PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 




  Artykuły

kategoria: Podróże>Ameryka Północna data dodania: 2008-01-24      
autor: Dariusz Edward Strzelecki

Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część VI, Bryce, Antilope, Monument Valley, Black Canyon of the Gunnison

ocena: 2.60przeczytano 173 razy


Dzień XVI - park "Bryce"

Utah południowo zachodnie. Przedpołudnie. Miejscowość Cedar City jakieś 70 mil za plecami. 2406 metrów nad poziomem morza. Parkowa informacja turystyczna. Strażnik poleca swoje ulubione ścieżki Parku Narodowego Bryce Canyon. Daleko tu jednak do klasycznego kanionu. Wręcz nie ma go w ogóle.

Na początek najdłuższa piesza trzynastokilometrowa pętla, zwana "Fairlyland Loop Trail". Wyludniony szlak mogący oszołomić najbardziej wymagających poszukiwaczy nieziemskich widoków, kolorów, natchnienia. Przebarwienia tworów natury w rodzaju wieżyczki, sterczyny, mostki, w tym "Tower Bridge", powstałe w naturalnych warunkach okna, "dyskretne" wąwozy, twory ze skał osadowych przypominające ustawionych w rzędach żołnierzy. W oczach ewoluujący fragment planety, gdzie z mistrzowską techniką erozyjna twórczość wiatru, deszczowej wody, lodu i temperaturowych różnic, dały upust swojej fantazji. Czerwone, różowe, pomarańczowe i białe piaskowce, urozmaicone iglastym drzewostanem, łatwo poddają się "niszczycielskiej" działalności, stanowiąc jedno z godnych uwagi miejsc na światowej mapie cudów natury. Czy przypadkiem inspiracje Antoniego Gaudiego, katalońskiego architekta, nie czerpały również stąd, gdzie obrazy przypominają jakby ulane z mokrego piasku budowle? Czy gęsto przylegające i obrobione wzdłuż prostych linii często zawiłe, choć płynne architektoniczne motywy nie występują w twórczości artysty?

Owe motywy w pełnej krasie dopiero otworzą się turyście w kolejnych punktach widokowych rozmieszczonych co kilkaset metrów wzdłuż głównej drogi kończącej się ślepo 20 kilometrów dalej przy najwyżej położonym, dostępnym miejscu "Rainbow Point". Nie przybyć do takich miejsc jak "Bryce Point", czy "Inspiration Point", to nie widzieć tego, co najbardziej szokuje w parku. Oto amfiteatralne przedstawienie setek podobnie uformowanych wieżyczek, zwanych "hoodoo", dochodzących do 60 metrów, na gigantycznym zapadlisku płaskowyżu Paunsaugunt. Amfiteatr "Bryce" o długości 19 kilometrów, szerokości 5 kilometrów i głębokości do 240 metrów. Gra światła, kolorów wyzwalająca na przybyszach emocje, czasem wstrząs. "Do czorta! Cholerne miejsce, gdzie zgubić można krowę!" – jak podobno krzyknąć miał pierwszy biały, mormoński osadnik Ebenezer Bryce, od nazwiska którego cały obszar parku narodowego wziął swoją nazwę. Którego jedno z pozostałych jeszcze zabudowań bystrym okiem wypatrzyć można z tarasu widokowego, gdzieś w dole, pomiędzy szpicami skał, z "Bryce Point". Także dziś zderzenie z przestrzenią, lasem skalnych rzeźb, dziwacznych form i kształtów, każe wydać z siebie krzyk "My God!", czasem niemy, który łatwo wyczytać z zachowania i tępo wlepionych w niecodzienny widok oczu. "Hoodoos". Według Indian Pajutów, zaklęci, za karę zamienieni przez "Wielkiego Kojota" w kamień za złe czyny starożytni ludzie. Jeszcze dziś zdolni rzucić człowieka swą wspaniałością na kolana. Duch ich potęgi rzeczywiście działa.

Z miejsca zwanego "Natural Bridge", jedziemy do "Sunset Point". Tu kończą niepisanym zwyczajem przygodę z "Bryce Canyon" parkowi goście. Punkt widokowy "Zachodzącego Słońca" z jednym z nielicznych zejść w głąb zapadliska, pomiędzy skalne formacje. To tu mistrzowie fotografii gromadzą się w wieczornych godzinach, by uchwycić najlepsze oświetlenie amfiteatru. Rozstawione statywy, najlepszy sprzęt fotografii artystycznej i dyskusje. Na razie nie widać zainteresowania plenerem. Czyżby oczekiwanie na nocną sesję?

Dzień XVII - "Antilope" i "Pomnikowa Dolina"

Z Page nad Jeziorem Powell, to jedynie kilkanaście minut do parkingu w rezerwacie Indian Nawaho. Północ Arizony, Wyżyna Kolorado. Teren zasiedlony przez pierwotnych gospodarzy, największe plemię na kontynencie północnoamerykańskim, któremu jakby z łaski, wydzielono obszary, gdzie rządzi prawo przez nich ustalone. Nawahowie, których język zasłynął jako jeden z nierozpoznanych w szyfrogramach przez wrogów, podczas II wojny światowej, dziś zarabiają na turystach, na swych ziemiach pobierając należności parkingowe oraz opłaty za wyłączny przewóz własnymi środkami transportu i przewodnictwo. W przypadku Navaho Tribal Park - za przejażdżkę do skalnych szczelin, zwanych Lower i Upper Antilope Canyon, od najszybszych zwierząt Ameryki - antylop widłorogich, które tu onegdaj widywano. Paradoksalnie dwu, może trzygodzinna wizyta kosztuje czteroosobową rodzinę więcej, niż całoroczny karnet wstępu do wszystkich parków narodowych, w okresie jednego roku, dla jednego pojazdu, niezależnie od liczby pasażerów! Gospodarze czerpią też zyski z handlu pamiątkami, czy, a może przede wszystkim, z dzierżawy terenów przez wydobywające naturalne bogactwa koncerny.

Starsza Indianka sprzedaje bilety, zacięcie wypytując, czy obecne z rodzicami dziecko spełnia wiekowe kryterium przyznania ulgowej taryfy. Odnotowuje ilość osób z numerami biletów do swojego zeszytu. Wpisuje też kolejność przybywających, oczekujących później w rozsypce pod wiatą na następne terenowe auto, dowożące turystów kilka mil dalej, w głąb pustyni. Porządek musi być. Nasz cel to skalna szczelina, wydrążona w piaskowcu w Górnym Kanionie Antylopy, zwana "The Crack" - "Pęknięcie", bądź z języka autochtonów - "Tse'bighanilini", czyli miejsce, gdzie "woda przeciska się przez skały". Przed sezonem niewielu jeszcze przyjezdnych, ale z rzadka podjeżdżające kolejne "pick-upy", powodują, że po półtoragodzinnym oczekiwaniu tworzy się już spora grupa. W wakacyjnym sezonie podobno czas oczekiwania przy wejściu trwa nawet cały dzień!

W terenowego forda WD4 z siedziskami na otwartej, tak zwanej "pace", wchodzą osoby wywoływane przez indiańską kasjerkę, która dla ułatwienia posługuje się imionami i krajami przybyszów, o które przy sprzedaży "wejściówek" wypytywała. Droga przez wyschnięte koryto okresowej rzeki. Kilkanaście minut jazdy po sypkim, rozgrzanym piasku między równolegle ciągnącymi się z obu stron dwudziestometrowymi wzniesieniami, kończy się przed wejściem do skalnego rozstępu. Na nieziemskie doświadczenie każda grupa oczekuje wsłuchana w głos Indianki, która przybliża genezę powstania słynnego przejścia przez piaskowcową przeszkodę. O deszczach, niejednokrotnie powodziowych wodach, skutecznie drążących gdzie możliwe swoich ujść. Żywiole, który systematycznie wymywa ziarno po ziarnku z miękkich osadowych skał. Tak przez wieki...

Kręty, wąski, korytarz, wiedzie wzdłuż ścian mieniących i przebarwiających się w zależności od ilości "przefiltrowanych" promieni słonecznych. Jak z punktowych reflektorów, snopy światła dochodzą przez szczeliny, którymi w czasie deszczu spływa opad. Teraz uprzytamnia się fenomen tego miejsca. Jakby przeszlifowane, wygładzone, choć niczym morskie fale wzburzone, fantazyjnie barwne, abstrakcyjnie pofałdowane ściany, dające wrażenie przebywania w innym świecie. Wąskie, wysokie wnętrze, niby korkociąg, niby labirynt, wirujący, czarodziejski świat pełen igraszek, magii przenikającego światła i półmroku. Jak w jaskini, z tą różnicą, że tam nawet za dnia często zimno, mokro i ciemno. Sanktuarium iluminacji natury. Raj dla miłośników, niestety bezfleszowej fotografii, gdzie wpadający promień Słońca na zdjęciu wyeksponować można, sypiąc w snop światła, leżący pod stopami piasek. "Kanion Antylopy". Z pewnością dobrze znane fanatykom Britney Spears, która właśnie tutaj nakręciła teledysk "I'm Not a Girl, Not Yet a Woman". W miejscu uświadamiającym piękno świata, uszczęśliwiającym oczy, umysł i ducha.

Granicę pomiędzy Arizoną i Utah przy drodze US 163, stanowi bezkresny obszar Równiny Kolorado, urozmaicony z rzadka skalnymi ostańcami. To słynny Monument Valley, obszar wykreowany przez reżysera filmowego Johna Forda oraz aktorskie role Johna Wayne'a. Setki, może tysiące razy odwiedzany przez producentów filmowych, wideoklipowych, czy fotografów. Księżycowy krajobraz i niczym oceaniczne promy, monumentalne płaskowzgórza z kruchych łupków i piaskowców. Teren, którego gospodarzem są Indianie Navajo, którzy skrzętnie zagrodzili kolczastym drutem naturalne dojścia do górujących w krajobrazie skał. By do nich dotrzeć, trzeba na chwile zapomnieć o wspaniałości miejsca, wyjść z zauroczenia i zderzyć się z brutalną rzeczywistością. Przyziemną opłatą za wjazd. Dalej w dzikim terenie turysta podróżuje najczęściej specjalnie przystosowanymi pojazdami Indian. Można własnym, ale z dużym prawdopodobieństwem uszkodzenia zawieszenia na kamienisto - szutrowej nawierzchni.

Na westernowe symbole można równie przyjemnie popatrzeć z drogi głównej lub tej prowadzącej do wejścia na teren rezerwatu. Tak zwane "The Mittens", czyli "Rękawiczki", charakterystyczne dla widoków tej części Ameryki skały, "Mitchell Mesa", "Gray Whiskers", "Sentinel Mesa", "Big Chef", czy "Stagecoach", widać praktycznie z każdego miejsca. Samotne olbrzymy wśród odcieni morza czerwonego piasku, rachitycznych suchorośli, pomiędzy którymi prosta, asfaltowa droga, która w pejzażu, wydaje się ginącą przed linią widnokręgu nitką. Amerykański Dziki Zachód, definiowany przez przetrwałe, dumnie górujące pomniki natury, niezdobyte przez dawną rzekę, w nurtach której znalazła swój kres większość pierwotnego skalnego terenu. "Pomnikowa Dolina" jest absolutnie zaprzeczeniem tego, co każdy wyobraża sobie definiując jej nazwę. To nie długa, śródgórska rynna. Przeciwnie. Tu w "Valley" krajobraz jest monotonny. Gdyby nie tajemniczość i kolorystyka zachodzącego Słońca, możnaby rzec - posępny, przygnębiający widok. Płasko jak na bezwietrznym morzu, gdzie linia horyzontu zderza się z niebem. Niedbale sklecone przydrożne kramy Indian, ziemianki wśród stepu, zabiedzone, może zapomniane gospodarstwa, na których z rzadka pojawia się człowiek. Od czasu do czasu drogą przejedzie zbłąkana ciężarówka, czy turystyczne auto. Bo mimo wszystko nie zobaczyć symbolicznego "Monument Valley", to jakby nie widzieć Stanów Zjednoczonych. Ale nie daj Boże tu mieszkać! W tym miejscu Ziemi z pewnością lepiej legitymować się statusem wędrowca, niż miejscowego. Bo przyjemnie zabrać do domu trochę czerwonego pustynnego piasku i podziwiać ujarzmionego w szklanym naczyniu, niż stąpać po nim całe życie.

Zachód Słońca, tajemnicza i trudna do ominięcia wzrokiem przydrożna skała "Mexican Hat", potem niezwykłe, wkomponowane w skały miasteczko o tej samej nazwie nad rzeką San Juan, jakby na pożegnanie, dopełniają pełen niezwykłych widoków dzień. "Monument Valley". Podobno chętnie oglądany przez więźniów Alcatraz widok, przed wejściem do celi śmierci...

Dzień XVIII - park "Black Canyon of the Gunnison"

Do parku narodowego "Black Canyon of the Gunnison" w stanie Kolorado, to nieco ponad 122 kilometrów z miejscowości Grand Junction. Wiedzie doń droga numer 50, potem za miasteczkiem Montrose, gdzie zwyczajowo uzupełnia się paliwo w pojazdach, lokalna szosa 347, ślepo kończąca się w najdalszym punkcie parku. Wjechać musimy na ponad 2500 metrów...

Skromne "Visitor Center". Ranger, czyli parkowy strażnik poleca uwadze dwa niewymagające większego wysiłku piesze szlaki: dwumilową pętlę "Oak Fleet Trail" i trasę w kierunku "Tomichi Point". Oba wychodzące od turystycznej informacji, jeden w jedną, drugi w przeciwną stronę nad przepaścią. "Black Canyon of the Gunnison". Wąska szczelina skalna, wydrążona przez wartki nurt meandrującej rzeki Gunnison. Pionowe urwisko, której sprawcą stała się niszcząca energia zawarta w jej nurcie i niesiony przez nią materiał. Tutaj, gdzie spadek rzeki średnio wynosi 8 metrów na odcinku kilometra, nawet metamorficzna, twarda skała jaką jest gnejs, nie była w stanie oprzeć się na przestrzeni wieków stałemu parciu jej wód...

Niegdyś teren nad rzeką zamieszkiwali Indianie Ute. Dziś nie wspominają o tym fakcie nawet parkowe broszury i gazeta. Miejsce wyludnione. Nie ma tłumów. Być może ze względu na brak turystycznej infrastruktury w postaci sklepów z pamiątkami, czy restauracji, do których amerykański klient przywykł. Są w zamian, spokój, cisza, górska zmienność pogody i temperatury, ptactwo, i mulaki charakterystyczne nie tylko dla południowych części przedpola Rocky Mountains. Pomimo mylnych informacji na ten temat, na szlaku spotkać można węże, które teoretycznie znajdować się tu nie powinny, choćby ze względu na chłód nieprzyjazny gadom.

"Black Canyon of the Gunnison" jest parkiem, którego nazwa nawiązuje do czarnej barwy ścian, wywołanej cieniem, bądź półmrokiem, jakie występują w niższych częściach doliny, gdzie promienie słoneczne nie mają szansy dotrzeć. Z kolei nazwa niepozornego cieku wodnego - sprawcy powołania w 1999 roku obszaru o statusie parku narodowego, pochodzi od nazwiska kapitana Johna W. Gunnisona, który prowadził w 1853 roku jedną ze swych ekspedycji w poszukiwaniu najlepszej drogi dla wytyczanego szlaku dla kolei, pomiędzy 38, a 39 równoleżnikiem.

By bezpiecznie dotrzeć w pobliże brzegów rzeki Gunnison i wrócić na brzeg ponad ośmiusetmetrowego urwiska, należy dysponować całym dniem. Żwirowe, wąskie i nieliczne szlaki w dół wąwozu, stanowią wystarczający straszak dla potencjalnych śmiałków. Zatem, zwiedzanie terenu polega najczęściej na odwiedzaniu poszczególnych, wyodrębnionych na mapie punktów, oddalonych względem siebie o kilkaset metrów, określanych przez miejscowych jako "overlooks", "views", bądź "points". I jak w większości parków narodowych USA, w pobliżu godnych zainteresowania miejsc znajdują się zatoki parkingowe, skąd najczęściej amerykański turysta, chcąc nie chcąc musi przejść kilkadziesiąt, czasem kilkaset metrów do solidnie zabezpieczonych miejsc nad czeluścią. Tu na południowej krawędzi nad rzeką, wzrok przykuwa widok na przeciwległy "Painted Wall", stromą ścianę pegmatytową, z charakterystycznymi dla tej skały żyłami.

Dobrze, że "Black Canyon of the Gunnison" jeszcze nie zadeptany, nie przywalony ciężarem przypadkowych turystów. I niech tak już zostanie.
















Ten tekst jest częścią większej całości, którą tworzą kolejne artykuły:
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część I, Chicago
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część II, Canyonlands, Arches
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część III, Canyonlands, Mesa Verde, Petrified Forest
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część IV, Grand Canyon, Las Vegas, Death Valley
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część V, Sequoia, wybrzeże Pacyfiku, Zion
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część VI, Bryce, Antilope, Monument Valley, Black Canyon of the Gunnison
- Dwanaście tysięcy kilometrów w trzy tygodnie... - część VII, Great Sand Dunes, Milwaukee



strona: 1

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


  Mapapowiększ 

  Stany Zjednoczone Ameryki

Informacje o kraju: Stany Zjednoczone Ameryki
Flaga - Stany Zjednoczone Ameryki








© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: blogi z podróży, smspower.pl - darmowa bramka sms