| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2007-12-01
|
|
autor: lbt, |
Camino de Santiago, czyli Droga Świętego Jakuba |
|
| ocena: 3.91 | przeczytano 3787 razy |
30.08.2006, środa, około 34 km
Rano wstaliśmy o szóstej (prawie ;) ) i zebraliśmy się do drogi. W kuchni, gdy jedliśmy dostaną wczoraj kanapkę, poznaliśmy jeszcze jednego
Polaka – pana Krzysztofa, który idzie od progu własnego domu, czyli z Gdynii. Wyszedł pierwszego lipca i ma zamiar jeszcze iść do Portugalii.
Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć :). Potem już tylko Camino. Szło sporo osób, chyba niektórzy rozpoczęli w O’Cebreiro. Pierwszy przystanek
zrobiliśmy przy pomniku pielgrzyma zmagającego się z wiatrem. Zrobiliśmy zdjęcia i zjedliśmy posiłek z resztek pożywienia. Długo nie było
żadnego sklepu, więc zatrzymaliśmy się w barze na bocadille. Pierwsza z szynką, serem, pomidorem (3€), druga z tuńczykiem i
pomidorem (2,5€). Tam też kupiliśmy pana, bo sklepu nigdzie nie było... W tej samej miejscowości natknęliśmy się na „czarownicę z
naleśnikami”, o której czytaliśmy przed wyjazdem. Nie skusiliśmy się. Szliśmy bardzo długo. W Triacastela zrobiliśmy zakupy tuż przed sjestą.
Wybraliśmy drogę do Calvor, właściwe Camino. Byliśmy skonani i szliśmy bardzo długo. Trzeba było smarować Luizki kolano Fastum, bo się zepsuło.
Mijaliśmy się z wycieczką Niemców z supportem, okropieństwo. Ledwo żywi dotarliśmy do Calvor do schroniska. Było puste i bez hospitalery,
ale donativo. Tuż za nami przyszło troje Włochów. Oni zajęli jeden pokój, my drugi. Wieczorem robiliśmy jedzenie. Oni mieli menażkę, my
sztućce. Zrobiliśmy i zjedliśmy obiady, najpierw oni, później my. Tłumaczyli nam z hiszpańskiego (a mówili tylko po włosku), jak zrobić nasz
makaron z supermarketu. Trudno było się dogadać, ale w mieszance angielsko-włosko-hiszpańskiej daliśmy radę. Było bardzo wesoło i
śmiesznie.
31.08.2006, czwartek, 12km
Wstaliśmy, gdy schronisko powinno być zamknięte. Szybko się wyszykowaliśmy, ale nie było hospitalery, więc jeszcze zjedliśmy śniadanie. W
końcu przyszła i coś do nas mówiła. Nie zgłębialiśmy treści, tylko po prostu wyszliśmy. Szliśmy. Do Sarii była wielka mgła, nic nie było widać,
ale nie była to żadna strata. Tam poszliśmy do informacji. Luizka spytała o jakiś sklep. Okazało się, że jest tylko jeden. Byliśmy wygłodniali,
bo od rana jedliśmy tylko resztki jedzenia. Kupiliśmy bardzo, bardzo dużo. I już w sklepie zjedliśmy po rogaliku i wypiliśmy pół litra mleka ;).
Potem przez całą Sarię szukaliśmy miejsca idealnego do dalszego spożycia. W końcu przysiedliśmy gdzieś na ławce. Jedliśmy przypatrując się
mijającym nas pielgrzymom (część to rozpoczynający Camino). Droga do Barbadelo minęła w miarę sprawnie. Okazało się, że nasze schronisko jest
identyczne do wczorajszego. Tu także w kuchni nie było garnków, nie było też prądu w kuchence, a krzesła były zawieszone na szafce pod sufitem,
ale także donativo :). Chcieliśmy zrobić pranie. Zmywaki do prania były za schroniskiem, ale tak brudne, że się odmyśliliśmy. Ukrywając się
przed hospitalerą zrobiliśmy pranie w umywalce w łazience. Rozwiesiliśmy i zrobiliśmy kolację. Najpierw bocadille na jutro na
śniadanie, a później zjedliśmy wszystko, co zostało.
01.09.2006, piątek, 32km
Rano obudziliśmy się wcześnie, przy świetle latarki (aż wstała Niemka i postanowiła zapalić światło), spakowaliśmy się i wyszliśmy jeszcze po
ciemku. Po około kilometrze zatrzymaliśmy się na śniadanko (bocadille) i poszliśmy dalej. Mijaliśmy się z ludźmi z naszego schroniska,
ale w końcu wszystkich wyprzedziliśmy. Gdy szliśmy we mgle i chłodzie nagle dwie siedzące obok Camino dziewczyny powiedziały „cześć”. Spytałem
czy „to dziewczyny świeżo po maturze, co idą z Francji” (tak nam o nich powiedzieli Jezuici ;) ), a one powiedziały, że tak. Chwilę pogadaliśmy
i poszliśmy dalej. Aż do Portomarin nie zmieniła się nam pogoda. Było zimno, ale za to szło się świetnie! Musieliśmy przy wejściu przejść przez
ogromny most nad zalewem, a później wejść na schody, które wyrastały na środku ronda. Zrobiliśmy zakupy w jedynym sklepie (drogo, ale nie było
wyjścia) i poszliśmy pod kościół, bardzo nam się spodobał. Tam zjedliśmy część zakupów i zrobiliśmy zdjęcia. Wzięliśmy sello z kościoła,
wypłaciliśmy pieniądze i dokupiliśmy pana. Poszliśmy dalej. Zrobiło się gorąco. Najpierw szliśmy przez las, potem wzdłóż szosy, bez
cienia, cały czas licząc kilometry do schroniska. W końcu doszliśmy i zobaczyliśmy znowu takie samo schronisko (!!). Tam już były poznane Polki,
które powiedziały, że chyba nie ma już miejsc. W końcu okazało się, że jest jedno łóżko. Po dłuższym zastanowieniu postanowiliśmy zostać.
Wykończeni umyliśmy się, potem z naszych pyszności taszczonych z supermarketu w Portomarin zrobiliśmy pyszną kolację. Niestety nic na ciepło, bo
znowu brak garnków i prądu w kuchence. Posiłek był z miłą pogawędką z Polkami. Teraz już w łóżku, długopis się rozjeżdża...
02.09.2006, sobota, 18km
Wstaliśmy po szóstej i jak zwykle wyszliśmy o 7,30. Po paru kilometrach zrobiliśmy śniadanie. Było dość chłodno, więc szło się nienajgorzej. Nie
zdecydowaliśmy się na basen, bo woda musi być zimna po takim poranku. W Palas de Rei poszliśmy na zakupy. Kupiliśmy dużo, bo znowu nie będzie
sklepu. Postanowiliśmy kupić też obiad, nie wiedząc, czy uda się go przygotować (makaron i sos). Trochę spożyliśmy na miejscu i poszliśmy dalej.
Postanowiliśmy się zatrzymać w pierwszym ładnym schronisku. Mieliśmy do wyboru trzy po drodze. Dwa pierwsze prywatne (kolejno: 10€ i
7€ za osobę). Poszliśmy do ostatniego w Casanova, municipal i donativo. Schronisko znów w starej szkole, ale porządniejsze.
Były garnki i nawet działała kuchenka. Po myciu zrobiliśmy obiad – spaghetti neapolitana i groszek. Pyszne! Potem, znów kryjąc się przed
hospitalerą i hospitalerem zrobiliśmy pranie w łazience dla inwalidów. Chyba jesteśmy jacyć dziwni, bo znów zostaliśmy sami w
schronisku ;)! Dwie osoby wyszły już po wpisaniu się, umyciu itp. Może jeszcze ktoś przyjdzie.
Jak już spaliśmy, przyszła jedna młoda Niemka. Niezbyt wiedziała, o co chodzi, ale została...
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 2. | 2011-03-12 21:16:37 | gość:
| piękne zdjęcia ,bardzo fajne opisy ,też wybieram się w tym roku na camino ale rowerem , dlatego poszukuję relacji ludzi którzy właśnie w ten sposób odbyli swoją pielgrzymkę--wszystkie info w tej kwestii są dla mnie drogocenne pozdrawiam życzę następnych udanych wypraw
|
| | 1. | 2010-11-28 10:51:07 | gość: gertruda
| ia tesz bym chciala isc ,ale moja rodzina powiedzjala ze musze jsc do psychiatry .CHcialam bym zapytac czy moge sie wybrac w ta droge w styczniu to dlamnie wazne .Slyszalam ze potszebna jest paszport pielgrzyma ,
|
|
|
|