PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2012-03-15      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Chiny 2011

ocena: 3.13przeczytano 210 razy


21 lipca 2011 r.
Ledwo żyję po rowerze, ale może uda mi się coś jeszcze skrobnąć:)
Tak więc wszystkie przewodniki proponują rejs rzeką Li, nad którą leży Guilin i Yangshuo, zastanawiamy się, czy nie skorzystać z tej propozycji. Wszystko zależy jednak od zasobności portfela. Jeśli portfel pozwoli – to czemu nie? Pozwiedzałyśmy trochę Yangshuo (to jeszcze dzień wczorajszy:))) nocą, znalazłyśmy West Road, odpowiednik Kho San Road w Bangkoku, czyli mekka dla turystów i innych dziwnych ludzi... Tyle, że na KSR co krok coś smakowitego się smażyło, piekło czy gotowało i człowiek z głodu nie umarł, a tutaj... Pamiątki, pamiątki i pierdoły i ... jedynie od czasu do czasu stoisko ze smażonym tofu. Tofu, tofu, TOFU i nic więcej. Nie wiem, czy ci Chińczycy od pewnej godziny jedzą tylko tofu??? W końcu znalazłyśmy małą knajpkę i spróbowałyśmy pierożków z jakimś zielonym nadzieniem i mięsa – bardzo smaczne, zamówiłyśmy 1 porcję, żeby spróbować więcej potraw, na następny rzut poszedł makaron ryżowy na sposób guiliński. Pani nie potrafiła nam wytłumaczyć, co to takiego, stwierdziłyśmy więc, że zaryzykujemy. Na stół wjechała misa z gęstą zupą, białym makaronem, kawałkami marynowanej fasolki i orzeszkami ziemnymi. Składniki niby normalne, ale użyto jakiejś przyprawy, zupa była nie do przełknięcia. Paskudztwo nie do opisania. Cóż, czasem lokalne koloryty niezbyt pachną i smakują... Potem jeszcze zupa cebulowa z jajkiem, ta była dobra, poniżej będzie znaleziony w internecie przepis:) Zapomniałam dodać, że ja taszczę wszędzie ze sobą plastikowy widelec, nie opanowałam jeszcze jedzenia pałeczkami, ale Ewa poczyna sobie całkiem, całkiem... Jako ciekawostkę dodam, że pałeczki są najstarszymi sztućcami świata. Rozpowszechniły się na terenie Chin już około 3.000 roku p.n.e. Pozwalają one wyczuć bogactwo smaków, ponieważ nabiera się nimi pojedyncze składniki (ja ograniczyłam się jedynie do nabijania, tak że moja pałeczka wyglądała jak szaszłyk...)

22 lipca 2011 r.
Dzisiaj wielki dzień, zamierzamy w końcu na dobre wyrwać się z miasta. Naszym celem jest Moon Hill – Księżycowe Wzgórze, które zawdzięcza swoją nazwę wyrwie w skale w kształcie księżyca właśnie. Wypożyczyłyśmy rowery: jeden góral za 20Y, dwa miejskie (różowe(!!) za 15Y i ... ruszamy na podbój okolic Yangshuo:) Przejazd przez główną ulicę w centrum nie był aż taki stresujący, jak myślałam. W każdym razie myśl o przejeździe rowerem przez Yangshuo spędzał mi sen z powiek już wczoraj... Niby wszystko tak jak się tego spodziewamy, auta jeżdżą właściwą stroną drogi, nie tak jak w Tajlandii gdzie ruch jest lewostronny, mamy pasy ruchu, skrzyżowania, światła uliczne, ale to wszystko w ogóle niejest podporządkowane żadnym zasadom ruchu drogowego. Kierowcy skręcając nie ustępują pierwszeństwa pieszym,, można wejść im na maskę i ... nic. Strasznie trąbią na siebie, jadą niejednokrotnie pasem dla ruchu w przeciwną stronę, pomimo podwójnej ciągłej, jeżdżą na czerwonym, żółtym i zielonym dla siebie ( i przechodniów), wszystko kotłuje się na środku ulicy i ... nikt nie ginie:) Trzeba po prostu nie zważać na trąbienie, omijać samochody, motocykle, motorowery i rowery i... liczyć, że Ciebie też ominą:))) Do Moon Hill jest podobno 12 km, ale od pewnego miejsca, my na pewno przejechałyśmy z 16 km w jedną stronę. Zajęło nam to trochę, bo co chwilę zatrzymywałyśmy się na zdjęcia. Po obu stronach drogi są bajeczne wzgórza, rzeczka od czasu do czasu się pojawia – bajka, tyle tylko, że chińskie słońce daje popalić. W końcu dojechałyśmy, kupiłyśmy bilet wstępu (tak, tak, w Chinach WSZYSTKO jest płatne, nawet wstęp na górkę) i ... rozpoczęła się wycieczka na górę. Niby niezbyt wysoko, ale pot lał się strumieniami. Ludzi jeszcze nie było za dużo, więc na szczycie usiadłyśmy sobie na trochę, żeby odpocząć i dać czas naszym twarzom na przybranie mniej czerwonego koloru:) Po chwili zaczęli napływać ludzie, bogatych Amerykanów czy Anglików można poznać po tym, jak sapiąc wchodzą na górę, a za nimi drepcze mała Chinka dźwigająca lodówkę z wodą i wachlująca burżuja jak mu za ciepło. Znalazłyśmy też źródło potwornego hałasu – na początku myślałam, że ktoś robi remont, tnie drewno piłą, albo cokolwiek innego, ale czy to możliwe w każdym parku?!!! Przeszło mi przez myśl, że to cykady, ale nawet te prowansalskie nie darły się tak głośno. W końcu zobaczyłyśmy cykadę, nieżywą niestety, wielkości kurzego jajka. Nie tak płaska i brązowa jak prowansalska, ale kopia muchy. Po prostu gigantyczne muszysko z oczami jak ziarnka grochu (małe ziarenka:))
Postanowiłyśmy przeczekać upał w knajpce, zamówiłyśmy ryż ze smażonymi, sezonowymi warzywami (ale był tylko jeden rodzaj – zielona sałato – szpinak...). Niedobre, mdłe i bez smaku. Za to rodzinka obok zamówiła kurę. Kelnerka przyniosła wagę i... kurę, którą trzymała za łapy, jeszcze opierzoną – pokazała, zważyła, klienci zaaprobowali i... za 15 minut danie wjechało na stół w całości. To znaczy kura w kawałkach, ale ze wszystkim: głowa, dziób, nawet malowniczo sterczały łapki. Zastanawiam się, jak to możliwe, że zdążono ją oskubać, wypatroszyć i upiec... Śmiem wątpić, że to ta sama... Pewnie mają taką jedną i wszystkim pokazują... Poczekałyśmy jeszcze trochę, aż upał zelżeje, ale w sumie to mogłybyśmy czekać do północy i zawsze będzie tak samo... Pojechałyśmy do Longtan village, według przewodnika miała to być zapadła wieś, w której życie nie zmieniło się od setek lat. Gdyby rzeczywiście tak było, to mogło być ciekawe, ale pokazano nam kilka starych domów otoczonych przez nowo budujące się bloki w stylu komunistycznym. Dziwny melanż nowoczesności i... sama nie wiem jak to nazwać, bo tradycji na pewno nie. Porażka totalna. Tymczasem upał tak się rozkręcił, że w drodze powrotnej stawałyśmy co parę kilometrów, żeby się nie przewrócić w pełnym słońcu. Przydały się słomkowe kapelusze (składane), kupione zaraz pierwszego dnia na targu. Ale one chyba są jednorazowe, bo zaczynają się łamać... Zajechałyśmy też do wodnej jaskini, w sumie to nie potrafiłyśmy się zdecydować, bilety były za 68 Y, ale podszedł do nas chiński "konik" i zaproponował bilety za 50 Y. No, to czemu nie. Kupowanie odbyło się dosyć ciekawie, bo facet wziął pieniądze, wszedł do pomieszczenia obok kasy, wziął jakiś świstek i z tym poszedł do normalnej kasy i wrócił z biletami. Czyli przekręt jak najbardziej legalny. Po czym dołączył nas do chińskiej grupy i powiedział nam, że to jest nasz przewodnik i mamy się go trzymać. I grupy też. Pani przewodnik mówiła... bardzo głośno i energicznie, dodatkowo do mikrofonu. Oczywiście po chińsku. Powiedziałam naszemu "konikowi", że to nie może być pani przewodnik, bo ja nie mówię po chińsku, a ona po angielsku. Zgodził się ze mną, ale co do kwestii zmiany grupy – pozostał niewzruszony. Nic to, powędrowałyśmy do jaskini za skośnookimi uczestnikami, w towarzystwie jazgoczącej pani przewodnik. Jaskinia fajna, przepiękne formacje skalne, jedynie podświetlone tak jaskrawymi barwami, że wyglądało to nieco kiczowato. Białe światło wystarczyłoby w zupełności. W pewnym momencie 2 chińskie grupy zmieszały się ze sobą, oczywiście każda ze swoim przewodnikiem, i... żaden przewodnik nie przestawał wrzeszczeć. Po prostu robił swoje, może tylko nieco głośniej... A kiedy doszliśmy do kramików z pamiątkami, dołączyli się jeszcze sprzedawcy zachwalający swoje towary. Oczywiście przez mikrofon. Więc sobie można wyobrazić... Przepłynęliśmy dwa odcinki łódką, a kiedy korytarze jaskiń się skończyły, rozpoczęła się PROCEDURA WYJSCIA – wyjście wskazywane było od chyba kilometra, ale żeby do niego dojść, trzeba było przejść przez niezliczone stoiska z pamiątkami. Innej drogi nie było... No cóż... Kasa, kasa, kasa... Zauważyłam, że podobnie jak Chińczycy dla nas, tak my dla Chińczyków stanowimy tam swego rodzaju atrakcję, gdyż obcokrajowców jest tam naprawdę niewielu. Turystów – jak najbardziej – ale to chińscy turyści albo japońscy. Zdarzyło się, że miałyśmy sesję zdjęciową:))) Po prostu bez żenady cykali nam fotki:) Żeby było tematycznie, w nawiązaniu do dzisiejszej kury... Przepis na...

Kurczak na ostro:
Składniki:
1 cała pierś kurczaka (ok. 250 gramów),
1 cebulka dymka pocięta w 3 cm kawałki,
3 papryczki chili posiekane,
3 łyżki oleju do smażenia,
Marynata:
1 cm korzenia imbiru,
1 łyżka wina ryżowego,
2 łyżki sosu sojowego,
Sos:
0.5 szklanki bulionu,
2 łyżki octu winnego,
1 łyżka sosu sojowego,
1 łyżka cukru,
0.5 łyżeczki soli,
1 łyżeczka zmielonego anyżu lub przyprawy "5 smaków",
1 łyżka mąki kukurydzianej,
Sposób przygotowania:
Pociąć kurczaka w 1,5 cm kostkę. Wymieszać składniki marynaty i marynować mięso 20 minut. Wymieszać składniki sosu. W woku rozgrzać 2 łyżki oleju. Smażyć kurczaka mieszając, aż zmieni kolor (ok. 1 -1,5 min). Wyjąć na talerz. Rozgrzać w woku 1 łyżkę oleju, przesmażyć chili i dymkę kilkanaście sekund, dodać kurczaka, smażyć mieszając 30 sekund. Wlać sos, dobrze wymieszać, gotować chwilę, aż sos zgęstnieje. Danie gotowe.




strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Chiny

Informacje o kraju: Chiny
Flaga - Chiny








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms