PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2012-03-15      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Chiny 2011

ocena: 3.13przeczytano 210 razy


24 lipca 2011 r.
Chyba się powtórzyłam w jakimś mailu, jak mam czas to piszę na zapas i zapisuję w roboczych, potem wklejam do tego, co już piszę. Trudno, najwyżej sobie poczytacie 2 razy.
Dzisiaj rejs po rzece Li w planach:). Co prawda nasz szef powiedział, że lepiej w weekend się tam nie wybierać, bo bywa "busy" – rzeka oczywiście – ale co tam. Pojedziemy zanim rzekę otworzą:))). Zbiórka przed hostelem o 6.30. Nasz szef odprowadził nas na stację i wsadził do odpowiedniego autobusu, nie wiem tylko po co, przecież same sobie dałybyśmy świetnie radę:))). Wcześniej zadzwonił i zabukował nam łódkę, podobno tylko dla nas. Bilet do Yangdi kosztował nas 9,5 Y – godzinka drogi. Ponieważ to był lokalny środek lokomocji, byłyśmy jedynymi przedstawicielkami rasy białej i oczywiście przedmiotem zainteresowania całego autobusu. No, prawie całego:). Zbieracz opłaty za przejazd nie za bardzo wiedział, jak nas sklasyfikować, myślał, że jesteśmy z zorganizowaną grupą Chińczyków, ci widocznie się do nas nie przyznali, jednak pieniędzy od nas nie wziął. Ignorował nas totalnie. Współpasażer wytłumaczył mu, że widocznie ktoś za nas już zapłacił. Tak powiedział zbieracz po kilku telefonach. A na koniec... przyszedł do nas i pobrał normalną opłatę, jak od reszty pasażerów. I po co sobie komplikować życie?
Nad rzekę Li przyjechaliśmy wcześnie, przed 8, ale tłumy Chińczyków już powoli napływały, aczkolwiek rzeka jeszcze była pustawa. Z autobusu odebrał nas jakiś Chińczyk, przekazał innemu taszczącemu trzy butelki po coli benzyny i... ruszyłyśmy, a raczej spłynęłyśmy:). Sam rejs nie trwał zbyt długo, niewiele ponad godzinę, ale widoki były fantastyczne, a przyjemny chłodek jeszcze bardziej. Widziałyśmy nawet woły wodne, co prawda odwróciły się do nas zadkami, ale mamy zdjęcia przynajmniej zadków. Przepłynęłyśmy obok znanego (Chińczykom) widoczku, który utrwalony jest na 20Y. Podobny, nie powiem:)). Kiedy wyszłyśmy na brzeg, rzeka wyglądała już jak autostrada i podobnie było na niej głośno. Chwała Panie, że nie przyjechałyśmy teraz. To byłby chyba slalom gigant.
A na brzegu sprzedawcy rybek, krabów, wszystkiego, co pływa, pełza i można zjeść – smażonego w cieście na głębokim tłuszczu:) i niesamowita ilość ludzi. Wszędzie pełno turystów, ale chińskich turystów. Znowu jesteśmy atrakcją, Chińczycy z ukrycia cykają nam zdjęcia, chichocząc się przy tym, co niemiara, albo otwarcie proszą o zrobienie sobie z nimi zdjęcia. Nie protestujemy, bo w gruncie rzeczy robimy dokładnie to samo:). Widać jednak, że ludzie tutaj są mniej przyzwyczajeni do turystów, bo często się za nami odwracają i zaczepiają. Oczywiście, nie mówię o sprzedawcach, dla których turyści to chleb powszedni: dosłownie i w przenośni.
Ledwo dochodziłyśmy do dworca autobusowego i nie zdążyłyśmy się nawet rozejrzeć, który autobus jedzie do Yangshuo, gdy kierowca jednego z nich, który już wyjeżdżał z dworca, dawał nam znaki, że mamy wsiąść. My na to, że nie jedziemy do Guilin tylko Yangshuo, ale odpowiedział, że przejeżdża przez, i mamy wsiadać. Na to doskoczyły babki, dosłownie wrzeszcząc, że on na pewno nie jedzie do Yangshuo, mamy nie wsiadać, one nam pokażą prawidłowy... Zawahałyśmy się tylko chwilę, ale ta chwila wystarczyła, żeby doskoczyły i inne, i oczywiście każda zachwalała swój autobus, JEDYNY, który jedzie na pewno do Yangshuo:). Jedna babka, to nawet mnie chwyciła za ramię i zaczęła ciągnąć w niewiadomą stronę. Rozpoczęła się regularna pyskówka między babkami, babkami a kierowcą, nami a babkami. W końcu wrzasnęłam na nie po polsku i się ciut wystraszyły. Ryzyk –fizyk schroniłyśmy się w autobusie, którego kierowca był pierwszy:). Autobus przyjechał do Yangshuo:))) Dziwny ten naród... Dziewczyny poszły się zdrzemnąć, a ja jeszcze trochę pokręciłam się po mieście i w końcu udało mi się sfotografować dziecko w "roboczym" ubranku. Otóż tutaj, do pewnego wieku, zanim dziecko nie nauczy się korzystać z toalety, nie zakłada mu się pieluszek, ale ubranie z dziurą w odpowiednim miejscu. To może być tylko połowa ubrania z przodu, z tylu zawiązywana na tasiemki. To mogą być spodenki bez wewnętrznej strony. W każdym razie, wygląda to śmiesznie. Pewnie jest praktyczne: mama idzie na spacer, dziecko sobie siusia czy wali kupę nawet bez zatrzymywania się. Rozumiem na powietrzu, ale widziałyśmy tak ubrane dzieci również na lotnisku. Co się dzieje, jak taki smyk uwali kupę na środku poczekalni? Chciałabym to zobaczyć. Większe dzieci wysadzane są po prostu do studzienek ściekowych, a jeśli takiej nie ma w pobliżu, to tam gdzie mu się zachce. Choćby na środku ulicy:))
Skoro dzisiaj była rzeka, to przepis tematyczny na cos pływającego:)))

Filet rybny w cieście ze szpinakiem.
Składniki:
500 gramów filetu z soli lub halibuta (lub dowolny filet), pociętego w 1,5 cm kostkę,
2 szklanki świeżego szpinaku – bez łodyżek i pociętego w cienkie paski,
olej.
Marynata:
1 łyżeczka soli,
2 łyżeczki sherry,
szczypta białego pieprzu.
Ciasto:
0,5 szklanki mąki pszennej,
0,5 szklanki mąki kukurydzianej,
2 łyżeczki proszku do pieczenia,
0,25 łyżeczki soli,
2/3 szklanki wody.
Sposób przygotowania:
Połączyć składniki marynaty i wymieszać z rybą. Wstawić na 1 godzinę do lodówki. Na głębokim oleju (bardzo gorący – ok. 350°C) smażyć szpinak, aż będzie ciemno zielony i chrupiący. Wyjąć i osączyć z tłuszczu. Połączyć składniki ciasta i mieszać, aż powstanie jednolita, rzadka masa. Przed samym smażeniem ryby, dodać do ciasta szpinak i dobrze wymieszać. Wymaczać rybę w cieście i smażyć, aż stanie się lekko brązowa. Podawać natychmiast:)




strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Chiny

Informacje o kraju: Chiny
Flaga - Chiny








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms