PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2012-03-15      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Chiny 2011

ocena: 3.13przeczytano 210 razy


4 sierpnia 2011 r. - oczekując na samolot.
Hej, ale mi się trafiła gratka :). Darmowy internet na lotnisku :). Zresztą nawet gdyby był płatny, to skorzystałabym żeby jakoś zabić czas do tej 2:35, kiedy to mam samolot. A tak mój opis będzie prawie kompletny – co do ostatniego dnia :)
Jeszcze kilka dni temu miałam wrażenie, że siedzę w Chinach od miesięcy, a dzisiaj siedząc na lotnisku mam wrażenie, że przecież dopiero co przyleciałam i znowu bagaże na plecy... A ciężkie jak nie wiem co. Wyjeżdżając do Chin, mój duży plecak ważył 8,4 kg a teraz ponad 15 kg. Same pamiątki :))). Bo przecież kosmetyki wyrzuciłam, parę ciuchów też, więc 9 kg czegoś mi się nazbierało... Pytanie tylko czego? Herbata lekka, jakieś wachlarze też – pewnie te naleweczki :))). Ale są malutkie, więc już naprawdę nie wiem.
Musiałyśmy się wymeldować do 12:30, więc zostawiłyśmy plecaki w hostelu i ruszyłyśmy na miasto. Nie dotarłyśmy jednak daleko, kiedy znowu lunęło. Nie było takiej burzy z dźwiękami jak wczoraj, ale strugi deszczu były tak intensywne, że przemoczyły nas do suchej nitki w kilka sekund. Pelerynka włożona potem, to jak musztarda po obiedzie :) Zrezygnowałyśmy więc ze zwiedzania miasta, wróciłyśmy do hotelu. Z tego, co widziałam, na mieszkańcach Szanghaju ulewa nie zrobiła większego wrażenia – po prostu wyciągnęli parasole, pelerynki i dalej śmigali w zawrotnym tempie. Nie wiem, co chińskie ulice w sobie mają, ale odrobina wilgoci wystarczy i jeździ się po nich jak po tafli lodu. Przy nas wywróciła się pani na motorki, dobrze, że nic za nią nie jechało....
Przeczekałyśmy trochę i po ulewie pojechałyśmy jeszcze raz na Bund – dając mu drugą szansę, bo za pierwszym niezbyt mi się podobał. Może to zmęczenie po podróży, upał... W każdym razie teraz nabrzeże prezentowało się o wiele przyjemniej, a może to ja spojrzałam na nie innym okiem. Perła Orientu oglądana z bliska prezentuje się ciekawie, ale bez zbytnich zachwytów, poszłyśmy nad brzeg rzeki, skąd doskonale widać było kolonialną zabudowę na tle nowoczesnych wieżowców. Dziwna mieszanka, ale wrosła w pejzaż Szanghaju, jak szklana piramida przy Luwrze...
Wróciłyśmy dosyć wcześnie, bo za bardzo nie wiedziałyśmy, do której dokładnie kursuje metro na lotnisko Pudong. W ostatni dzień nie będziemy się bawić w burżujki i nie zamówimy taksówki, tylko będziemy się tłuc godzinę metrem, jak klasa robotnicza. Mogę jechać nawet 3 godziny, ale bez tego ciężaru na plecach... Wyglądamy jak juczne osły :(
No więc, co do metra, to miałyśmy sprzeczne informacje: recepcjonista powiedział, że kursuje do 23 – co wydawało się logiczne, a pani przy stacji metra, że do 20, co z kolei wydawało się bardzo nielogiczne... Niech ci cholerni Chińczycy w końcu zaczną się uczyć jakiegokolwiek chrześcijańskiego języka, bo nijak nie można się niczego dowiedzieć...
W końcu będąc już w wagonie linii 2 do lotniska – (lotnisko ostatnia stacja, bez przesiadek) – na planie metra w środku trasy – informacja, że pasażerowie jadący na lotnisko powinni się przesiąść na tej a tej stacji i przejść na drugą stronę i wsiąść tam do pociągu. To już kompletna BEZLOGIKA, bo:
a) skoro jesteśmy na dobrej linii i lotnisko to stacja końcowa...
b) z mojego doświadczenia wynika, że po przeciwnej stronie metro ZAWSZE jedzie w przeciwną stronę,
c) po kija jest tak rozpisany plan, skoro jest inaczej?
W każdym razie zrobiłyśmy co nam kazano, i szczęśliwie dotarłyśmy na lotnisko, ale po godzinie siedzenia, wieczornej toalety (ogoliłam sobie nogi, umyłam stopy i cała się nakremowałam – a wszystko to, nie ruszając się z poczekalni :)), okazało się, że jesteśmy nie na tym terminalu co trzeba, więc pędem do autobusu, który już właściwie ruszał, ale łaskawie się zatrzymał na nasze rozpaczliwe i energiczne machania i dojechałyśmy do terminalu 2.
Aha – w praktyce była trzecia opcja – metro kursuje do 21 :)))
Jeszcze będąc w hotelu, postanowiłam zjeść „ostatni” posiłek, oczywiście na chińskiej ziemi, i jak najbardziej chiński. Za rogiem naszego hostelu była mała knajpka, w której nikt nie mówił po angielsku, nie było nawet obrazków do menu, ani składników wystawionych na zewnątrz, żeby sobie coś wybrać, tylko same krzaczki. Po prostu wybrałam krzaczki na chybił – trafił, te które mi się najbardziej podobały, najbardziej krzaczaste :) i... dostałam szeroki, płaski makaron z zielonym zielem, kiełkami czegoś tam i jajem. Niebo w gębie, aczkolwiek ciut za ostre. Podane elegancko w foliowym woreczku, a woreczek w styropianowej misce :)
Całe szczęście, że w naszym hostelu jest dystrybutor wody. To mi się w Chinach podoba – wrzątek i wodę (najczęściej letnią, niestety nie zimną) można dostać praktycznie wszędzie: od lotniska, po pociągi, sklepy, itd. Tak samo toalety: są co 100 metrów w największej pipidówie. Wychodzi na to, że dostęp do wody i do toalety, to niezbywalne prawo każdego Chińczyka :)

strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Chiny

Informacje o kraju: Chiny
Flaga - Chiny








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms