PrzezŚwiat.pl - podróże, wyprawy, relacje, turystyka
 Zobaczyć Maroko i (nie) umrzeć




  Artykuły

kategoria: Podróże>Europa data dodania: 2007-12-01      
autor: lbt,

Camino de Santiago, czyli Droga Świętego Jakuba

ocena: 3.91przeczytano 3787 razy


24.08.2006, czwartek, 10km
Obudziliśmy się o 8.10, a schronisko trzeba było opuścić do 8.30. Szybko się zwinęliśmy i poszliśmy pod katedrę. Usiedliśmy na ławce i wyładowaliśmy wszystko z plecaków. Luizka poszła znaleźć supermarket i zrobić zakupy. Jak już znalazła, to musiała poczekać, aż otworzą. Zjedliśmy pyszne śniadanie, parówki, mleko, serek, sok, patrząc z przerażeniem na grupę pielgrzymów z supportem.
Zwiedzaliśmy pałac Gaudiego, zachwycający. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć. Ogrodnik przycinał lawendę, a Luizka wzięła trochę i cały dzień nam pachniało :). Zwiedziliśmy też katedrę. Przy wychodzeniu z Astorgi zrobiliśmy zakupy.
Za Astorgą dostaliśmy kije pielgrzymie od starszej Hiszpanki. Zostaliśmy pobłogosławieni i ruszyliśmy w dalszą drogę. Kije nie były nam specjalnie potrzebne, droga była raczej płaska. Po około 10 kilometrach doszliśmy do dzisiejszego celu - Santa Cataliny. Ku naszemu zdziwieniu we wsi były 3 schroniska, więc po obejrzeniu wybraliśmy najlepsze. Umyliśmy się, przepraliśmy się i zjedliśmy menu (8,5€), poszliśmy na spacer. Do kolacji chcieliśmy herbatki więc Luizka poszła do baru po wrzątek. Wróciła do pokoju, a za nią wbiegł zdyszany barman i nerwowo zaczął tłumaczyć, że panele, woda 'plum' i musimy uważać. Wieczorkiem musieliśmy jeszcze wyciszyć telefon pewnej Niemki, która go zostawiła i ciągle dzwonił ;).

Astorga, widok z okna schroniska
Astorga, Pałac Biskupi Gaudiego, w tle katedra
Fasada pałacu
Katedra w Astordze
 Santa Catalina de Somoza


25.08.2006, piątek, 27,8km
Wyszliśmy wcześnie rano. Nastawiliśmy budzik na 6, Bartosz nie usłyszał. Wzięliśmy wszystkie nasze rzeczy na korytarz i spakowaliśmy się. Zjedliśmy jeszcze na dole, na korytarzu kanapki i do tego parówki. No i wyruszyliśmy w drogę. Szło nam się od początku całkiem nieźle. Na początku było jeszcze ciepło i szło się „tak normalnie”. Po 11 kilometrach dotarliśmy do Rabanal. Już wtedy czuliśmy się tak sobie (zwłaszcza Luizka). Tam zrobiliśmy sobie przystanek przed sklepem. W sklepie kupiliśmy wszystko co chcieliśmy do jedzenia. Kupiliśmy chleb, masełko, dwa dżemiki, owoce w puszce, pomidora, napój czekoladowy i sok. Jedliśmy przed sklepem. Podczas naszego jedzenia inni pielgrzymi zeszli się do tego samego miasta, też usiedli przed sklepem i też zaczęli jeść tak jak my. Jak zjedliśmy, pogoda się troszkę zepsuła. Było wietrznie, nawet trochę padało. Byliśmy ubrani w bluzy i długie spodnie, nie było jednak aż tak, źle, gdyż postanowiliśmy iśc dalej. Wielkiego wyboru nie mieliśmy, musieliśmy iść do pierwszej wsi, w której jest normalne schronisko, czyli do El Ganso po 17 kilometrach (po drugiej stronie gór). Szło się nam dobrze, nawet bardzo dobrze. Bardzo wiało gdzieniegdzie. Coraz wyżej, coraz zimniej. Droga się zmieniała, momentami było całkiem stromo. Szliśmy w coraz większe góry. Im wyżej wchodziliśmy tym bardziej nam się wszystko podobało i szło się lepiej. Było bardzo pięknie. Szliśmy prawie sami, nikogo nie mijaliśmy i nikt nas nie mijał. Zostawiliśmy za sobą stację radarową, koło której znajduje się najwyżej położony punkt na całym Camino. Doszliśmy do Foncebadon, w którym było schronisko w kościele, później do Manjarin (przezwanego przez nas Mandaryną), gdzie było schronisko bez wody i bez toalety. Wyglądało „tak sobie”, ale jak się później dowiedzieliśmy sporo osób się tam zatrzymało. Doszliśmy do „Cruz de Ferro”, wielkiej góry z krzyżem, gdzie zostawiliśmy swoje kamloty (przywiezione „spod bram domu”, miały symbolizować nasze grzechy), obfotografowaliśmy się. Zrobił nam zdjęcie „pan z wózkiem”, którego wcześniej spotykaliśmy kilka razy na trasie. Potem już się schodziło. Schodziliśmy, schodziliśmy, schodziliśmy, aż doszliśmy do El Ganso (pierwszej wioski), gdzie zatrzymaliśmy się. Miało być kilka schronisk, miało być po 4€, ale znaleźliśmy tylko jedno za 5€, w którym się zatrzymaliśmy. Chcieliśmy płacić kartą za schronisko, pani powiedziała nam, że kartą możemy zapłacić razem z obiadem, a że na razie nie chcieliśmy jeść, musiałem zostawić swój dowód. Weszliśmy do całkiem sporej sali z łóżkami piętrowymi. Tam się rozlokowaliśmy i wykąpaliśmy się (były dwa prysznice, więc trochę musieliśmy poczekać). Postanowiliśmy zjeść menu na imieniny :). Było to największe menu jakie jedliśmy dotychczas. Pierwszy raz dostaliśmy dwa komplety sztućców. Na pierwsze danie zjedliśmy zupkę, nie wiadomo z czego (chyba z fasoli), była bardzo dobra. Później dostaliśmy stek z grilla (z dużego grilla), który zajmował cały talerz (duży talerz), i frytki. Do tego piliśmy wino. Na deser dostaliśmy macedonie. Poszliśmy na taras, z którego był piękny widok na góry. Było dosyć późno, bo dotarliśmy do schroniska koło 19. Później poszliśmy spać. W schronisku było dużo ludzi, których znaliśmy z widzenia. Była ta sama Niemka co w Santa Catalina (z telefonem).


Cruz de Ferro


26.08.2006, sobota, 16km
Wyszliśmy z ElGanso. Cały dzień było gorąco. W Molinaseca było kąpielisko na rzece koło mostu. Kupiliśmy sok w kartonie, dwie nektarynki i ciastko (kapuśniak). Usiedliśmy nad rzeką i wszyscy kolejni pielgrzymi wchodzący do miasta siadali koło nas. Po chwili było pełno. Był Hiszpan z szalikiem, dwie Niemki i para Włochów (wszyscy spod sklepu w Rabanal). Woda była lodowata, niektórzy się kąpali, ale my tylko zanurzyliśmy się do kolan. Po drodze wyprzedziliśmy Włochów i w końcu doszliśmy do Ponferrady. Wejście było bardzo męczące, upał i beton. Gdy doszliśmy do centrum, spytaliśmy parę pielgrzymów z Mulatką, gdzie jest schronisko. Schronisko jest jedno, wielkie i donativo! Rozpakowaliśmy się i poszliśmy się umyć. Potem byliśmy na zakupach w supermarkecie, był drogi, ale znaleźliśmy sporo tanich rzeczy. Kupiliśmy składniki na obiad i prowiant na niedzielę. W schronisku ugotowaliśmy obiad – spaghetti bolognese i marchewka. Gdy wróciliśmy do pokoju, okazało się, że są tam z nami Hiszpanie, którzy spali koło nas w El Ganso.
Wybraliśmy się do zamku. Weszliśmy do środka (bilet normalny 2,5€, z kartę euro26 - 1,25€). Zamek bardzo nam się podobał, choć było w nim sporo maszyn (odnawiają). Gdy wchodziliśmy do schroniska zaczepił nas pan głośnym „Polacy?”. Okazało się, że to dwóch jezuitów z Krakowa, pierwsi spotkani rodacy na naszym Camino :). Porozmawialiśmy chwilę i poszliśmy do pokoju z zamiarem wrócenia i zjedzenia razem kolacji. Po zobaczeniu wielkiej kolejki przy kuchence zrezygnowaliśmy z herbaty na rzecz gorącej czekolady z automatu. Stojąc przy nim zauważyliśmy, że w koszu lądują dwa opakowania po Gorącym Kubku Knorr. Wtedy Bartosz zapytał na głos „Czy tu jest ktoś z Polski?”. Na to odpowiedziała nam dziewczyna. Pochodzi z Krakowa i ma męża Anglika. Ucieszyliśmy się bardzo, choć nie mało ponownie się zdziwiliśmy. Potem przysiedliśmy się do dwóch Jezuitów, poczęstowali nas melonem, a my się odwdzięczyliśmy babeczkami z supermarketu. Melon jedliśmy po raz pierwszy i bardzo nam smakował. Po tym, zmęczeni poszliśmy spać.


  Zamek w Ponferradzie
Ponferrada




strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

oceń artykuł:


skomentuj artykuł:

twoje imię: Zaloguj się
twój komentarz:


komentarze do artykułu:


2. 2011-03-12 21:16:37
gość:
piękne zdjęcia ,bardzo fajne opisy ,też wybieram się w tym roku na camino ale rowerem , dlatego poszukuję relacji ludzi którzy właśnie w ten sposób odbyli swoją pielgrzymkę--wszystkie info w tej kwestii są dla mnie drogocenne pozdrawiam życzę następnych udanych wypraw


1. 2010-11-28 10:51:07
gość: gertruda
ia tesz bym chciala isc ,ale moja rodzina powiedzjala ze musze jsc do psychiatry .CHcialam bym zapytac czy moge sie wybrac w ta droge w styczniu to dlamnie wazne .Slyszalam ze potszebna jest paszport pielgrzyma ,


  Mapapowiększ 

  Hiszpania

Informacje o kraju: Hiszpania
Flaga - Hiszpania



KONKURS NA RELACJĘ Z PODRÓŻY






© przezswiat.pl

zaprzyjaźnione strony: bramkasms.com.pl - darmowa bramka smssmspower.pl - darmowa bramka sms, doładowania, logo dzwonki