| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
16.09
Tego dnia
postanowiliśmy pojechać do ogrodu botanicznego. Po zjedzeniu śniadania
(musieliśmy w tym celu udać się do jednego z pobliskich barów, bo w hotelu nie
podawano śniadań) poszliśmy znaleźć miejsce, z którego odjeżdżają marszrutki w
stronę ogrodu botanicznego. Okazało się, że znajduje się ono akurat po drugiej
stronie ulicy w stosunku do miejsca, w którym wysiedliśmy z marszarutki z
Kutaisi. Zgodnie z informacją znajdującą się w przewodniku, miała nas dowieźć
do ogrodu botanicznego marszrutka nr 150, ale – co ciekawe – nikt na postoju
marszrutek nie wiedział, czy takie coś odjeżdża z tego przystanku, ani czy
jedzie w odpowiednią stronę. Kiedy jednak tak rozmawialiśmy z kierowcami
marszrutek oczekujących na pasażerów, przyjechała marszrutka nr 150, a kierowca
potwierdził, że rzeczywiście jedzie w kierunku ogrodu botanicznego.
Marszrutka była
pustawa i ludzie raczej z niej wysiadali, niż wsiadali. Wyjechaliśmy za miasto
główną drogą wiodącą na wschód kraju, ale potem skręciliśmy gdzieś w bok i
zaczęliśmy wjeżdżać w górę jakiejś doliny po dość stromej drodze, mijając od
czasu do czasu skupiska domów. Kierowca powiedział nam, że powinniśmy wysiąść,
gdy już dojechaliśmy na miejsce. Jako że byliśmy ostatnimi pasażerami, samochód
odjechał gdzieś dalej całkiem pusty.
By trafić do budki,
w której strażnicy sprzedają bilety wejściowe, należy zejść w dół asfaltową
drogą. Bilety kosztują 5 lari za jedną osobę, ale ponieważ nie mieliśmy
drobnych, a strażnicy nie mieli jak wydać, udało nam się wejść za jedyne 7 lari
za nas dwoje.
Park jest bardzo
ładny i urządzenie go musiało niewątpliwie zająć wielu ludziom mnóstwo czasu.
Spacer z góry na dół jest niezbyt męczący, za to należy współczuć osobom, które
wybrały odwrotny wariant. Można bowiem pojechać do dolnej bramy i wchodzić pod
górkę, ale ponieważ podejście jest dość strome, wygodniej jest zrobić tak jak
my.
Spaceruje się wśród
egzotycznej roślinności pogrupowanej według stref klimatycznych i
geograficznych. Generalnie idzie się główną wyasfaltowaną drogą. Można też
zejść w bok, ale wtedy okazuje się, że poza główną drogą park jest już dość
mocno zaniedbany. Po upadku ZSRR także to miejsce przeżyło swój mały dramat i
brak funduszy odbił się wyraźnie na kształcie parku. Trzeba mieć nadzieję, że w
przyszłości pieniądze popłyną szerszym strumieniem, co pozwoli ocalić to piękne
miejsce przed zagładą.
Pogoda nie była
najlepsza. Słońce skryło się za grubą warstwą chmur. Na szczęście nie padało.
Tylko chwilami siąpiła jakby drobniutka mżawka.
Innym przejawem
problemów Gruzji jest chyba budynek mieszkalny w samym środku parku. Kiedyś
musiały być tu chyba jakieś laboratoria badawcze, ale obecnie w budynku
mieszkają ludzie. Być może jest to skutek utraty Abchazji przez Gruzję i fali
uchodźców, która zalała wówczas kraj.
Park był właściwie
całkiem pusty. W połowie zwiedzania minęła nas tylko jakaś grupa zorganizowana,
która jednak – jak to grupy zorganizowane – pomknęła szybko w dół. Tak więc
mogliśmy cieszyć się parkiem praktycznie sami.
Na dole przy samym
parku znajduje się mała stacja kolejowa, jednak zgodnie z informacjami podanymi
w przewodniku nie warto czekać na pociąg. Jeździ tylko dwa razy dziennie, więc
trudno liczyć na ten rodzaj transportu.
By dostać się do
głównej drogi, po której kursuje mnóstwo marszrutek, należy przejść mniej
więcej 1,5 kilometra drogą pośród falujących wzgórz. Porastają je krzaki, które
z oddali zidentyfikowaliśmy jako pozostałości słynnych herbacianych pól Batumi.
Nie jesteśmy pewni, czy mamy rację, ale krzaki rosnące na wzgórzach były
całkiem podobne do krzaków, które widzieliśmy na plantacjach herbaty w Malezji.
Ze względu na konkurencję i spadek cen uprawa herbaty przestała się Gruzinom opłacać,
więc plantacje zostały opuszczone.
W końcu doszliśmy do
jakiejś wioski przy głównej drodze i czekaliśmy na marszrutkę. Pierwsza
przyjechała jednak taksówka. Ponieważ taksówkarz zażyczył sobie niewygórowanej
ceny 3 lari za przewiezienie nas na stację kolejową, zgodziliśmy się na jego
propozycję.
Taksówkarz okazał
się Ormianinem doskonale mówiącym po rosyjsku. Doskonałość jego panowania nad
tym językiem była tak zdumiewająca, że od razu rozpoznał, że jesteśmy Polakami.
Mam świadomość, że nam Polakom, nawet jeśli dobrze znamy rosyjski, trudno
wymówić te dziwne rosyjskie spółgłoski o miękkości nie odpowiadającej naszemu
polskiemu „ćwierkaniu”, ale nie spodziewałem się, że zostaniemy tak łatwo
zakwalifikowani jako Polacy przez Ormianina, skoro nawet etniczni Rosjanie w
swoim czasie brali mnie za Białorusina.
Przy tej okazji
okazało się, że dobrze się stało, że wzięliśmy taksówkę, nie jechaliśmy zaś
marszrutką. Zgodnie z informacją znajdującą się w przewodniku Bradta nowy
dworzec kolejowy miał znajdować się na północnych przedmieściach Batumi i miał
w tej roli zastąpić stary dworzec, który znajdował się w Machinddżauri – kilka
kilometrów na północ od miasta. Nic z tych rzeczy! Taksówkarz powiedział nam,
że nowy dworzec kolejowy został wybudowany w Machinddżauri na miejscu starego
dworca. Dlatego też zawiózł nas na właściwy dworzec, na którym kupiliśmy sobie
bilety kolejowe na wtorek wieczór. Kupiliśmy bilety na wagon sypialny na nocny
pociąg do Tbilisi – kosztowało nas to 46 lari.
Potem marszrutką
numer 1 pojechaliśmy do centrum miasta.
Kupiliśmy kilka
dodatkowych pieluszek na wypadek długiej podróży, podczas której nie ma
możliwości postoju. Są łatwo dostępne, na sztuki można je kupować w dowolnej
aptece.
Obiad zjedliśmy w
przyjemnej, choć ciemnej restauracji Neptun za meczetem. Małże były pyszne i
bardzo tanie. Resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku i spokojnych przechadzkach
po mieście.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|