PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2012-03-15      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Chiny 2011

ocena: 3.64przeczytano 210 razy


Szanghaj Bund
widok z Finacial Tower
śniadanko
moon hill
okolice Guilin
rejs rzeką Li
rzeka Li okolice Yangshuo
Yangshuo na rowerze
rzeka li
obiadek
Longji
Tarasy Grzbietu Smoka
Grzbiet Smoka
dosiewanie ryżu
Tarasy Grzbietu Smoka
uliczna knajpka
interes kwitnie
long hair plemię
Pekin, plac Tiananmen
ogrody Yu-yuan
Zakazane Miasto
 rozkład jazdy
spektakl
odpoczynek na Wielkim Murze
Wielki Mur
Wielki Mur
wioska olimpijska Pekin
szybki pociąg
wszystko jasne

17 lipca 2011 r.
Jakoś dotarłyśmy do Chin, ale jeszcze w ogóle tego nie czuję... Czyli... zaczynam od początku :)
Około 13 zakończyłyśmy I etap - czyli zbieranie całej ekipy do Chin. Stawiła się w komplecie, bez spóźnień. Przed nami etap II - czyli dotarcie na czas na lotnisko do Warszawy. Potem jeszcze wiele innych etapów, które, mam nadzieję zakończą się pomyślnie… Pamiętam, że w zeszłym roku w czasie podróży do Tajlandii, udało nam się - nie wiem, jakim sposobem - "ominąć" lotnisko i przejechać całą Warszawę, a następnie w te pędy wrócić tą samą drogą i jeszcze zdążyć na odprawę.
Tym razem na lotnisko dotarłyśmy bez problemu, odprawa też przebiegła sprawnie. Samolot, jak na rosyjską maszynę prezentował się nieźle. Turbulencje zaczęły się dopiero pół godziny po starcie. I to jakie... Chyba wlecieliśmy w burzę. W każdym razie chmury były czarnogranatowe i do tego od czasu do czasu się błyskało. Ewa starała się mi wmówić, że to światła samolotu, ale na tyle głupia to ja nie jestem. W każdym razie w czasie turbulencji odechciało mi się jeść całkowicie, akurat byłam w trakcie pochłaniania ciastka tortowego, na które momentalnie straciłam apetyt. Resztę lunchu zostawiłam sobie na potem: kurczaczek w zielonej przyprawie, szyneczka, JEDNA oliwka do tego, mikroskopijna bułeczka i ćwiartka kromki razowego chleba, na dodatek spleśniała. Cała seria chyba była wybrakowana, bo każda z nas jakoś nie miała apetytu na pieczywo z niebieskawym nalotem.
Do Moskwy przyleciałyśmy po 1.35 godz. lotu. Lotnisko duże, nowoczesne i... puste. Wyciągnęłam więc taszczoną tu specjalnie po to z Polski podusię, karimatę i rozłożyłam się na ławeczce. Zobaczymy, czy uda mi się przespać chociaż godzinkę…
Nawet się udało przekimać na ławeczce, która okazała się dosyć wygodna, aż do 7.30. Twardym snem nie spałam, bo sprzedawczynie z pobliskich butików jazgotały niemiłosiernie w jakimś dziwnym języku. W rejonie, który obrałyśmy sobie za noclegownię, było dosyć pusto, dopiero około 3 nad ranem zaczęły się obok nas przetaczać wielkie fale ludzi. Pewnie wylądował jakiś samolot. Mało mnie to jednak obchodziło, podsypiałam, budziłam się i tak na zmianę, ale i tak noc minęła dosyć szybko.
Rankiem toaleta w łazience, wczorajszy lunczyk z samolotu zadebiutował w roli śniadania, co prawda było tak gorąco, że szynka dorównała kolorem przyprawie z kurczaka, wiec ją zostawiłam. Wolę na wstępie nie ryzykować dolegliwości żołądkowych...
A za oknem burza i leje. Zauważyłam, ze Rosjanie średnio przejmują się etykietą: są hałaśliwi, niezbyt uprzejmi i w ogóle jacyś tacy gburowato pewni siebie. Kiedy chcą obok Ciebie usiąść, to nie pytają się czy można, czy mogą, tylko po prostu ładują się tam, gdzie jest minimalny kawałek wolnego, a potem się rozpychają i w ten sposób zyskują coraz więcej powierzchni.
Przekimałyśmy jakoś do godziny odlotu - 11.25 Tym razem samolot duży - boening, a nie jakiś airbusik. Siedziałam w miarę w przodzie, a przed sobą miałam do wyboru 5 telewizorów, z których każdy nadawał ten sam program, ale w innym odcieniu i kolorze - od biało – czarnego po totalnie przejaskrawiony.
Obsługa taka sobie, stewardessy nie zadały sobie trudu, żeby przekazać pasażerom informacje początkowe, jak to zwykle bywa, tylko po prostu puściły filmik instruktażowy – na wszystkich 5 telewizorach oczywiście:)
Zaraz po starcie pojawiło się jedzenie – do wyboru rybka albo kurczaczek z ryżem, sałatka z fetą, szynka, kawa, herbata i...znowu tortowe ciasteczko. Pychotka. Jeszcze lepsze od poprzedniego, o bardzo intensywnym, ale nieokreślonym smaku, jeśli takowy może istnieć...Mnie kojarzył się z pomarańczami, ale Mariola wyczuwała tam wanilię i banany:)))
Kolacja podobna – z tym, że zamiast szynki ryba – jedna blada jakaś, ale po zapachu poznałam, że wędzona i druga, chyba surowa – za sushi dziękuję. A potem ogłoszono, że powodu turbulencji muszą przerwać obsługę i kawy ani herbaty już nie będzie. Wydaje mi się, że po prostu im się nie chciało, bo to były TURBULENCYJKI – które nie mogą się równać z poprzednimi.
Za pół godziny lądujemy:))) Pilot mówi, że pogoda dobra i jest 27 stopni a jest już północ:))))

Szanghaj - lotnisko
Lądowanie mamy już za sobą, zanim jednak wyjdziemy z lotniska przed nami długa droga... Najpierw kontrola paszportów, potem wymiana bagażu i zaczynamy szukać przechowalni bagażu, po długim kręceniu się w kółko, znajdujemy w końcu jedną, ale....czynna od 6 rano. Czyli dopiero za jakieś 4 godziny. Trudno. Będziemy telepać się z plecakami.
Czas na następny etap, czyli poszukiwania taksówki. Wiemy, że ma kosztować około 400 yuanów, więc nie możemy się dać naciągnąć. Jesteśmy jednak tak zmęczone, że pozwalamy się "złowić" gostkowi ubranemu w garnitur, który od razu wypełnia kwity, wypisuje adres bez jakiejkolwiek oznaki zgody czy najmniejszej zachęty z naszej strony. Gostek chce dzwonić po taksówkę, próbujemy go powstrzymać, ale ani w ząb angielskiego, przynajmniej zrozumiałego, bo coś tam mamrocze.
Z 400 yuanów udaje nam się zejść na 350 yuanów, gostek się zgadza, wypisuje na kwicie adres naszego hotelu i kwotę, po chwili jednak wyciąga cennik, namyśla się, teatralnie marszczy czoło i stwierdza, że 350 to za tanio i wpisuje ponownie 400. Paranoja... W końcu każe płacić z góry, przekazuje nas jakiemuś innemu gostkowi, który inkasuje pieniądze, ten z kolei jakiejś kobiecie, która zawozi nas windą na zewnątrz, ona z kolei przekazuje nas taksówkarzowi, który tym razem naprawdę nie mówi ani słowa po angielsku, a nawet mając wypisany adres po chińsku nie ma pojęcia gdzie to jest. W międzyczasie dokooptowują nam jeszcze do taksówki parę Hiszpanów, wątpię żeby po to, aby było taniej. Hiszpanie, jak się okazało, swoją część już zapłacili. W miejsce naszego kierowcy przychodzi inny, bez słowa wsiada i...jedziemy. Proste? Proste. Welcome to China:)))) Jedziemy dosyć długo, ale okazuje się, że gostek odwozi nas jednak tam gdzie powinien. Z tym, że jest dopiero 2.30 rano… Hotel przyjmuje dopiero od 6 i raczej nie zrobi dla nas wyjątku… W Bangkoku przyjęli nas o 3, pamiętam, bo jestem wdzięczna obsłudze hotelu Bangkok Inn po dziś dzień:). Wiec, albo zapłacimy za dodatkową noc, albo kimamy do 6. Kimamy. Wrodzona oszczędność bierze górę. W międzyczasie, żeby nie zasnąć idziemy na spacerek. Bardzo trzeba uważać, żeby nie zostać potrąconym przez motorower albo skuterek elektryczny – nadjeżdża nagle, nie robiąc hałasu i można dostać zawału...
Nasz international guesthouse jest w miarę czysty, mamy pokój 4 osobowy, ale jedno łóżko wolne, może nam kogoś dokoptują, mamy nadzieję, że może nie… Czas na godzinną drzemkę bo padamy z nóg…



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Chiny

Informacje o kraju: Chiny
Flaga - Chiny








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms