PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2012-03-15      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Chiny 2011

ocena: 3.13przeczytano 210 razy


20 lipca 2011 r.
Po wylądowaniu okazało się, że ostatni autobus w stronę Yangshuo odjechał piętnaście minut temu, następny dopiero rano. Więc albo nocleg, albo taksówka. Skoro jednak mamy już zarezerwowany hotel... Taksówka. Rozbijamy się jak jakieś burżujki, ale niestety czasem nie ma innego wyjścia. Zapewniam, że to nie z wygody, moje wrodzone skąpstwo – no, może raczej oszczędność dyktowałaby mi raczej autobus za kilkanaście yuanów, niż taksówkę za 350, ale skoro nie ma wyjścia... Wystarczyło wyjść z lotniska a już przyskoczył do nas żwawy Chińczyk i przydzielił nam taksówkę z taksówkarzem, który, UWAGA (to się już chyba robi nudne...) oczywiście nie mówił ani słowa po angielsku. Jakoś mu wytłumaczyłyśmy, że Yangshuo centrum nie bardzo nas interesuje, ma nas dowieźć pod wskazany adres i tyle. Niestety uroczy kierowca nie tylko nie mówił po angielsku, ale na dodatek nie potrafił odczytać NORMALNYCH EUROPEJSKICH liter... Masakra. W końcu do kogoś zadzwonił, chwilę pobulgotał i przekazał mi telefon. Ale do kogo i w jakim celu mam mówić, tego nie wiedziałam. W końcu doszłyśmy do wniosku, że zadzwonił do znajomej, żebym jej podyktowała adres i ona przetłumaczy naszemu „inteligentnemu inaczej” kierowcy. Tak też zrobiłam: przeczytałam, powtórzyłam, przeliterowałam, kobieta powiedziała "ok". Jak ok to ok. Sprawa załatwiona – jedziemy dalej. Po kilku minutach kolejny telefon. Sytuacja się powtarza. Widocznie poprzednia babka powiedziała „ok” mimo, że ok nie było... Rozpoczynam procedurę od początku: czytam, powtarzam, literuję – ok? OK. Za parę minut telefon i… W końcu dojeżdżamy do punktu opłat za autostradę – kierowca każe nam płacić za bilet. Gdybym nie przeczytała gdzieś w przewodniku, że to nagminna procedura, to chyba wyszłabym z siebie. Tak więc byłam przygotowana. Kierowca za to błysnął inteligencją i kazał pokazać kartkę z adresem panience w kasie. Widziałam, jak oczy panienki robią się coraz większe i po chwili zrozumiałam, że nic z tego nie będzie. Na szczęście zwerbowała przechodzącą koleżankę, razem się naradziły, powiedziały cos kierowcy i… JEDZIEMY. Już robi się ciemno mimo, że jest przed 20, mimo to widzimy przed sobą i po obu stronach drogi majaczące we mgle i ciemności szczyty. Już się cieszymy na jutrzejsze krajobrazy. Byle tylko dojechać. Dojeżdżamy do Yangshuo a kierowca... NIE WIE GDZIE JECHAC. Tym razem inteligencją błyskam ja, nie wiem dlaczego tak późno, wyciągam kartkę z adresem hotelu i każę kierowcy zadzwonić do hostelu i niech mu wytłumaczą, gdzie jechać. UDAŁO się w końcu. Parkujemy w wąskiej uliczce, taksówka dalej nie pojedzie, kierowca mówi, że to zaraz za rogiem. Akurat. Zapłacimy, on pojedzie, a hotelu ani widu ani słychu. Zostałyśmy w samochodzie i wysłałyśmy Mariolę na zwiady. Po chwili wróciła i okazało się, że jest. CUDA JEDNAK SIĘ ZDARZAJĄ. Jesteśmy na miejscu. Recepcjonista już na nas czekał. Pewnie nieźle się ubawił rozmawiając z naszym kierowcą. Hotel przyjemny. Pokój duży, czysty, z łazienką.
Czas na odpoczynek.
Wstałyśmy dzisiaj o 7.30, ale zanim się wybrałyśmy, to była już chyba 9. Na dworze duchota nieziemska ale... w końcu Chiny na jakie czekałam: rowery, skutery, wszelkiego rodzaju pojazdy, Chińczyk siedzący na chodniku i obierający fasolę, uliczne targi, sprzedawcy żywych ryb, olbrzymich warzyw (oni chyba mają tu jakieś mutanty...). Pospacerowałam trochę czekając na dziewczyny, a potem poszłyśmy kupić bilety do Pekinu. I tutaj pojawił się pierwszy, poważny problem. Miejsc śpiących, obojętnie czy twardych czy miękkich – brak. Poza tym, panienka oczywiście no english, zaczyna mnie to powoli wkurzać. Niech się w końcu zaczną uczyć, skoro mają tylu turystów! Panienka wyciągnęła rozpiskę angielsko – chińską - z dniami tygodnia, rodzajem pociągów, informacją "jest" - "nie ma" - datami i...tyle. Wszystkie inne informacje, które nie mieściły się w ramy "ściągi" były nie do uzyskania (i nie do zrozumienia przez znudzoną recepcjonistkę). Jakoś tam ruszyła mózgiem i w końcu udało nam się kupić 3 bilety na miejsca siedzące. Wyobraźcie sobie 30 godzin na twardych krzesłach.... Ja tam nie jadę... Innego wyjścia jednak nie było. Alternatywą był samolot, ale dosyć drogi, około 800 zł, a tego nasze kieszenie raczej by nie wytrzymały... Tak więc zostałyśmy (nie) szczęśliwymi posiadaczkami biletów na twarde miejsca siedzące w pociągu do Pekinu:) Dodam, że podróż trwa 30 godzin. Wracając zahaczyłyśmy o targ. Tego nam było trzeba: lokalny koloryt – sprzedawcy - dokładnie wszystkiego: warzyw wszelkiej maści i ogromnej wielkości, drobiu żywego i trochę mniej żywego, mięsa – zastanawiam się, jak się to mięso konserwuje w tym upale. Bo sprzedawane jest bezpośrednio z drewnianych stolików: z tyłu jedna osoba dzieli zwierzaczka na kawałki, a druga układa kawałki na stole... Nie wiem, czy zamówię jeszcze kiedykolwiek coś z mięsem...
W czasie spaceru zgłodniałyśmy, więc zawinęłyśmy do malej chińskiej garkuchni w bocznej uliczce. Po wielu pertraktacjach, pani pozwoliła nam sobie nawrzucać do miseczki, czego chcemy, do tego jajko smażone, oczywiście i ryż w kociołku podany osobno. Nabrałam sobie warzyw, tofu i... usmażone było nadspodziewanie smaczne, porcja jednak zbyt duża i za gorąco na jedzenie. Pani poczęstowała nas gratis herbatą, ale co to było to nie mam pojęcia, smakowało jak rozcieńczone wodą mleko sojowe. W smaku dosyć przyjemne.
Yangshuo to urokliwe miejsce trzeba przyznać. Jego nazwa oznacza Jasny Księżyc. Leży w okolicach najpiękniejszych okolic krasowych w Chinach. Wzgórza rzeczywiście przepiękne, nawet oglądane z miasta. Myślę, że jutro, w czasie wycieczki rowerowej zrobi się ciekawiej. Dzisiaj tylko mały przedsmak tego, co nas czeka:) Opuściłyśmy centrum i poszłyśmy ścieżką wzdłuż wzgórz, wszystko byłoby pięknie, gdyby nie upał. Lało się z nas niesamowicie. Po kilku kilometrach zaczepiłyśmy rikszarza, z zapytaniem ile weźmie z powrotem do centrum Yangshuo. A uszłyśmy już dobre parę kilometrów. Oczywiście, nie dogadałyśmy się, więc machnęłyśmy ręką i dziewczyny poszły dalej, ja postanowiłam zaczekać na nie w przyjemnym chłodku i uzupełnić zapiski. Przygotowałam się na co najmniej godzinkę czekania, a tymczasem po niecałym kwadransie dziewczyny... podjechały z naszym kolegą rikszarzem:) okazało się, że facet jechał sobie za nimi cały czas oferując swoje usługi, więc babki skapitulowały. I dobrze. Wziął 15 yuanów, a za 15 minut byłyśmy na miejscu. Zajechałyśmy do centrum i... znowu sjesta, i... zupka WON – TON:)))

Zupa WON – TON:
Składniki:
5 – 6 szklanek rosołu,
3 cebule dymki posiekane,
1/2 szklanki pieczarek pociętych w kostkę,
2 łyżki sosu sojowego,
30 – 36 pierożków won – ton.
Sposób przygotowania:
Zagotuj rosół, dodaj cebulę dymkę i pieczarki, gotuj 5 min., dodaj sos sojowy, gotuj jeszcze minutę. Przed podaniem dodaj won-tony żeby się podgrzały. Przelej do talerzy, do każdego wkładając po 6 won-tonów.


A co to są WON – TONY, proszę sobie znaleźć, bo ja już nie widzę na oczy:)))))



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Chiny

Informacje o kraju: Chiny
Flaga - Chiny








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms