PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2012-03-15      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Chiny 2011

ocena: 3.13przeczytano 210 razy


31 lipca 2011 r. – ostatni dzień w Pekinie.
Jesteśmy już na wielkim półmetku, a raczej na 2/3 naszej podróży do Chin i... mam już dosyć... Przeczytałam w przewodniku, że pierożki, które jadamy na śniadanie, to typowe śniadanie dla Kantonu i nazywają się DIM SUM. Teraz już przynajmniej wiem, co jem:). Szczerze mówiąc, trochę mi już zbrzydły kluchy i pierogi, ale dzisiaj znowu w drodze na zwiedzanie zjadłyśmy to samo, tyle że dzisiaj pierożki były, jak wczoraj z mięskiem, a kluchy z wszechobecnym zielonym zielskiem. Dzisiaj w planach park Benhai – niedaleko Zakazanego Miasta, ale i tak pojechałyśmy tam metrem. Trzeba oszczędzać nogi, tym bardziej, że upał jak nie wiem, znowu niebieskie niebo i zero smogu. Ładujemy w siebie tony kremów z filtrami, ale to pomaga jedynie uniknąć oparzeń, nie likwiduje gorąca:((. Park Benhai rozpościera się nad wielkim sztucznym jeziorem, z którego wydrążona ziemia posłużyła do usypania sztucznej wysepki. Wychodzi na to, że wszystko tu jest sztuczne...
Przepłynęłyśmy łódką za 3 Y na drugą stronę, oczywiście pasażerowie zaraz sobie zrobili z nami zdjęcia:). Park ładny, spokojny, można wypocząć, bo od jeziora wieje przyjemna bryza, a właściwie bryziątko, ale dobrze że i taki mały podmuch jest. Tyle, ze po Letnim Pałacu, który naprawdę był przepiękny, ten park wydaje nam się nieco nudnawy...
Wdrapałyśmy się na olbrzymią stupę – ustawioną na pamiątkę wizyty Dalajlamy, albo coś innego tam jest na pamiątkę, bo właśnie wyczytałam, że stupa jest z 1756 roku, wątpię, żeby Dalajlama miał aż tyle lat... Wynajęłyśmy sobie łódkę z motorkiem na godzinkę, żeby pobuszować po jeziorze (60 Y), które podobnie jak rzeka Li przypominało zatłoczoną autostradę w godzinach szczytu: łódki, łódeczki, motorówki, rowery wodne w kształcie normalnym i... kaczek, i lotosów:))). Trochę to kiczowate, ale uroku nie brakuje. Popływałyśmy, a raczej polawirowałyśmy slalomem między łódkami, większą przyjemność czerpiąc raczej z obserwacji ludzi, niż z samej przejażdżki.
Potem przyszedł czas na kolejne zabytki Pekinu – wieżę Bębnów i wieżę Dzwonów, dziewczyny weszły do środka, mnie to jakoś nie bawiło i poszłam na lody, usiadłam sobie w cieniu, a i tak wszystko słyszałam: miał być jakiś bębniany show – rzeczywiście dudniło, jak nie wiem co. Oczywiście wstęp płatny. Zaczyna mnie to już wkurzać – za każdą pierdołę pobierają opłaty, za każdy najmniejszy park, w którym g... za przeproszeniem jest – przynajmniej parę yuanów. Tyle tylko, że dzień w dzień parę yuanów tu, 10 tam, tam znowu 50 i... kasa leci... Co oszczędzimy na jedzeniu – wydamy na wszelkiego rodzaju wstępy. Tak samo jak wkurza mnie ich plucie... Pisałam już, że Chińczycy mają zwyczaj częstego, publicznego spluwania pod siebie. Słyszałam, że jest to spowodowane tym, że w Chinach panują wiatry przynoszące drobinki pyłu, które drażnią małe nosy Chińczyków, co sprawia, że muszą po prostu je oczyścić. No nie wiem, ja jakoś nie odczuwam takiej potrzeby, nie wiem czy jest to spowodowane tym, że mój nos jest większy czy co? Na miejscu jednak dowiedziałam się, że jest to raczej kwestia kultury, a chyba raczej jej braku... i tego, że rolnicy porzucili swoje uprawy ryżu i przenieśli się do miasta w poszukiwaniu pracy, przez co zwyczaj ten przybył do miast wraz z nimi. Ja jakoś nie potrafię się do tego przyzwyczaić, obojętnie czy to jest ich kultura, czy nie. Na razie ta przyjemność mnie ominęła, ale zastanawiam się, co będzie jeśli akurat znajdę się w okolicy celu takiego atakującego śluzu... Rozrzut mają, już widziałam.
Jeżeli chcemy wrócić do Polski w całości, warto też wiedzieć, że znalezienie u kogoś skóry pandy, oznacza tam podobno karę śmierci z klauzulą natychmiastowej wykonalności. Pocieszam się, że taka skóra jest nieco większa od narkotyków i ciężko jest ją komuś podrzucić... W Chinach Komunistycznych kara taka wymierzana jest również między innymi za przemyt, fałszowanie pieniędzy oraz... niepłacenie podatku VAT(!!!!), kradzież krowy, czy zabicie tygrysa. No, to tyle rewelacji… Jutro jedziemy do Szanghaju, wystraszone perspektywą ponownej długiej podróży na hard seat – wybrałyśmy nowo otwarty pociąg (od czerwca), który tą trasę pokonuje w... 5 godzin. Każą sobie też płacić jak za zboże za bilet, no ale komfort zawsze kosztuje...

2 sierpnia 2011 r. - Pekin – Szanghaj
Dzisiaj jedziemy do Szanghaju i musimy opuścić nasz gościnny pokój King's Joy... Trochę obawiam się naszego nowego lokum w Szanghaju, mając świeżo w pamięci naszą ostatnią przeprawę z Leo hostel... Tym razem już zupełnie obniżyłyśmy loty i... mamy zarezerwowany pokój dla 6 osób, ale tym razem nie mieszany, tylko same baby. A z drugiej strony, 6 bab w tym samym pokoju... No cóż, kolejne doświadczenie przed nami...
Dzisiaj już nie jest tak ładnie, nie ma chmur, ale wszystko przykrywa smog. Uffff, mam dosyć wielkich miast, a jeszcze czeka nas Szanghaj, kolejna betonowa dżungla... Nawet bym sobie wolała drewno porąbać, niż prażyć się na ulicach między domami... Duchota panuje nieziemska, no ale cóż zrobić, chyba jednak najlepszym momentem do zwiedzania Chin jest wczesna wiosna albo jesień.
Pociąg mamy o 13.06, zjadłam śniadanie, a jako że nie potrafię już patrzyć na chinese dumplings (pierożki i buły), to... kupiłam jedną wielką bułę, podobną do naszych, tyle że o wiele większą i pieczoną na wielkim piecu na ulicy – to znaczy raczej na płycie pieca, a nie w środku. Do wyboru są słone i słodkie, słoną kiedyś jadłam – z jakimiś czarnymi ziarenkami w środku, a teraz wzięłam słodką i... niespodzianka – w środku dosyć dużo nadzienia – ale co to jest? Masa taro, czy jakiś dżem, nie jestem w stanie określić. Gorąca jest nawet dobra, może jeszcze sobie na podróż jedną kupię – w Szanghaju będziemy ok. 18 z minutami. Na stacji powinnyśmy być wcześniej, więc około 11 godziny wyruszamy z hostelu. Wszystko poszło ok, nawet w metrze nie było tyle ludzi, ile się obawiałam, tyle tylko, że zgrzałyśmy się jak mopsy...
Pociąg ładny, czysty, nowy. W Polsce krótko przed wyjazdem czytałam, że powstała nowa linia kolejowa w czerwcu, łącząca Pekin z Szanghajem, pociąg przebywa tę trasę w 5 godzin, zamiast jak normalny pociąg w 12 – 14 godzin. No i kosztuje dosyć dużo. Za bilet zapłaciłyśmy 555 Y + 30 Y prowizji. Właśnie jedziemy z prędkością 309 km/ godzinę i chyba już prędzej nie będzie, na zewnątrz 39 stopni w cieniu, więc jazda dosyć przyjemna, bowiem pociąg jest klimatyzowany :). Pasażerowie też inni – nie ma wieśniaków z tobołkami, gorących kubków do zalania – tutaj wydaje się podróżować klasa business. Aparat do wrzątku jest, a jakże, ale ludzie chodzą sobie zalać jedynie herbatę w specjalnych kubeczkach. W Szanghaju byłyśmy ciut po 18, ale nie przypuszczałyśmy, że pociąg zatrzymuje się na stacji Szanghaj – lotnisko, a stamtąd do centrum kawał drogi... Myślałyśmy, że ma jakąś stację w centrum, a stamtąd weźmiemy po prostu taksówkę, dlatego nie sprawdzałyśmy metra. Taksówka stąd będzie nas kosztowała majątek, więc przypomniało mi się, że hostel znajduje się niedaleko ogrodu Yu Yan, czy coś podobnego, a taka stacja metra była, więc po prostu pojechałyśmy tam. Nawet nie musiałyśmy brać taksówki, bo znalazłyśmy na mapie ulicę, gdzie leży nasz hostel i podreptałyśmy na piechotę. Zdolne z nas bestie :))). Nie dałyśmy zarobić taksówkarzowi ;)).
Ale... to, co oszczędziłyśmy na taksówce, wydałyśmy na... elegancką restaurację. Byłyśmy już tak zdesperowane i głodne, że weszłyśmy do pierwszej lepszej, w której nie śmierdziało, bo te w naszej dzielnicy... nawet ja się do nich nie zbliżę. Knajpa, obok facet się kąpie z węża, brudna woda leci na stoliki... Brrrrrr.
Tak więc zamówiłam sobie ryż, tym razem z wołowiną – wołowiny musiałam dobrze poszukać – może z 5 kawałków wielkości główki od szpilki... Mariola wzięła smażony kalafior z całymi ząbkami czosnku i pysznym sosem, a Ewa jakiś ryż z owocami morza. Kelnerka była bardzo przejęta, i co chwila do nas podbiegała i zagadywała, a jako, że nie bardzo umiała, to wyglądało to dosyć komicznie. Od razu przyniosła herbatę, nalała, pilnowała, czy pijemy i zaraz nalewała następną. Z każdą minutą herbata stawała się bardziej gorzka, a po kilkunastu... język mi już stanął kołkiem... A nasze jedzenie?
Po kilkunastu minutach kelnerka przyszła, powiedziała, że MUSIMY poczekać odrobinkę, bo... teraz czas na kolację kucharzy. I wskazała, jak cała obsługa kuchni karnie ustawia się w ogonku i pałaszuje w najlepsze. Mają w poważaniu klienta, nie ma co... Zaraz nam brzuchy pękną od herbaty, a my chcemy JEŚĆ nie pić! Takie rzeczy tylko w... Chinach :))). Tak więc grzecznie czekałyśmy, bardziej rozbawione niż złe, ale wszystko ma swoje granice... W końcu jedzonko przyszło, smaczne, nie powiem. A potem do pokoju i nyny :)
Aha, nasz pokój, który miał być „6” okazał się... „8”... Nic nas już nie zdziwi... Tyle, że... 8 bab w jednym pokoju... Na dodatek same autochtonki...



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Chiny

Informacje o kraju: Chiny
Flaga - Chiny








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms