PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2012-03-15      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Chiny 2011

ocena: 3.13przeczytano 210 razy


19 lipca rano
Dzisiaj w planach Szanghaj. Nazwa miasta to zlepek dwóch słów: "shang" oraz "hai". Pierwsze z nich oznacza "na", zaś drugie "morze". Całą nazwę jednakże interpretuje się jako "najdalszy zasięg morza". Nie jest to jedyny sposób, w jaki ludzie mówią o tej metropolii. Przybywający tutaj turyści nazywają je również "Paryżem Wschodu", "Królową Orientu", a nawet czasami "Azjatycką Prostytutką" – ha… będziemy się zastanwiać po zwiedzaniu czy jakakolwiek nazwa jest odpwiednia:)
Szanghaj to jeden wielki kocioł, w którym cały czas bulgocze i miesza się to, co amerykańskie, angielskie, francuskie, niemieckie i...czasem można znaleźć akcenty chińskie:) Starbucksy, lody w McDonaldzie, prawie jak w Tarnowskich Górach:) butiki Cartiera, Diora i innych znanych projektantów, uliczni sprzedawcy drobiu(jak najbardziej żywego), szaszłyki z żab, owoców morza grillowane coś, pewnie szczury, i czerwone, tandetne, jak na mój gust (i nieco zakurzone) lampiony na najmniejszej nawet knajpce. Z lotniska Pudong, do centrum miasta chciałyśmy się dostać maglevem – superszybką, magnetyczną koleją – ponad 400 km na godzinę, podobno pokonuje 30-km trasę w niewiele ponad 7 minut, ale niestety jeździ dopiero rano. No to jak już pisałam dotarłyśmy taksówką, a potem już poszłyśmy na piechotę.
Po dotarciu do miasta od razu rzuca się w oczy ogromna wieża TV, najwyższa w Azji (468 metrów), a trzecia na świecie. Można wjechać windą na szczyt i spojrzeć na miasto z tarasu widokowego – dzisiaj była dosyć fajna pogoda wiec Mariola i Ewa się wybrały, a ja czekałam na nie przed wieżą, na trawce i przysypiałam.
Za to zupełnie nie zachwyciła mnie Perła Orientu. Podobno jest już symbolem Szanghaju, ale mnie się kojarzy z bombą idącą w górę na wyścigach konnych. Szanghaj, to zapierająca dech w piersiach różnorodność. Tak piszą w przewodnikach, i pewnie jak każde wielkie miasto, albo się je polubi, albo nie. Nie ma pośredniej opcji… Przynajmniej dla mnie. Paryż lubię. Szanghaju chyba nie polubię, aczkolwiek muszę przyznać, że jest interesujący. Pierwsze wrażenie to misz-masz z apartamentowcami – gigantami z betonu, stali i szkła i piętrowymi estakadami. Ale też miasto pełne wąskich uliczek, posklecanych drewniano – kamiennych domów z wystającymi na zewnątrz pordzewiałymi klimatyzatorami i prętami do suszenia bielizny. No i samej bielizny do wyboru do koloru. Jest tu o wiele więcej niż w Bangkoku eleganckich restauracji, obok nich znane już mi bardzo dobrze uliczne kramy, gdzie jedzenie przygotowywane w kilka minut sprzedaje się ze styropianowych misek i … obowiązkowo w woreczku. Jakoś nie umiem się przyzwyczaić do wyjadania makaronu z jednorazowej , maleńkiej plastikowej reklamówczki… Tyle tylko, ze ulicznego jedzenia jest o wiele mniej niż w Tajlandii. Podobno w Szanghaju są miejsca, gdzie Chińczycy spacerują całymi dniami w piżamach. Podobno jedwabnych i bardzo eleganckich, do kompletu. Ale byłaby jazda zobaczyć taki obrazek:) Dzisiaj jednak nie było nam to dane. Chyba byłyśmy zbyt zmęczone… Gorączce zakupów można oddać się na Nanjing Road, głównej ulicy handlowej miasta – odpowiednik Kho San Road z Bangkoku, równie hałaśliwa, zatłoczona i równie brzydka.
Potrawy w Szanghaju charakteryzuje duża zawartość cukru. Potwierdzam – nawet chiński bulion był słodki. Do Szanghaju jeszcze wrócimy, za to jutro lecimy na południe Chin do Guilin. Pozdrowienia.

19 lipca 2011 r.
Jak już pisałam Szanghaj raczej nie przypadł mi do gustu – dla mnie zbyt futurystyczna zabudowa, same żelazo, szkło i beton, jak pomyślę o Bangkoku i całym mnóstwie buddyjskich świątyń, to tutaj efekt jest raczej mizerny. Na razie ani jednego Buddy, nawet najmniejszego. Szkoda, bo coś mnie w tych wielgachnych posągach pociąga… Po godzinnym spacerze (stąd te odparzenia...) natrafiłyśmy na Jinjan Temple albo coś takiego, z daleka wyglądała jak okazała pagoda, ale z bliska – okazała jak najbardziej, ale częściowo jeszcze w budowie. O Szanghaju napisze więcej pod koniec naszego wyjazdu, bo jeszcze tu wrócimy, może odkryjemy inne, nieco tradycyjne jego oblicze. Cechą wspólną Szanghaju i Bangkoku jest to, że jest niesamowicie zatłoczony. Z tym, że w Bangkoku chyba łatwiej się przechodziło przez jezdnię. Tutaj to jeden wielki hardcore. O samym przechodzeniu przez wąziutkie pasy można by napisać książkę. Samochody w ogóle nie respektują zielonego światła dla przechodniów, pewnie dlatego w godzinach ruchu przy przejściach są policjanci kierujący ruchem, ale kierowcy ich też raczej nie respektują, tak wiec samochody jadą we wszystkich kierunkach, rowery też, ludzie starają się lawirować między tymi samochodami. Najlepszą metodą jest chyba po prostu zatrzymać się i czekać, aż cię ominą. No i mieć nadzieje, że cię ominą. Z braku ulicznego jedzenia – JADALNEGO – wstyd przyznać, ale wylądowałyśmy w McDonaldzie:))) a potem w KFC, ale tylko kawa i lody. Lodów chińskich nie polecam, pewnie pełno tam bakterii... Ale się poprawie:))) (jeśli chodzi o jedzenie chińskich specjałów). Okazji po prostu było brak:) - następna cecha różniąca Bangkok od Szanghaju – tam na każdym kroku ktoś cos piekł, smażył, jadł na ulicy... Ewa już ma po dziurki w nosie moich porównań i powtarza mi, że jestem w CHINACH a nie w TAJLANDII. Ale, ale, przecież na śniadanie zaszłyśmy do chińskiej piekarni i każda z nas wybrała coś innego, ja rodzaj bułeczki z czymś na wierzchu, dziewczyny bułeczki z czymś w środku. Niestety, sprzedawczyni ani w ząb nie potrafiła nam powiedzieć, co to jest. Po angielsku ani w ząb... Znowu. No cóż...
Moje odparzenie przybrało barwę purpurową, ale najczęściej nie daje o sobie znać, ani nie boli ani nie piecze. Tylko brzydko wygląda. A to i tak dużo. Trudno, zdjęcia będą od pasa w górę:) Powiedziałam, że się poprawię w kwestii jedzenia, wiec śniadanie zjadłam pół europejskie – pół chińskie. Wzięłam 2 pierożki – wyglądem przypominają nasze kluski na parze – też białe i pachną podobnie. Jeden z nadzieniem zielonym – nie mam pojęcia, co to było, a drugi z nadzieniem brązowo – pomarańczowym. Też nie wiem, co to było. Obydwa miały być wegetariańskie, ale śmiem w to wątpić. Dalej serwowano nam mleko sojowe, jakieś makarony, ale to sobie podarowałam na rzecz soku pomarańczowego i tostów. Najadłam się jak bąk. Zupełnie chyba niepotrzebnie, bo w samolocie mamy lunch. No to lecimy do Guilin:))) Cale szczęście, bo Szanghaju mam już dosyć. I chyba każdego wielkiego miasta. Guilin i Yangshuo w sumie to tez miasta, ale ładnie położone i łatwo się stamtąd wyrwać gdzieś choćby na rowerze. Kolejne spostrzeżenie: Chiny wcale nie są tanie. Zastanawiam się, czy starczy mi kasy na resztę dni, jeśli będzie topniała w tak zastraszającym tempie. W każdym razie miedzy bajki można włożyć stwierdzenie, że podróżowanie po Chinach jest tanie. Drogie są i przejazdy, przeloty, nawet noclegi i jedzenie. Może nie tak jak, np. we Francji, ale jak na Azję to i tak dla mnie za drogo... W Tajlandii można było znaleźć jedzenie za 3 – 5 zł, oczywiście na ulicy i z papierowych tacek, ale takie jest najlepsze, podejrzewam, że dobre restauracje w Bangkoku kosztowałyby też majątek, ale przynajmniej miało się wybór. Tutaj tego wyboru nie ma. Jeśli jest jedzenie na ulicy, to typowo dla turystów, więc i ceny turystyczne i jedzenie turystyczne. Brakuje mi knajpek, w których jedzą mieszkańcy, takie odpowiedniki naszych barów mlecznych:) Wtedy można być pewnym, że jedzenie dobre, smaczne (to już kwestia gustu) i tanie. No, ale w końcu zwiedziłyśmy do tej pory jedną część Szanghaju, tą najbardziej nowoczesną. (biję się w piersi za to co napisałam, faktycznie źle wybrałyśmy na nasze pierwsze zetknięcie się z Szanghajem… Nowoczesna dzielnica Pudong i Bund jest zupełnie inna niż reszta Szanghaju – za kilkanaście dni zwiedzimy inne dzielnice z … jedzonkiem wszędzie:) Tak wiec, możliwe, że wszystko jeszcze przed nami. Jak będzie, tak będzie, w każdym razie pasa trzeba zacisnąć. W moim przypadku i to mocno, bo zeszłoroczne gatki ciut się wyciągnęły i malowniczo wiszą mi na tyłku...
Taksówka zamówiona. Chcemy jechać tylko do stacji Maglev, a stamtąd jechać tą szybką kolejką. Tanie to nie jest, ale przeżycie podobno bezcenne:))) Wahałam się trochę, czy nie pojechać metrem, bilet kosztuje tylko 3 yuany (ok. 1,20 zł), ale z metra korzystałyśmy już, a z kolejki jeszcze nie. System metra trochę ciut bardziej skomplikowany niż w Paryżu, przy wejściu nie ma kierunków, tak więc trzeba wejść dopiero na peron i tam zobaczyć – tzn. porównać krzaczki na planie czy przynajmniej są do siebie podobne i mieć nadzieję, że są. Niektóre linie mają podpisy po angielsku. Ale kas biletowych nie uświadczysz. Są tylko automaty. Na szczęście do wszystkich była dość długa kolejka, wiec starałyśmy się podpatrzeć jak działa kupowanie biletów. Nic to nam jednak nie dało. Cale szczęście, że była wersja angielska. Pokazuje się mapka metra. Trzeba wybrać stację docelową, ilość biletów i…gotowe. No i włożyć pieniążki. Pół kolejki nam pomagało, ale podejrzewam, że z życzliwości zaprawionej niecierpliwością i przekonaniem, że jak nam pomogą, to prędzej znikniemy i kolejka pójdzie do przodu, bo trochę tam zamarudziłyśmy...



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Chiny

Informacje o kraju: Chiny
Flaga - Chiny








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms