PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2012-03-15      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Chiny 2011

ocena: 3.13przeczytano 210 razy


30 lipca 2011 r. – wschód słońca, którego nie było
Dzisiaj była pobudka o 3.30 żeby zobaczyć wschód słońca na murze. Podobno bezcenne, więc warte każdego poświęcenia:). Wstałyśmy z niejaką trudnością, a ja zasnęłam przed północą, nie wiem czy miałam jakikolwiek materac na łóżku. Dla mnie to były same dechy... Poza tym, w hostelu bardzo średniej kategorii, duszno było jak cholera. Tak wiec zwlekłyśmy się z łóżek na pół żywe, ledwo się ubrałyśmy, niecierpliwy kierowca już pukał do naszych drzwi. Na mur dojechaliśmy parę minut po 4, ale ciemno jeszcze było, jak w środku nocy, dobrze, że dziewczyny wzięły ze sobą latarki, bo inaczej wspinanie się po schodach w tych warunkach byłoby raczej ciężkie... Najlepsze, że nikt przed nami jeszcze tędy z rana nie przechodził (co byłoby raczej dziwne:), więc pająki rozbiły się w najlepsze i co rusz wchodziłyśmy w jakąś pajęczynę. Pamiętając wczorajszego wielkiego i tłustego pająka... Uczucie niezbyt miłe... Wdrapałyśmy się w kompletnej ciemności pod drugą wieżę i tam czekałyśmy na świt. Powoli ukazywały się kontury muru, a wraz z nimi ukazywały się niestety, i mgła i chmury... A potem zaczęło padać... I tyle było naszego wschodu słońca. I naszego poświęcenia, i trudu rannego wstawania i drapania się ponownie po schodach... Potem pojechałyśmy na śniadanie:). Jakaś rozwodniona zupa mleczna i pierożki. Zupy prawie nie tknęłyśmy, za to pierożków poszły 2 talerze. Powrót do Pekinu trwał grubo ponad 2 godziny, bo zaczęło się oberwanie chmury, i nic nie było widać. Nie wiem kiedy i jak nasz szofer otrzymał prawo jazdy, bo szarpał samochodem niemiłosiernie. Byłyśmy już trochę zmęczone, więc marzyłyśmy o chwili, kiedy na godzinkę się zdrzemniemy w hotelu, tym bardziej że pada, więc nie szkoda pogody. A tu pierwszy ZONK: nasz pokój jeszcze nie jest pusty, bo check out jest przed godziną 12. No trudno, jakoś wytrzymamy... O 12.30 przychodzi panienka z recepcji .. drugi ZONK. Okazuje się, że ludzie z naszej "4" nie chcą się wymeldować i nie zwolnią pokoju. Nie wiem, jak to jest możliwe, w każdym razie panienka zaproponowała nam identyczny pokój w tej samej cenie nieco dalej w ich sieci hostelu. A jako gratyfikację – każda otrzymała sok pomarańczowy PROSTO z lodówki:). No cóż... Pokój .... Obniżamy loty... King's Joy, to naprawdę był hotel prawie dla burżujów:). Nawet nasza "4" była przestronna, miała tv i łazienkę. A tutaj – mała, zatęchła klitka i... na dodatek w tej samej cenie co King's Joy... Nie ma łatwo... Dziewczyny poszły na miasto, a ja wróciłam wcześniej, żeby dać odpocząć moim biednym nogom z czerwonymi wykwitami:). Okazało się, że w pokoju mamy Japończyka wieku średniego, który idzie spać o 18, a wstaje o 6 godzinie... Ufffffffff. Jakoś to będzie. Panienka z Leo 1 powiedziała, że do jutra na pewno pozbędzie się gości z naszego pokoju więc jak chcemy, to możemy wrócić do naszego pierwotnego hostelu. Zdecydowanie wolimy Leo 1 od Leo 2 wiec jutro znowu pakowanie i... powrót.

Nie tak łatwo zarezerwować hotel…dzisiaj wszystko pod górkę…
No to jesteśmy w momencie przeprowadzki z hostelu Leo 2 do Leo 1... Panienka na recepcji powiedziała, że tym razem nie ma problemu i mamy 3 łóżka w pokoju... 6–cio osobowym... Otworzyłyśmy buzie ze zdumienia, zatkało nas kompletnie. Panienka szybko wytłumaczyła, że dwa łóżka są osobno i cztery osobno. Na nasze tłumaczenie, że to i tak 6 osób na jednej powierzchni, i że dla nas to nie to samo – nie rozumiała, albo i nie chciała zrozumieć... Wkurzyłyśmy się na maksa, bo miarka się przebrała. Jakoś zaakceptowałyśmy fakt, że musiałyśmy się wczoraj przenosić, ale dzisiaj to już za dużo. Upewniłyśmy się, że oddadzą nam pieniądze za dwie niewykorzystane noce i za 10 minut miałyśmy nowe, 3-osobowe lokum w King's Joy, w którym byłyśmy ostatnio. Co prawda, pokoje dwa razy droższe niż w Leo, ale co tam:). Stać nas. Chyba:)). Nie wiemy jak wygląda, bo zostawiłyśmy plecaki w Leo i pojechałyśmy metrem zwiedzić Pałac Letni, podobno najpiękniejsze miejsce w Pekinie. Po wczorajszym, całodziennym deszczu – dzisiaj piękne słoneczko i czyste niebo, nawet smog w mieście prawie zerowy. Powietrze też o wiele bardziej rześkie niż wczoraj, czyli... deszcz się przydał... Podejrzewam, że powietrze szybko się nagrzeje, ale na razie pogoda obniżyła nam trochę ciśnienie podniesione przez niekompetentną i mającą wszystko w d... obsługę hostelu Leo.
Do Letniego Pałacu pojechałyśmy metrem. Bilet w jedną stronę, ważny cały dzień, póki nie wyjdzie się z metra – podobnie jak w Paryżu – kosztuje 2 Y (niecałą złotówkę). System kupowania prostszy niż w Szanghaju – nie trzeba wybierać stacji docelowej ani linii metra, wystarczy wybrać ilość biletów i włożyć pieniądze. Aha, bilety po wykorzystaniu, przy wyjściu trzeba włożyć do bramki i... już ich nie odzyskujemy :( Szkoda, chciałam jakiś na pamiątkę. Droga była długa, więc dokończyłam śniadanie kupione po drodze. Wzięłyśmy z Ewą po porcji pierożków i klusek na parze (10 sztuk pierożków – 6 Y, klusek tyle samo). Wymieniłyśmy się, żeby każda miała jedno i drugie. Smaczne, chociaż ciasto na pierożki ciut twardawe. Obydwa nadziane mięskiem – jakim – proszę nie pytać:)
Pałac Letni otoczony jest parkiem i jeziorem, które zajmuje 2/3 powierzchni parku. Siedziby cesarskie i wszystkie budynki w bardzo ciekawej architekturze. O wiele bardziej polecałabym to miejsce, niż Zakazane Miasto, chociaż tu też dzikie tłumy turystów... Na drugą stronę jeziora można przejść ośmioma wysoko wysklepionymi, łukowatymi białymi mostami. Głównym rezydentem posiadłości nie był jednak cesarz, a wdowa po nim, cesarzowa Cixi. Podobno jej nieumiarkowane wydatki znacznie przyczyniły się do upadku imperium. Spacerując po parku zwiedziłyśmy pawilon Życzliwości, Długowieczności i kilkanaście innych o równie wdzięcznych nazwach:). Kupiłyśmy co prawda bilet "all inclusiv", który zapewniał wstęp do innych atrakcji, ale znalazłyśmy tylko Świątynię Buddy o Tysiącu Ramionach, któremu nie wolno było robić zdjęć, a wszyscy pstrykali ile wlezie pod okiem znudzonej i ziewającej obsługi:), oraz Ogród Harmonii, który ogrodem nie był, a teatrem. Trafiłyśmy na jakieś występy teatralne i taneczne. Ciekawe. Miejsce rzeczywiście urokliwe, spędziłyśmy tam dużo czasu, ale około 16 pojechałyśmy do domu. Pokrzepione wizją naszej "3", czystej i chłodnej, przebierałyśmy nogami coraz szybciej. Zabrałyśmy plecaki z Leo i w King's Joy okazało się, że.... TAKIEGO NUMERU REZERWACJI NIE MA. Dzisiaj wszystko idzie pod górkę... Panienka sprawdziła jeszcze raz i stwierdziła, że owszem jest, ale na 2 sierpnia... Coś nam się musiało pokręcić... Całe szczęście, że była ugodowa, pokój trzyosobowy był wolny, nawet odliczyła zaliczkę wpłaconą na konto:)). Po chwili znalazłyśmy się w upragnionym lokum:). Czyste, schludne i co najważniejsze, NASZE, tylko i wyłącznie:). Z tej radości zaszalałyśmy – kolacja – kaczka po pekińsku:)). Myślałyśmy, że na stół wjedzie cała kaczka, ale wjechały 2 talerze z kawałkami kaczki, do tego talerz z ogórkami i porem pociętymi w słupki, jakiś sos i cienkie placuszki. Poprosiłyśmy kelnerkę o "instrukcję obsługi" kaczki. Wiec: bierze się placuszek, smaruje sosem, nakłada seler i ogórek, na to kawałki mięsa, zwija i... do buzi:). Chińskie powiedzenie mówi: "Wielki Mur i pieczona kaczka – doświadcz obydwu, a znajdziesz szczęście" – do refleksji:))). W każdym razie, oba warunki spełnione:).



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Chiny

Informacje o kraju: Chiny
Flaga - Chiny








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms