| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2007-12-01
|
|
autor: lbt, |
Camino de Santiago, czyli Droga Świętego Jakuba |
|
| ocena: 3.91 | przeczytano 3787 razy |
27.08.2006, niedziela, 22km
Wyszliśmy późno, znów po godzinie, w której trzeba opuścić schronisko. Bardzo długo wychodziliśmy z Ponferrady. Wypłaciliśmy pieniądze z
bankomatu. Po wyjściu z miasta spotkaliśmy znajomą ekipę - Kalesona z piłką (ksywa od gustownych kalesonów, w których widzieliśmy go w
Molinasece), mulatko-parę i naszych dzisiejszych współspaczy. Kaleson zachowywał się dziwnie, cały czas kopał piłkę, krzyczał w przestrzeń i
szczekał na spotykane psy. We wszystkich mijanych kościołach sprawdzaliśmy godziny mszy, ale w żadnym nie było mszy w niedługim czasie.
Robiliśmy tez dużo przystanków. W ten sposób Kaleson oddalił się od nas, a okoliczni mieszkańcy znów zaczęli uśmiechać się do pielgrzymów ;)
Spokój nie trwał długo, bo oni zatrzymali się w barze i ich dogoniliśmy.
W końcu znaleźliśmy kościół z mszą i zostaliśmy na niej. Była bardzo nowoczesna dzwonnica - zamiast dzwonów, dwie wielkie tuby, przez które
puszczali muzykę. Podczas wychodzenia z tej wsi mieliśmy 3 lub 4 przystanki - przy automacie z lodami, przy fontannie...
Szliśmy, szliśmy, aż weszliśmy w ogromne pola winogron. Objedliśmy się bardzo, najsłodszymi na świecie winogronami. Miało być 4km do
Villafranca, ale było dużo więcej, nie wiadomo ile.
W Villafrance mieliśmy iść do zachwalanego schroniska AveFenix, które miało być donativo. W recepcji okazało się, że kosztuje 6€.
Musieliśmy mieć bardzo niewyraźne miny, bo pani spuściła nam na 3€. Tak, czy inaczej byliśmy bardzo niezadowoleni. Schronisko brzydkie i
zaniedbane nawet jak na 3€. Kabiny w ubikacji zamykane na worek z supermarketu (!), a łóżka piętrowe tak klaustrofobiczne, ze w nocy
przenieśliśmy się na materace.
28.08.2006, poniedziałek, 12km
Rano obudziliśmy się o 8. Szybko wynieśliśmy się z obrzydłego schroniska i poszliśmy do miasta. Zaczepił nas tam Pan, który mówił nam, że mamy
iść w drugą stronę niż prowadzą strzałki. Niewiele rozumieliśmy, więc poszliśmy za nim. Trafiliśmy na rynek, gdzie usiedliśmy na ławce i
zjedliśmy śniadanko. Wypłaciliśmy pieniądze z bankomatu i zrobiliśmy zakupy w supermarkecie. Później zapytaliśmy miejscowych o pocztę i
poszliśmy tam nadać paczkę do domu (mapki, ulotki i 4 ogromne szyszki znalezione przed El Ganso). Paczka ważyła 990g i zapłaciliśmy za nią
12€ razem z kartonem (bardzo ładnym). Przy wychodzeniu z Villafranca, która nie przypadła nam do gustu, kupiliśmy loda i puszkę coli. Droga
była długa i brzydka, wzdłóż szosy. Postanowiliśmy zatrzymać się w Trabadelo w schronisku. Bardzo ładne, ale za 6€. Umyliśmy się,
oporządziliśmy i poszliśmy do sklepu. Trzeba było zadzwonić dzwonkiem, żeby zeszła pani otworzyć. Kupiliśmy ‘porka’ w sosie na obiad, dżemiki,
małe masło, sok. Zapłaciliśmy 5€.
Po powrocie zrobiliśmy obiad - puszka, groszek i makaron. Bardzo nam smakował.
Później zrobiliśmy pranie, napisaliśmy smski do domu (jest tu darmowy Internet, ale strasznie powolny – przez satelitę).
Teraz leżymy za schroniskiem na huśtawkach i zjeżdżalni, jemy zbierane po drodze owoce, pijemy sok i robimy notatki. Zażywamy kąpieli w
hiszpańskim słońcu.
Jutro planujemy wstać bardzo wcześnie i dojść do O'Cebreiro.
29.08.2006, wtorek, 18,1km
Obudziliśmy się o 6. Po spakowaniu i śniadanku wyszliśmy o 7,30. Na początku szliśmy wzdłuż drogi, ale bardzo dobrze, bo było chłodno.
Przeszliśmy jedną wieś, drugą, trzecią, czwartą. Po drodze widzieliśmy muło-osła i na wzgórzu bardzo ładny zamek. W Hospital zrobiliśmy
przystanek na jedzenie, napełniliśmy butelkę wodą i ruszyliśmy pod górę. Najpierw szliśmy lasem, strome, trudne podejście, ale przyjemne. Na dół
ścieżką szły krowy, musieliśmy zejść z drogi i je przepuścić (ścieżka była wąska).
W La Faba zrobiliśmy zakupy z obwoźnego sklepu - sok i 2 nektarynki (1,60€). Gdy siedzieliśmy koło wodopoju przyszedł człowiek z napisem
'Kraków' na koszulce. Zapytałem 'Polak?', a on odpowiedział 'Nie', po polsku. Okazało się, ze to Anglik, który ma pochodzenie i czuje się
Irlandczykiem. Co lepsze, robił 'volontary works' w Pniewach w Polsce, a ostatnie pół roku uczył angielskiego w Krakowie.
Później szło się łąkami, już bardzo wysoko. Widoki były. Minęliśmy jeszcze jedną osadę i w końcu doszliśmy do O'Cebreiro. Pierwsze, co
zobaczyliśmy to wycieczka Japończyków. Później tylko sklepy z pamiątkami i tłumy turystów z kamerami... Gdzieś za drzewami znaleźliśmy słynną
chatynkę, tę, o której czytaliśmy i widzieliśmy na wielu zdjęciach. Zrobiliśmy zdjęcie i poszliśmy szukać schroniska. Nie tak to sobie
wyobrażaliśmy...
Znaleźliśmy bardzo duże schronisko, ale nie było żadnego hospitalero. Sami znaleźliśmy łóżka i rozłożyliśmy się. Na łóżku obok leżał
znajomy irlandczyko-anglik. Umyliśmy się, a on się zwinął (podobno miał iść jeszcze dziś dalej). Poszliśmy po jedzenie. I tu problem, w całej
wsi jest tylko 1 sklep z pożywieniem (milion z pamiątkami), w nim bieda. Nie było nawet pana :( zdecydowaliśmy, że pójdziemy dziś na menu. W
jednym barze powiedzieli nam, że dopiero o 6... Zmartwieni i coraz bardziej głodni poszliśmy do drugiego. Tam przy stoliku zastaliśmy naszego
przyjaciela Irlandczyka, który od progu kiwał głową, że nie. Powiedział 'mozie lepiej gdzie indziej'. Powiedział, że jedzenie nieświeże i nie
jest zadowolony, wiec poszliśmy do albergue. Zapytaliśmy jedzących w kuchni pana Amerykanów (chyba), gdzie go kupili. Oni na to pytanie,
chcieli nam oddać resztę swojego obiadu i bułkę. Wzięliśmy pana z serem i schowaliśmy na śniadanie. Zbliżała się 6, wiec poszliśmy do
baru, usiedliśmy przy stoliczku. Przyszła kelnerka i powiedziała 'seeveen' pokazując przy tym 3 palce na jednej ręce i 4 na drugiej. Na pytanie
'what seven' policzyła swoje palce... Wyszliśmy... W albergue, z burczącymi brzuchami czekamy na seven...
W końcu zjedliśmy kolację. Była zupa galicyjska (w Poznaniu w restauracji hiszpańskiej była dużo lepsza ;)), chop z porka z frytkami (bardzo
dobre), pieczywko, wino (duża butelka) i na deser ser z miodem(!). Kelnerka była bardzo nieuprzejma, a my zjedliśmy wszystko do ostatniego
okruszka.
Chcieliśmy iść na mszę na 20 (miał być ksiądz showman), ale tuż przed 20, jak zaszliśmy, msza już trwała, a ksiądz na rozrywkowego nie wyglądał.
Wzięliśmy sello, bardzo ładne i nabyliśmy pocztówkę.
Jak już byliśmy w schronisku poznany w La Faba Anglik wpadł do nas do pokoju z jakąś dziewczyną. Okazało się, że to Warszawianka, Agnieszka
przebywająca Camino na rowerze. Bardzo miło się rozmawiało. Potem poszliśmy spać.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 2. | 2011-03-12 21:16:37 | gość:
| piękne zdjęcia ,bardzo fajne opisy ,też wybieram się w tym roku na camino ale rowerem , dlatego poszukuję relacji ludzi którzy właśnie w ten sposób odbyli swoją pielgrzymkę--wszystkie info w tej kwestii są dla mnie drogocenne pozdrawiam życzę następnych udanych wypraw
|
| | 1. | 2010-11-28 10:51:07 | gość: gertruda
| ia tesz bym chciala isc ,ale moja rodzina powiedzjala ze musze jsc do psychiatry .CHcialam bym zapytac czy moge sie wybrac w ta droge w styczniu to dlamnie wazne .Slyszalam ze potszebna jest paszport pielgrzyma ,
|
|
|
|