| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Europa |
data dodania: 2007-12-01
|
|
autor: lbt, |
Camino de Santiago, czyli Droga Świętego Jakuba |
|
| ocena: 3.91 | przeczytano 3784 razy |
07.09.2006, czwartek
Wstaliśmy rankiem, wyspani i szczęśliwi. Wzięliśmy nasze rzeczy i postanowiliśmy iść do schroniska Aquario, mijaliśmy je po drodze. Choć
wydawało się, że to niedaleko, droga się dłużyła, plecaki ciążyły i Bartoszowi dokuczała pięta, na której pęcherz miał mocno czerwony kolor. Gdy
doszliśmy okazało się, że schronisko kosztuje 7€, też nie ma kuchni. Chcąc, nie chcąc, zdecydowaliśmy dziś znów spać w Seminarium Minor.
Wracając wstąpiliśmy do upatrzonej wcześniej churrerii i zamówiliśmy chocolate con churros. Było przepyszne. Najedliśmy się do
syta i bardzo poprawiły się nam humory. Gdy doszliśmy do katedry, okazało się, że już 15, całe przedpołudnie gdzieś nam uciekło. Zjedliśmy
jedzonko zakupione po drodze, na naszym ulubionym miejscu. Z Bartka piętą było coraz gorzej, więc podjęliśmy dzielną decyzję pójścia do
szpitala. Dowiedzieliśmy się w informacji, skąd mamy wsiąść i do jakiego autobusu. Zanieśliśmy nasze rzeczy do schroniska, znów płacąc po
5€. Poszliśmy na wskazane miejsce. Autobus kosztował 0,85€. Mieliśmy mnóstwo obaw, czy się dogadamy i strachu, bo pięta bardzo bolała.
Okazało się to zupełnie niepotrzebne. Wszyscy byli mili, mówili po angielski, a miła pani przebiła pęcherz tak, że nic nie bolało. Radości, ze
zdrową stópką ruszyliśmy do centrum. Poszliśmy na menu do jednej z restauracji. Zapłaciliśmy 7,50€, jedliśmy gęstą zupę z jakiejś ryby (z
małżą), rybę z frytkami + pan + białe wino i jabłko na deser. Gdy skończyliśmy, dochodziła 22, więc nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do
schroniska, a zakupy i wysyłanie kartek zostawić na jutro :).
08.09.2006, piątek, Santiago – Negreira
Wstaliśmy znów nie wcześnie i nim się obejrzeliśmy była 10 i trzeba było opuszczać schronisko. Mniej wyspani, gdyż wczoraj jeszcze rozmawialiśmy
z rodzicami przez Skypa. To nasz ostatni dzień w Santiago, więc nie mogliśmy leniuchować. Szybko kupiliśmy większość pocztówek, upominki dla
rodziny i wypisaliśmy kartki. Potem wypatrzyliśmy dwóch Polaków, nie pielgrzymów. Byli na wycieczce i wybierali się jeszcze do Fatimy. Potem
wszyscy poszliśmy na mszę na 12. Tym razem podobało się nam dużo bardziej. Ksiądz powitał pielgrzymów z Polski, a w czasie mszy inny po polsku
modlił się za Polaków. No i po mszy kilku mnichów rozbujało botafumeiro. Widok był niesamowity, jak ogromne kadzidło szybowało pod
sklepieniem katedry. Czuliśmy się bardzo szczęśliwi, że tu przyszliśmy i tacy pełni... Po tym zrobiliśmy całą resztę zakupów, koszulki, torbę i
inne prezenty dla rodzinki. Robiliśmy zdjęcia i korzystaliśmy z pięknej pogody. Poszliśmy na pocztę, wysłaliśmy kartki i listy do rodziców (z
naszymi ulotkami i prezentami). Poszliśmy do Froiza po zakupy i zjedliśmy posiłek pod fontanną. Po jedzeniu pojechaliśmy autobusem na dworzec
zarezerwować termin naszych otwartych biletów do Polski. Kobieta wyglądała i zachowywała się, jakby nie wiedziała, o co chodzi. Trwało to długo,
ale w końcu się udało. Zapłaciliśmy 12 € (6 za sztukę). Od kierowców autobusów miejskich próbowaliśmy się dowiedzieć, jak się dostać na
drugi koniec miasta, ale oni już zupełnie nic nie rozumieli. Wsiedliśmy w znajomy nam autobus do szpitala (numer 5), bo jechał w dobrą
stronę.
Doszliśmy do rozjazdu i nie wiedzieliśmy, którą droga iść. Zapytaliśmy przechodnia-tubylca-Hiszpana-człowieka o drogę na Negreire (za miastem).
Bardzo długo nam tłumaczył, ale niewiele zrozumieliśmy. Poszliśmy na drogę łapać stopa i ten sam człowiek Hiszpan zabrał nas kilka kilometrów.
To była pierwsza w naszym życiu przejażdżka autostopem. Później łapaliśmy innych i podjechaliśmy 3 samochodami do Negreiri. Jeden z kierowców
powiedział, że Polska jest fria i że mamy prezydenta i premiera bliźniaków (śmiał się)... Ostatni przewiózł nas okrężna droga
(zahaczającą o Camino) i zobaczyliśmy prześliczny most i wodospady. Tuż obok kręcono film, a on powiedział nam, że to Almodovar! Tuż obok stało
wielkie czerwone Ferrari. Pewnie jakiegoś aktora lub nawet samego reżysera...
W Negreiri po dwukrotnym pytaniu o drogę trafiliśmy do schroniska. Łóżek już nie było, więc zostało nam spanie na materacach. Zrobiliśmy sobie
wygodne legowisko w kąciku.
Na obiadokolację przyrządziliśmy ziemniaki, wzięte z kuchnii na Monte de Gozo, z groszkiem. Wyszła dziwna paćka, ale smakowała bardzo dobrze. W
schronisku był poczwórny prysznic. Zasnęliśmy przy świetle i chrobocie wielkiej coca-coli (automat).
09.09.2006, sobota, Negreira – Muxia
Znów nie zdążyliśmy na czas się wyszykować (trzeba było opuścić schronisko przed 10). Przyszła hospitalera, a my wyszliśmy. Jeszcze się
upewniła, czy wrzuciliśmy donativo. Łapaliśmy stopa do Fisterry. Trzema samochodami jechaliśmy po kawałeczku, dopiero czwarty (prawie
pełen – małżeństwo z dzieckiem w foteliku) zabrał nas dalej. Okazało się, że oni jadą do Muxii, bo tam jest fiesta. Spytali, czy chcemy jechać z
nimi. Po krótkim (bardzo krótkim) przemyśleniu powiedzieliśmy, że tak. Do Muxii dojechaliśmy dość szybko, ale szukanie miejsca parkingowego
zajęło ponad godzinę. Tam była naprawdę duża fiesta, mnóstwo ludzi i aut. Powiedzieli nam jeszcze, że jest darmowe pole namiotowe i pożegnaliśmy
się koło kościoła. Kościół był tuż nad oceanem, więc poszliśmy na skały coś zjeść. Byliśmy tam dość długo, bardzo przyjemnie się siedziało w
słońcu. Na skałach było poprzyczepiane mnóstwo małży. Po jedzeniu zeszliśmy na dół do miasta, znaleźliśmy albergue. Było zamknięte, ale
wisiała kartka, że otwierają o 19, a informację o 17. Postanowiliśmy wtedy tam wrócić. Popytaliśmy ludzi o sklepy i po długich poszukiwaniach
znaleźliśmy. Wygłodniali zrobiliśmy duże zakupy i poszliśmy na plażę wszystko zjeść. Woda miała piękny turkusowy kolor, było dużo żółciutkiego
piasku i to wszystko otoczone wysokimi skałami. Znaleźliśmy sobie wygodne miejsce na skałach i zaczęliśmy jeść. Po zjedzeniu jednej kanapki
zauważyliśmy, że jest o połowę mniej plaży. Później było już coraz mniej, aż w końcu zniknęła. Było tam bardzo ładnie, opalaliśmy się, jedliśmy,
wchodziliśmy do wody. Odpoczywaliśmy. Gdy nadszedł czas poszliśmy do schroniska. Było jednak zamknięte. Upewniliśmy się u okolicznych
mieszkańców, czy to na pewno tutaj i czekaliśmy ponad godzinę. Nikt nie otworzył. Szukaliśmy jeszcze innego spania, ale wszystkie miejsca były
zajęte. Dokupiliśmy trochę jedzenia i poszliśmy ostatni raz sprawdzić, czy nie otworzono schroniska. Nie otworzono. Cały dzień chodziliśmy po
mieście, przeciskając się między tłumami Hiszpanów. Było strasznie głośno. Wszędzie muzyka, wszyscy do siebie krzyczeli, mówili coś przez tuby.
Główna ulica została zamknięta i postawili tam stragany. Przed miastem było ogromne pole, na którym wszyscy się rozkładali. Nie było to nic
zorganizowanego. Po prostu trzeba było znaleźć sobie miejsce i rozbić namiot. Nie mając innego wyjścia właśnie tam się udaliśmy (mimo, że nie
mieliśmy namiotu). Znaleźliśmy sobie osłonięte miejsce i tam rozłożyliśmy nasze karimaty i śpiworki. Zjedliśmy kolację, a później zasnęliśmy
wśród muzyki, krzyków, klaksonów i huku petard. W nocu trochę padał deszcz, ale nie było najgorzej. Tak czy inaczej było mokro, bo słynna
galicyjska mgła osiadła na wszystkim.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
| | 2. | 2011-03-12 21:16:37 | gość:
| piękne zdjęcia ,bardzo fajne opisy ,też wybieram się w tym roku na camino ale rowerem , dlatego poszukuję relacji ludzi którzy właśnie w ten sposób odbyli swoją pielgrzymkę--wszystkie info w tej kwestii są dla mnie drogocenne pozdrawiam życzę następnych udanych wypraw
|
| | 1. | 2010-11-28 10:51:07 | gość: gertruda
| ia tesz bym chciala isc ,ale moja rodzina powiedzjala ze musze jsc do psychiatry .CHcialam bym zapytac czy moge sie wybrac w ta droge w styczniu to dlamnie wazne .Slyszalam ze potszebna jest paszport pielgrzyma ,
|
|
|
|