| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2007-12-01
|
|
autor: lbt, |
Camino de Santiago, czyli Droga Świętego Jakuba |
|
| ocena: 3.91 | przeczytano 3787 razy |
03.09.2006, niedziela, Casanova – Arzua
Wyruszyliśmy o 8.30, bo nam się nie chciało wstać i w spokoju zjedliśmy śniadanko. Gdy jedliśmy widzieliśmy mnóstwo mijających nas pielgrzymów.
Szliśmy. Doszliśmy do Melidy, gdzie chcieliśmy iść na churros. Niestety nie znaleźliśmy. Zdziwiliśmy się jak znaleźliśmy otwarty sklep
(niedziela) i szybko zrobiliśmy zakupy. Później zauważyliśmy, że wszystko jest otwarte, a na ulicach targowiska. Torebki, paski, szmatki
wyrzucone kupą na chodnik. Dobrzy ludzie wyprowadzili nas w pole, więc nie weszliśmy do centrum miasta. Szliśmy ulicą, nie Camino, ale za to zza
rogu wyszła orkiestra w strojach ludowych i idąc w dół ulicy cały czas grali. Nie wiemy dlaczego. W końcu trafiliśmy na Camino. 2,5 kilometra
przed Arzuą było bardzo ładne i klimatyczne schronisko. Zrobiliśmy tam przystanek. Później zapatrzyliśmy się na hiszpańskiego byka i eukaliptusy
sterczące nad innymi drzewami i po około kilometrze zauważyliśmy, że nie ma strzałek, ani pielgrzymów. Postanowiliśmy się nie cofać, tylko iść
na zachód i po niedługim czasie trafiliśmy na Camino. W Arzui poszliśmy do schroniska, bardzo ładne w starym budynku. Wpisaliśmy się do księgi i
wybraliśmy łóżka. Sello nie dostaliśmy. Po umyciu poszliśmy do miasta. Sjesta. W informacji turystycznej dowiedzieliśmy się, o której
godzinie jest msza. Miła pani dała nam mapkę i chciała nam jeszcze powiedzieć, gdzie jest basen. Wróciliśmy do schroniska i zrobiliśmy pranie.
Potem chcieliśmy coś zjeść w jakimś barze. Trafiliśmy do restauracji na rynku, która nie serwowała menu. Zamówiliśmy sałatkę z makaronem
i tuńczykiem oraz danie złożone z wieprzowego kotleta, frytek i jajka sadzonego. Wino kosztowało 5€, więc zdecydowaliśmy się na wodę za
2€. Za całość zapłaciliśmy 11€, ale najedliśmy się do syta. Biegiem poszliśmy do kościoła na mszę. Zdjęliśmy mokre pranie i poszliśmy
spać.
04.09.2006, poniedziałek, Arzua – Arca do Pino
Wyszykowaliśmy się bardzo późno i wyszliśmy przedostatni ze schroniska. Poszliśmy na zakupy do Froiza. Szliśmy. Szło się całkiem nieźle, ale
mocno odczuliśmy błędnie mierzone kilometry. Mieliśmy iść na Monte de Gozo, a zatrzymaliśmy się w schronisku Arca do Pino (drugie municypalne po
drodze). Dostaliśmy numerowane łóżka. Po myciu poszliśmy do supermarketu, tuż koło schroniska. Kupiliśmy fix z sosem bolońskim. W kuchni było
mnóstwo ludzi, wrzawy i niczym nie ograniczonej radości z bliskiego już celu pielgrzymki. Czekaliśmy na swoją kolej do wielkiej kuchenki, a
potem czekaliśmy, bo wlało się za dużo wody do garnka i sos nie chciał zgęstnieć... W końcu zjedliśmy i znów poszliśmy na zakupy i skorzystać z
Internetu w sklepie. Wysłaliśmy smski do rodzinki, potem jeszcze poszliśmy do apteki po plasterki na odciski ;).
05.09.2006, wtorek, Arca do Pino – Monte de Gozo
Albergue trzeba było opuścić do 8. My jak zwykle nie zdążyliśmy, wzięliśmy wszystko na zewnątrz. Tam się spakowaliśmy i zjedliśmy
śniadanie. Szliśmy raczej powoli, bo znaki mówiły, że dziś tylko 14. Najpierw lasem, później polem. Minęliśmy po lewej stronie lotnisko. Ostatni
kamień z kilometrami to „13km”. Szliśmy w ostrym słońcu pod górę i w dół na zmianę. Robiliśmy często przystanki i nie wiedzieliśmy cały czas,
gdzie i kiedy będzie Monte de Gozo. Doszliśmy do wzgórza z pomnikiem (Święty Franciszek i Jan Paweł II). Stamtąd było już blisko do
albergue. Santiago było widać w dole, ale wież nie dojrzeliśmy. Dostaliśmy miejsca w 30 pawilonie, pokój 518 (ośmioosobowy). Umyliśmy się
i poszliśmy na przegląd schroniska, czy są sklepy itp. Było koszmarnie gorąco, później dowiedzieliśmy się, że 44 stopnie. Bartek był w recepcji,
żeby dowiedzieć się, gdzie jest kuchnia. Pani powiedziała „there is no kitchen”. Postanowiliśmy zjeść resztki naszego pożywienia i kupiliśmy
warzywną sałatkę w puszce. Okazało się, że jest kuchnia, więc tam zjedliśmy. Od miłego, ale trochę podejrzanie wyglądającego Anglika
dowiedzieliśmy się, gdzie jest sklep i poszliśmy na zakupy. Na obiad zjedliśmy jajecznicę z pomidorami i szynką. Cały czas było widać ogromny
słup dymu zza Santiago, kolejny pożar. Po zmroku było widać ogień. Dwa jajka daliśmy Anglikowi (żywił się makaronem z pomidorami), bardzo się
ucieszył. Poszliśmy jeszcze na dół zadzwonić do domu i na plac zabaw. Wieczorem doszła do naszego pokoju para Włochów.
Cena rozmów z automatu: 18 centów – minuta na numery stacjonarne w Polsce, 30 centów – na komórkowe.
06.09.206, środa, 6km, Monte de Gozo – Santiago
Zebraliśmy się rano i poszliśmy. Szło się całkiem szybko. Obfotografowaliśmy się pod tablicami „Santiago”. Było mnóstwo pielgrzymów. W piekarni
kupiliśmy ciastka i zjedliśmy je na placyku z palmami. Szliśmy bardziej za tłumem niż za znakami. Minęliśmy albergue Aquario, ale nie
weszliśmy. W końcu zobaczyliśmy katedrę. Ogromną katedrę. Doszliśmy do celu naszej wędrówki i nie bardzo wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić.
Weszliśmy do katedry. Tam tłumy, ogrom autokarowych wycieczek. Pomodliliśmy się i obejrzeliśmy katedrę. Poszliśmy do informacji i dowiedzieliśmy
się, gdzie jest albergue. W dwóch informacjach (turystycznej i pielgrzymkowej) dostaliśmy zupełnie inne informacje (5€ a 10€,
otwarte od 2, albo od 4...). Poszliśmy do hotelu do ubikacji, później na mszę dla pielgrzymów. Ksiądz nie wymienił Polaków i nie majtało się
botafumeiro. Trochę nas to zasmuciło. Po mszy poszliśmy po compostelkę do biura pielgrzymkowego. Odebraliśmy bardzo ładne
dokumenciki i kupiliśmy do nich tubę. Poszliśmy do schroniska, które było zamknięte (wbrew informacjom było ono w seminarium, w starym, ogromnym
budynku). O 16, kiedy mogliśmy już wejść zarejestrowaliśmy się, zapłaciliśmy 10€ (2 razy 5€) za jedną noc (nie można na dwie z góry).
Dostaliśmy łóżka 310 i 311 w pokoju C... Weszliśmy na trzecie piętro ogromnego budynku, potem do wielkiej sali, odszukaliśmy nasze łóżka.
Warunki były niezłe, ale zgodnie stwierdziliśmy, że za 5€ można by oczekiwać czegoś więcej. Nie było nawet kuchni. Wtedy postanowiliśmy, że
na następną noc będziemy szukali czegoś innego. Potem poszliśmy do miasta, do celu naszej czternastodniowej wędrówki. Jeszcze raz weszliśmy do
katedry, poszliśmy do figury Świętego Jakuba i jego relikwii. Podziękowaliśmy za opiekę, wspaniałą pogodę i niejednokrotną pomoc w niesieniu
plecaków podczas drogi. Później zrobiliśmy zakupy nie mogąc się powstrzymać od chodzenia po sklepach z pamiątkami. Posiłek zjedliśmy na placu,
cały czas przyglądając się ogromnej, pięknej katedrze. Zakupy, wysyłanie kartek zaplanowaliśmy na jutro.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 2. | 2011-03-12 21:16:37 | gość:
| piękne zdjęcia ,bardzo fajne opisy ,też wybieram się w tym roku na camino ale rowerem , dlatego poszukuję relacji ludzi którzy właśnie w ten sposób odbyli swoją pielgrzymkę--wszystkie info w tej kwestii są dla mnie drogocenne pozdrawiam życzę następnych udanych wypraw
|
| | 1. | 2010-11-28 10:51:07 | gość: gertruda
| ia tesz bym chciala isc ,ale moja rodzina powiedzjala ze musze jsc do psychiatry .CHcialam bym zapytac czy moge sie wybrac w ta droge w styczniu to dlamnie wazne .Slyszalam ze potszebna jest paszport pielgrzyma ,
|
|
|
|