| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja | data dodania: 2008-02-20 |
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2119 razy |
5.09.2007 - 23.09.2007
strona autora: http://www.sfinjak.wroclaw.pl
Wspomnienia z podróży spisane przez Pawła Ziębę
Minęło kilka
miesięcy od naszej poprzedniej podróży, wciąż pozostało trochę urlopu do
wykorzystania, nadszedł więc czas na nową wyprawę. Wybór padł na Gruzję. Dlaczego
akurat Gruzja?
Przede wszystkim –
jak zwykle – ważnym powodem była stosunkowo niewielka cena biletów lotniczych.
Prosiaczek ma już ponad dwa lata, więc nie możemy liczyć na tanie bilety dla
niemowląt. Zniżki dla dzieci są zaś w przypadku biletów lotniczych dość
symboliczne. Dlatego też możliwość przelotu do Tbilisi z Wrocławia, gdzie
mieszkamy, za nieco tylko ponad 4200 złotych za cała trójkę była warta
rozważenia.
Sama zaś Gruzja jest
krajem niezwykle ciekawym, oferującym zwiedzającym, których nie ma jeszcze w
nadmiarze, możliwość obejrzenia wielce interesujących zabytków, relaksującego
trekkingu w malowniczych górach Kaukazu, jak i odpoczynku na plaży nad ciepłym
morzem. Wrzesień w Gruzji to jeszcze całkiem ciepły miesiąc, idealny do wyjazdu
do tego kraju. Tymczasem w Polsce już w sierpniu robi się na ogół bardzo zimno
i nieprzyjemnie. Chcieliśmy przedłużyć sobie choć trochę lato.
Poza tym Gruzja jest
krajem cywilizowanym. Co prawda rozpad ZSRR i wynikające stąd problemy
gospodarcze, intensyfikowane ostatnio przez wrogie działania Rosji, sprawiają,
że ludzie żyją dość biednie, jednak państwowa służba zdrowia funkcjonuje, a
lekarze są nieźle wyedukowani i można liczyć na uzyskanie pomocy nawet w
stosunkowo małych miastach. W przypadku podróżowania z dzieckiem jest to
szczególnie ważne. Na wszelki wypadek wykupiliśmy polisę zwrotu kosztów
leczenia, mimo że pomoc lekarska jest dla obywateli UE w Gruzji świadczona za
darmo przez państwową służbę zdrowia. Dawało nam to możliwość korzystania w
razie takiej konieczności z prywatnych klinik i gabinetów.
Wiadomo, że nie ma
problemów komunikacyjnych – z młodymi ludźmi można próbować się dogadywać po
angielsku, natomiast powszechnie znany jest – zwłaszcza wśród osób starszych i
w średnim wieku – język rosyjski.
Po podjęciu decyzji
i kupieniu biletów pozostawała kwestia opracowania planu zwiedzania. Pomocą
służyły mi przewodniki turystyczne: polskojęzyczny przewodnik firmy Bezdroża,
przewodnik po Gruzji wydawnictwa Bradt oraz przewodnik po Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie
wydawnictwa Lonely Planet, a także znalezione w Internecie relacje innych
podróżników. Jeśli chodzi o przewodniki, najbardziej aktualne i obszerne
informacje zawiera przewodnik wydawnictwa Bradt. Przewodnik Bezdroży nie byłby
może najgorszy, gdyby nie brak podstawowych informacji praktycznych. Przewodnik
Lonely Planet jest odrobinę przestarzały (wydanie z 2004 roku) i dość momentami
lakoniczny, chociaż właściwie mógłby być wystarczający.
Z góry wykluczyliśmy
podróże w rejony, w których ciężko byłoby dotrzeć szybko do lekarza. Taka jest
cena podróżowania z dzieckiem. Miło i romantycznie pewnie byłoby zaszyć się w
niedostępnej wiosce w Swanetii czy Tuszetii, ale w razie problemów zdrowotnych
czekałaby nas konieczność organizowania w trybie pilnym przejazdu dżipem do
jakiejś odległej miejscowości.
Ze względu na to, że
samolot miał przylecieć do Tbilisi w środku nocy, postanowiliśmy zarezerwować
hotel w stolicy – na dwie pierwsze noce i na ostatnią noc. Z tego samego powodu
zamówiliśmy także transfer z lotniska (20 USD). Hotel znaleźliśmy w Internecie
(http://www.exotour.ge). Cena (50 USD za dwójkę) wydawała się jak na Tbilisi
całkiem rozsądna, a lokalizacja w centrum miasta dawała szansę na możliwość
łatwego zwiedzania i robienia zakupów. Część formalności załatwiliśmy przez
pocztę elektroniczną, część zaś przez telefon (recepcjonistki mówią i po
angielsku, i po rosyjsku).
W naszym opisie
stosuję w zasadzie fonetyczną transkrypcję nazw gruzińskich – tak by w miarę
dobrze dało się je wymówić po polsku. Po pisownię oryginalną odsyłam do
przewodników. W przewodnikach anglojęzycznych oraz na tablicach drogowych jest
stosowana transkrypcja, którą w miarę poprawnie odczyta osoba anglojęzyczna,
ale należy pamiętać, że czytanie tak zapisanych nazw w taki sposób, jakby były
napisane po polsku, jest niepoprawne. Przyjąłem również zasadę, że podając ceny
biletów, będę podawał cenę dwóch biletów, a jeśli jest inaczej, to jest to w
tekście zaznaczone.
5.09
We Wrocławiu
wieczorem zabrał nas na pokład niewielki samolot Lufthansy (a właściwie
działającej pod szyldem Lufthansy linii Augsburg Airways). Półtoragodzinna
podróż upłynęła nam szybko i spokojnie. Kanapki okazały się na tyle zjadliwe,
że nawet nasz niejadkowaty Prosiaczek, spożył swoją spokojnie. Dostał od pań
stewardess układankę – bardzo mu się spodobała.
Po przylocie na
lotnisko w Monachium sprawdziliśmy na terminalu, do której bramki mamy się
udać. Na przesiadkę mieliśmy niewiele czasu – około 50 minut. I bardzo dobrze –
czekanie na lotnisku na kolejny samolot nie jest w żaden sposób ekscytujące.
W drodze do bramki
zaczepił nas jakiś pan w średnim wieku. Okazało się, że podsłuchał, do której
bramki się udajemy, a ponieważ sam leciał również do Tbilisi, postanowił
spędzić czas pozostały do odlotu na pogawędce. Był to biznesmen z branży
budowlanej, lecący na spotkanie z przyjacielem na jeden dzień do Tbilisi.
Wymieniliśmy zatem uwagi na temat sposobu prowadzenia interesów w Polsce – dość
zbieżne zresztą – i w ten sposób minął nam czas.
Do Tbilisi zabrał
nas już trochę większy samolot. Standard był całkiem akceptowalny – nie były to
linie Emirates, ani tym bardziej Malaysian Airways, ale fotele były w miarę
wygodnie i podano nam obiad i napoje. Prosiaczek dostał już drugą układankę,
ale ta była przeznaczona dla trochę większych dzieci, więc mu jej nawet nie
dawaliśmy. Ułożył się na pokładzie samolotu do snu i przespał prawie cała
podróż. Lot trwał niecałe 4 godziny i w Tbilisi wylądowaliśmy w środku nocy –
była 3 rano miejscowego czasu (między Polską a Gruzją jest dwugodzinna różnica
czasu).
Na lotnisku szybko
przeszliśmy przez formalności wjazdowe i odebraliśmy bagaż. Pożegnaliśmy się z
lecącym tym samym samolotem polskim biznesmenem. Wśród oczekujących ludzi
odnaleźliśmy człowieka z kartką z naszym nazwiskiem. Okazało się, że wraz z
nami przyjechała grupa czterech czy pięciu młodych ludzi, których narodowości
jakoś nie mogliśmy określić na podstawie ich języka. Wszystkich nas zapakowano
wraz z bagażami do busa i ruszyliśmy w drogę.
Tbilisi sprawiało
wrażenie dużego i ruchliwego miasta. Na szczytach otaczających miasto wzgórz
podświetlone były budowle – starożytnych budynków czy całkiem nowej wieży
telewizyjnej.
Droga nie była druga
i już po 20 minutach znaleźliśmy się przed hotelem.
Hotel był mały,
schowany w jednej z bocznych uliczek. Dostaliśmy spory i elegancko urządzony
apartament z wielkim łożem małżeńskim i bardzo przestronną łazienką. Szybko
umyliśmy się i poszliśmy spać.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|