki wśród kolorowych skał, w obie strony. Niegdyś bogatej w złoto. Trasa łatwa do przejścia, ale żar z nieba wywołuje zmęczenie szybciej, niż zwykle. I porażająca cisza, w której wyostrza się czujność, gdy uświadomimy sobie możliwość natknięcia się na grzechotnika, czy pumę, gdzieś między zawężającymi się do szerokości człowieka skałami, przed szczytem zwanym "Red Cathedral".

Drogowskazy kierują zmotoryzowanych zwiedzających ku "Artist’s Drive", pętli widokowej pomiędzy wielobarwnymi, wulkanicznymi i osadowymi wzgórzami. Kręta, jednokierunkowa, prawie piętnastokilometrowa droga, stanowi jedną z najbardziej malowniczych samochodowych tras w parku. Zwłaszcza miejsce, zwane z polskiego "Paletą Artystów", gdzie wschodnia ściana gór zamykających od wschodu Dolinę Śmierci, emanuje ciepłem odcieni brązów, beżów, czerwieni.

Emisja popularno-naukowego filmu w centrum turystycznym, daje nie tylko chwilę wytchnienia, ale również rozszerza skąpą przewodnikową wiedzę o Death Valley. Pozornie wymarły teren parku, niewiele mniejszy od obszaru województwa lubuskiego, okazuje się tętnić życiem, które ewolucyjnie przystosowało się do jednoprocentowej wilgotności powietrza, braku cienia i słodkiej wody, czy mogących ją uzupełniać z innych organizmów. Na kamienistej pustyni są oazy, oraz wyspy wydm piaszczystych.

Gdy Słońce chyli się ku zachodowi, wyostrza się kolorystyka gór Panamint Range i Sierra Nevada. Czas dla pasjonatów fotografii plenerowej...
















Ten tekst jest częścią większej całości, którą tworzą kolejne artykuły:
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część I, Chicago
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część II, Canyonlands, Arches
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część III, Canyonlands, Mesa Verde, Petrified Forest
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część IV, Grand Canyon, Las Vegas, Death Valley
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część V, Sequoia, wybrzeże Pacyfiku, Zion
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część VI, Bryce, Antilope, Monument Valley, Black Canyon of the Gunnison
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część VII, Great Sand Dunes, Milwaukee



strona: 1

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Stany Zjednoczone Ameryki

Informacje o kraju: Stany Zjednoczone Ameryki
Flaga - Stany Zjednoczone Ameryki








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms