| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
14.09
W nocy słyszeliśmy
spadające krople deszczu, myśleliśmy jednak, że jest to tylko jakaś chwilowa
drobna zmiana pogody. Przez cały czas podczas naszego pobytu w Gruzji pogoda była
doskonała, a niebo bezchmurne. Okazało się jednak, że nadszedł koniec pięknej
pogody i ranek powitał nas ciężkimi stalowymi chmurami i chłodną mżawką.
Nasza gospodyni sama
domyśliła się, że w związku ze zmianą pogody wolelibyśmy od razu pojechać na wybrzeże,
do Batumi, zamiast tkwić w Kutaisi. Przy śniadaniu zaproponowała nam usługi
znajomego, który za 15 lari miał zawieźć nas do największych miejscowych
atrakcji, a na końcu odwieźć na dworzec autobusowy. Zdecydowaliśmy się
skorzystać z tej możliwości. Zaledwie zdążyliśmy spakować bagaże, gdy pod
drzwiami willi, w której mieszkaliśmy, pojawił się samochód z kierowcą.
Razem z nami na
wycieczkę pojechał również wnuczek właścicieli pensjonatu. Zaproponowali nam,
że chłopak przejedzie się z nami i popilnuje od czasu do czasu Prosiaczka, co
pozwoli nam spokojnie pozwiedzać. W Gruzji nowy rok szkolny zaczyna się dopiero
w październiku, więc podczas naszego pobytu dzieci miały jeszcze wolne.
Najpierw
pojechaliśmy do katedry Bagrati, która znajduje się na terenie samego Kutaisi.
Katedra jest zrujnowana, gdyż podczas jednego ze swoich najazdów na Gruzję,
muzułmanie zburzyli kolumny, co spowodowało zapadnięcie się dachu. Nawet jednak
to, co pozostało z katedry, jest godne podziwu. Kiedyś ten budynek musiał być imponująco
wielki.
Potem pojechaliśmy
do Gelati. Gelati to znajdujący się kilkanaście kilometrów od Kutaisi kompleks
kościołów, który dawniej był bardzo ważnym centrum religijnym zachodniej
Gruzji. Tu koronowano gruzińskich królów, tu skupiało się życie artystyczne. W
efekcie powstał piękny otoczony murami kompleks budowli sakralnych składający
się z kościołów i potężnych dzwonnic.
Wnętrza kościołów są
piękne, ozdobione wyjątkowo dobrze zachowanymi malowidłami naściennymi. Być
może niektóre spośród reklamowanych w przewodnikach budowli sakralnych Gruzji
można sobie odpuścić, gdyż generalnie są one do siebie dość podobne. Nie
dotyczy to jednak Gelati – warto nadłożyć drogi, by pojechać do Kutaisi i
odwiedzić Gelati.
Potem pojechaliśmy
do Motsamety. By dojechać do tego odosobnionego kościółka, trzeba zjechać z
głównej drogi i przejechać całkiem spory kawałek paskudną boczną drogą, a
następnie telepać się ładny kawałek drogą gruntową. Sam kościół nie jest jakoś
szczególnie piękny. Jest nieduży, a ściany nie są ozdobione żadnymi pięknymi
freskami.
Natomiast otoczenia
kościoła jest śliczne, gdyż wznosi się on na stromym zboczu doliny, na dole
której szumi jakaś rzeka.
Przy okazji wizyty w
tym kościele mogliśmy uczestniczyć w pewnym rytuale religijnym. Opiekun tego
miejsca, gdy dowiedział się, że pochodzimy z chrześcijańskiego kraju,
postanowił pokazać nam, w jaki sposób możemy zwrócić się o wstawiennictwo do
dwóch świętych mężów: Dawida i Konstantyna. Ci dwaj książęta z panującego w Kutaisi
rodu Mcheidze podczas jednego z muzułmańskich najazdów dostali się do niewoli.
Zaproponowano im wolność i powrót do władzy, jeśli zgodzą się tylko przejść na
islam. Obaj książęta odmówili, za co zostali ścięci. Od tej pory są w
prawosławiu uznawani za świętych, a ich czaszki zostały umieszczone we wnęce
ołtarza w kościółku, w którym właśnie byliśmy. Wnęka jest zasłonięta szybą.
Należy trzykrotnie ucałować szybę, przeżegnać się i przejść na kolanach
specjalnym przejściem pod ołtarzem, by dostąpić łaski ze strony świętych.
Po zwiedzeniu
Motsamety wróciliśmy do Kutaisi i pojechaliśmy na dworzec autobusowy. Okazało
się, że do odjazdu marszrutki do Batumi pozostała jeszcze niemal godzina.
Zostawiliśmy w marszrutce bagaże i poszliśmy jeszcze połazić po dworcu.
Prosiaczkowi zachciało się siku, więc musieliśmy znaleźć toaletę. Toaleta
znajdowała się w osobnym budynku i zlokalizowanie jej zajęło nam trochę czasu.
Toalety publiczne w Gruzji są miejscami, do których nie powinny wchodzić osoby
o wysublimowanej wrażliwości, gdyż może być to dla nich traumatyczne przeżycie.
Droga do Kutaisi
minęła nam w deszczu i trwała niecałe 3 godziny (zapłaciliśmy 16 lari). Pod
koniec drogi mogliśmy obserwować, jadąc szosą wijącą się nad brzegiem morza,
jak wzburzone fale morza biją o kamienisty brzeg. Nasze nadzieje na zmianę
pogody po przybyciu nad morze rozwiewały się stopniowo wraz z tym, jak
przybliżaliśmy się do celu naszej podróży.
W końcu marszrutka
zatrzymała się obok jakiejś restauracji i placu zabaw dla dzieci, które znajdowały
się na nabrzeżu. Niedaleko od brzegu stały przycumowane wielkie statki. Tak
powitało nas Batumi. Batumi jest ślicznym miastem, nad którym górują porośnięte
zielenią wzgórza. Na jednym z nich widnieje nazwa miasta – z pewnością kalka z
Hollywood. Trudno nam jednak było podziwiać w tej chwili miasto, skoro
przywitało nas ono dość nieprzyjemną mżawką. Prawdę mówiąc, chcieliśmy jak
najszybciej schronić się w jakimś hotelu.
Kierując się trochę
mapą, a trochę intuicją poszliśmy szukać hotelu w uliczkach za meczetem, gdzie
miało się ich znajdować kilka. Schronienie znaleźliśmy w pierwszym z brzegu.
Hotel Salome oferował komfortowe pokoje, ale był drogi – za noc płaciliśmy 90
lari (były też trochę tańsze i trochę droższe pokoje – w zależności od stopnia komfortu).
Dlatego trudno nam go polecać – w Batumi jest mnóstwo hoteli, można wybrać
sobie coś odpowiedniego za znacznie niższą cenę.
W hotelu
rozgościliśmy się i odczekaliśmy, aż deszcz nieco osłabnie. Po południu
poszliśmy zwiedzać miasto. Szczególnie interesował nas brzeg morza. I trzeba
przyznać, że jest on całkiem ładny. Plaża jest – co prawda – kamienista, a
miejscami brudna, zwłaszcza w okolicach ustawionych na plaży barów i
restauracji. Ale można, zwłaszcza nieco dalej na południe, znaleźć naprawdę przyjemne
miejsca.
Tych barów i
restauracyjek jest na plaży całe mnóstwo. Teraz i tak były na ogół pozamykane
ze względu na kiepską pogodę.
Przy okazji
przekonaliśmy się, dlaczego Morze Czarne nosi właśnie taką nazwę. Nigdy
wcześniej jeszcze nad nim nie byliśmy, toteż nie wiedzieliśmy nawet, że woda w
morzu może być taka ciemna.
To, co niewątpliwie
jest najpiękniejsze na brzegu morza, to promenada. Jest doskonale urządzona w
stylu przywołującym wspomnienia z krajów śródziemnomorskich. Otoczony palmami
spacerowy bulwar z jednej strony graniczy z plażą, z drugiej zaś są zielone
skwery, fontanny, a na południu wielkie diabelskie koło.
Potem pochodziliśmy
po mieście i mimo że nie posiada ono żadnych wielkich zabytków, sprawia ono
bardzo przyjemne wrażenie. Człowiek czuje się tutaj, jakby był w jakimś
śródziemnomorskim kurorcie.
Zwiedziliśmy
tutejszy bazar, bo tak chyba można nazwać ciąg ulic zastawionych straganami
znajdujący się we wschodniej części miasta. Można tu kupić owoce, ale próżno by
chyba szukać jakichś ciekawych pamiątek. Przeważa chińska tandeta.
Obiad zjedliśmy w
rodzinnej restauracji (Domaszniaja Kuchnia) przy dużym placu w centrum.
Ogólnie dzień minął
nam dość bezbarwnie, bo też, prawdę mówiąc, pogoda nie nastrajała do spacerów.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|