PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Azja data dodania: 2012-03-15      
autor: kraka, Katarzyna Krawiec

Chiny 2011

ocena: 3.13przeczytano 210 razy


27 lipca 2011 r.
dzisiaj dzień błogiego lenistwa, przynajmniej do południa. Potem zrobimy jakieś zakupy żywieniowe, bo jedzenie w pociągu podobno jest drogie i niesmaczne i... jedziemy do Pekinu:) Będę szczęśliwa, jak już dojedziemy, bo podróż póki co przez blisko 30 godzin mnie przeraża... Wilgotność powietrza jest tu tak wielka, że właściwie wszystkie nasze ubrania mamy lekko wilgotne, włosy już po pół godzinie od umycia, jeśli oczywiście jakimś cudem uda im się wyschnąć – wyglądają jakby były w ogóle nie myte... Wczoraj zostawiłam tabletki witaminowe do rozpuszczania na chusteczce higienicznej... Jak wróciłam, to były kompletnie rozpuszczone, tzn. rozlane:).
Poszłyśmy dzisiaj na typowo chińskie śniadanie, czyli... makaron ryżowy:). Wybrałyśmy inną knajpkę niż zawsze, taką, gdzie Chińczycy wtryniają swoje śniadanka:). Zaobserwowałyśmy, że pani przy wejściu trzyma kasę, płaci się u niej, dostaje się numerek i z numerkiem do kuchni. Oczywiście z menu nic nie zrozumiałyśmy, a pani przy kasie nas też nie zrozumiała, więc wskazałyśmy na chybił trafił pozycję z 5 Y i ryzyk fizyk, zobaczymy, co dostaniemy:). Oddałyśmy w kuchni numerek i za chwilę wylądowały przed nami 2 miski ryżowego makaronu, pani polała jednym sosem, polała drugim, dodała mięsa pokrojonego na cieniutkie plasterki (kurczak na pewno to nie był, bo ciemne dosyć, chyba że się zesechł...), posypała orzeszkami i potem to już my mogłyśmy sobie dodać czego dusza zapragnie (a żołądek strawi...). Dodałam jedynie jakiegoś zielonego szczypiorku i trochę czerwonej pasty, ale była tak okropnie ostra, że wszystko wyjęłam. Zainfekowała mi jednak ta przyprawa całe danie, bo paliło już do końca... Kiszonej czy marynowanej fasolki szparagowej jakoś nie mogłam przełknąć ostatnim razem, więc sobie podarowałam... Nie powiem, smaczne było, ale jak dla mnie zbyt ciężkie na śniadanie w upalny i duszny dzień.
Po śniadaniu pojechałyśmy do Guilin, gdzie miałyśmy nasz hardcorowy pociąg do Pekinu:). Co prawda pojechałyśmy tam już o 13, a pociąg był o 19, ale czytałam, że często dzieją się na dworcach kolejowych dantejskie sceny i trzeba być wcześniej. Rzeczywiście, kiedy dotarłyśmy na stację, przed wejściem na dworzec główny stała już kolejka. Na halę dworca głównego można wejść tylko za okazaniem biletu, więc nie ma się co przejmować, że będą tam krążyć jacyś bezdomni i nieproszeni goście. Jednak podróżujących Chińczyków z biletem było tak dużo, że nam to i tak nie zrobiło różnicy... Trzeba było okazać bagaż, oddać bagaż do kontroli, dać się przejechać wykrywaczem ładunków wybuchowych i... dopiero jesteśmy za drzwiami dworca:)). Wszystko przed nami. Poszłyśmy do poczekalni, ale czasu jednak było zbyt dużo na siedzenie, tym bardziej, że przed nami 30 godzin takiego siedzenia. Poszłyśmy więc na miasto, ale chodzenie w tym upale też się mijało z celem, więc pokosztowałyśmy jeszcze miejscowych specjałów (tym razem bułka na parze nie miała mięsnego nadzienia, tylko jakieś takie... taro chyba. Albo pastę z fasoli. Oni wszędzie to tam dodają, mączne i bez smaku. Nawet z cukrem to po prostu słodkie i bez smaku. O 17 byłyśmy już z powrotem w poczekalni, na peron też wyjść nie można, wpuszczają jakiś czas przed odejściem pociągu. A jak to wygląda, przekonałyśmy się, kiedy wpuszczali podróżnych do Xian – najpierw się utworzył tłum przed wejściem, a potem już przepychanka i kto pierwszy ten lepszy. Ufffffff, co nas czeka...
Poczekalnia podzielona jest na podłużne sektory, wg typu pociągu, każdy pociąg ma przydzielone kilka rzędów, usiadłyśmy więc sobie przy K22 i... pozostało tylko czekać. Już o 18.30 ludzie wstali z miejsc i zaczęli się ustawiać przy bramkach. Cóż, oni wiedzą lepiej, więc wstałyśmy i my, i ustawiłyśmy się między wrzeszczącymi ludźmi. Każdy, oprócz bagażu taszczył ze sobą ogromne plastikowe torby z chińskimi zupkami – nie takie jak nasze, tylko dość pokaźnej wielkości kubełki – gotowe do zalania wrzątkiem + widelec. Ja już od samego patrzenia mam chińskich zupek dosyć. Około 18.45 bramki otworzono i tłum fruuuuuuuuuuu do przodu. No to my również FRUUUUUUUUU do przodu i biegiem szukać swojego przedziału. Nic to, że miałyśmy miejscówki. Podobno z nimi jest tak krucho, że żaden szanujący się Chińczyk ich nie respektuje i nawet jak jej nie ma, to siada gdzie jest wolne. I podobno wołami nie ruszysz. No to biegiem do wagonu, kłusem przez cały przedział i.... JEST – mamy upragnione miejsca – zgodnie z biletem:)). Wagon z "hard seatami" okazał się wcale nie tak zły, jak myślałyśmy, żadnych drewnianych ławek, normalny przedział, z normalnymi siedzeniami, podobny do polskiego, zwykłego pociągu... Tylko NIE NA TAKĄ TRASĘ. Ponadto, gabaryty miejsc i przestrzeni między siedzeniami... dostosowane do gabarytów chińskich, a jak każdy wie, Chińczycy wielkością nie grzeszą... Pełno ludzi... Napływają i napływają, zaczynają się gromadzić między przejściami, w korytarzu, stawiając swoje paczki, jedzono. Do toalety chyba przefruniemy.... Ratunku... O tym, żeby na chwilę wstać po to, by rozprostować nogi nie ma nawet mowy... Więc... Bierzemy się na sposób i wstajemy z miejsc, stajemy na siedzeniach i... przebieramy nogami co jakiś czas... Wygląda to tak komicznie... jakbyśmy deptały kapustę. Oczywiście jesteśmy już sensacją całego przedziału, a podejrzewam, że i z innych wagonów przeciskają się, żeby nas obejrzeć, a raczej jak sobie radzimy z naszymi długimi kończynami... Na początku nas to bawi, potem obojętnieje, a na końcu zaczyna wkurzać... Z pozycji stojącej mamy przynajmniej okazję podziwiać zatłoczony wagon... Sami azjaci... Ludzie stoją dokładnie wszędzie, niektórzy porozkładali się na gazetach na ziemi i kimają sobie. My siedzimy z bardzo towarzyską panią, która nawija do nas po chińsku bez przerwy i... po prostu NIE DOCIERA do niej, że my nie rozumiemy ANI słowa. Nie wiem jak to jest możliwe, że nie potrafi tego zrozumieć i cały czas nam coś opowiada, potem przedstawia nas innym współpasażerom i każdemu kto jest zainteresowany. Bacznie obserwuje nas i bez żenady na świeżo komentuje z resztą:
a) mamy włosy na rękach, ale nie na nogach:)),
b) zobaczcie jakie ona ma WIELKIE stopy – na obserwację moich stóp wybrała naprawdę zły moment – wiem, że mam wielkie stopy, ale po podróży były tak opuchnięte, że były OGROMNE:)),
c) jakie fajne włosy,
d) jakie mamy wielkie nosy,
itd., itp. Przez całą drogę:)
To pierwsza część, bo mi się czas kończy, spróbuję napisać jeszcze wieczorem.
Pozdrowiona, Kasia
Hej ponownie:)
No więc na czym to ja rano skończyłam... Chyba na naszej współpasażerce z pociągu:) Oczywiście wszyscy Chińczycy bez przerwy jedzą... Biegają w te i we wte ze swoimi kubełkami, aby zalać je wrzątkiem. Automat do wrzątku akurat znajdował się za nami, więc miałyśmy jak w kalejdoskopie nieskończone rzesze głodnych ludzi wędrujących z parującymi kubkami. A że w przejściu siedzieli ludzie, więc to był nie lada wyczyn... Zdarzało się, że czasem pluli na podłogę, ale zaraz rozcierali gluta czubkiem buta, wiec nic nie było znać. Kiedy sobie jednak przypomnę, że chciałam wziąć karimatę i się rozłożyć gdziekolwiek bądź na ziemi, to robi mi się słabo... Śmieci, czy to z orzeszków, czy obierki z owoców, papierki, po prostu rzucają na podłogę. Co jakiś czas biedny konduktor i sprzątacz w jednym, przechodzi i zamiata, ale na nic się to nie zda... A potem – wory śmieci wyrzucają przez okno w szczerym polu:))). Nasz konduktor, w zależności od pełnionej aktualnie funkcji – przywdziewał bądź zdejmował czapkę. Do sprawdzania biletów i wywieszania numeru wagonu (numerek zdejmowany za każdym razem:)) – czapka, do sprzątania śmieci – strój mniej oficjalny:)).
Gdy do końca podróży zostało nam już tylko kilka godzin, myślałam, że nie wytrzymam. Nawet "deptanie" kapusty nic nie dawało, wszystko mnie bolało, plecy, nogi spuchły, spać się chciało. Mariola wyciągnęła rozmówki i... za chwilę cały wagon uczył nas poprawnej wymowy, śmiejąc się mniej lub bardziej otwarcie z naszych oczywistych błędów. Zeszła się nawet obsługa – byłyśmy otoczone wianuszkiem Chińczyków i...czas szybciej zleciał:). A swoją drogą, to strasznie ciekawski ludek:) Przyjechaliśmy przed czasem. Zamiast o 22.38, parę minut po 22 byłyśmy już w Pekinie, który przywitał nas oberwaniem chmury, ale lało nieziemsko i to dosyć długo. Tak więc zamiast autobusu za 1 Y, wzięłyśmy taksówkę za 100 Y, chociaż wg hotelu miała kosztować nie więcej niż 25 Y. Cholerni zdziercy nie chcieli zejść niżej, proponowali nawet ceny do 280 Y, wiedząc, że w ten deszcz i tak złapią naiwniaków. Hotel komfortowy, nowoczesny, czysty. Kwadrans od placu Tienanmen i Zakazanego Miasta, oczywiście na nogach. Pokój dostałyśmy z 10% zniżką, ale nie wiem dlaczego, wzięłyśmy 4 – osobowy, ale 1 łóżko jest wolne, i chyba już nikogo nam nie dokooptują. Czyli zamiast 70 Y od osoby – 63 Y. Jak łączyć to z taksówka, która nas wyszła drożej – wszystko się wyrównuje...:)



strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Chiny

Informacje o kraju: Chiny
Flaga - Chiny








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms