| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
20.09
Rano po śniadaniu
razem z młodą izraelską parą wsiedliśmy do żiguli naszego gospodarza i
ruszyliśmy w drogę. Pogoda była na szczęście piękna. Ze wzgórza, na którym
mieści się Signaghi, zjechaliśmy dziwnymi wąskim i krętymi drogami na równinę i
ruszyliśmy na zachód, w stronę Tbilisi. Ponieważ siedziałem z przodu i znałem
rosyjski, którym nasz gospodarz posługiwał się bardzo dobrze, przy okazji
pełniłem funkcję tłumacza i przekazywałem parce z Izraela słowa naszego
gospodarza.
Przez połowę drogi
jechaliśmy bardzo dobrze utrzymaną drogą wiodącą do Tbilisi, później zaś
zjechaliśmy na węższą, ale też nieźle utrzymaną drogę do David Goredża. Jej
ostatni odcinek był już tylko skromną drogą gruntową, ale na szczęście i ta
droga była nie najgorzej utrzymana.
Jedzie się na ogół
przez odludzia. Pod koniec trasa wiedzie praktycznie przez pustynię, gdzie
deszcz – zdaniem naszego gospodarza – pada nie częściej niż raz czy dwa razy do
roku. Nie jest to jednak pustynia piaszczysta. Czasem teren jest kamienisty,
innym razem jest to czerwonawa ziemia porośnięta jakimiś spalonymi słońcem
resztkami trawy.
Pod koniec, ale
jeszcze dość daleko od klasztoru, jest najdalej wysunięta ludzka osada. Nazywa
się Udabno i wygląda dość dziwnie – jakby w większej części była kompletnie
opuszczona. Pustymi ciemnymi otworami straszą okna wielokondygnacyjnych bloków
mieszkalnych. Nasz gospodarz powiedział nam, że władze próbowały w latach
komunizmu przesiedlić tutaj ludzi ze Swanetii. Warunki życia Udabno okazały się
jednak wyjątkowo ciężkie – bez prądu, kanalizacji i bieżącej wody, w niegościnnych
półpustynnych warunkach ludziom żyło się bardzo źle, więc gdy tylko mogli,
większość z nich wyjechała. Niektórzy wrócili do Swanetii, większość jednak po
prostu rozproszyła się po gruzińskich miastach.
Cała podróż trwała
około 3 godzin i minęła nam na konwersacjach. Raz rozmawiałem z gospodarzem po
rosyjsku o życiu w Gruzji i krajach postkomunistycznych. Innym razem
rozmawialiśmy z młodymi sympatycznymi Izraelczykami o polskich i izraelskich
doświadczeniach w zakresie podatków i pomocy społecznej, antysemityzmie w
Polsce i roli w jego krzewieniu Radia Maryja. Od czasu do czasu zaś wykonywałem
zadania tłumacza.
Przy okazji młodzi
Izraelczycy wyjaśnili nam, czemu jest ich w Gruzji tak wielu. Jest to bowiem
najbliższy Izraela kraj, gdzie jest tanio, ciekawie i dokąd można dolecieć
bezpośrednim samolotem.
W końcu dojechaliśmy
do celu. Stanęliśmy na zboczy jakiejś góry. Na niewielkim zakurzonym placyku
zaparkowanych było kilka innych samochodów. Obok gawędzili sobie ich kierowcy.
Każdy z nich przywiózł grupę turystów i teraz czekali, aż ich pasażerowie
wrócą, umilając sobie czekanie rozmową.
Nasz gospodarz
dołączył do nich, a my ruszyliśmy w górę. Generalnie trzymaliśmy się naszych
izraelskich znajomych, dopiero w połowie trasy rozdzieliliśmy się na dłużej,
gdyż naszła nas chęć kontemplowania natury. Pierwsze podejście jest bardzo
ostre, ale bardzo krótkie. Wchodzi się na przełęcz – po jednej stronie są ruiny
obronnej baszty, a w dole widać klasztor i wykute w ścianach pomieszczenia, po
drugiej stronie jest zaś dość ostre podejście. Można pójść stąd albo tym
podejściem pod górę, albo zejść nieco i pójść wzdłuż murów klasztoru – a dalej
też pod górę po porośniętym niskimi drzewkami zboczu. Wybraliśmy drugą z tych
możliwości, bo droga wydała nam się jakaś szersza. Później zresztą
przekonaliśmy się, że którąkolwiek z możliwości byśmy wybrali, dobrze byśmy
wybrali. Trasa rozwidla się obok zrujnowanej baszty – można pójść dowolną
odnogą, wraca się wtedy drugą z nich.
Po minięciu
klasztoru droga zaczyna dość ostro wspinać się w górę. Małgosia i młody
Izraelczyk szli z przodu, a ja z jego dziewczyną wlekliśmy się z tyłu. Ona nie
miała chyba kondycji, a mi dawało się we znaki dźwiganie na plecach w nosidle
Prosiaczka.
W końcu jednak
Małgosia zaczekała na mnie, a Izraelczyk na swoją dziewczynę. On został z nią i
podziwiali razem przez dłuższy czas widoki, a ja ruszyłem z mozołem pod górę. W
tej wspinaczce spotykaliśmy schodzących z góry turystów. Był i jeden Polak.
Jednak najdłużej pogadaliśmy z grupą izraelskich turystów w średnim wieku tuż
przed szczytem. Konwersacja przedłużyła się, bo okazało się, że matka jednej z
uczestniczek pochodzi z Jarosławia, sąsiadującego z Przemyślem, który jest
miastem rodzinnym Małgosi.
Tuż przed szczytem
okazuje się, że jest to bardzo szeroka górka, a sam szczyt to niewielki
pagórek. Przy drodze zarówno na równinie pod szczytem, jak i na samym szczycie
znajdują się nieduże kapliczki, ale obie są zamknięte, więc trudno je uznać za
atrakcje turystyczne. Atrakcją jest natomiast widok – po jednej stronie widać
spaloną słońcem górzystą równinę po gruzińskiej stronie i w oddali pagórki
wznoszące się nad równiną. Po drugiej stronie zaś jest podobna, może nieco
bardziej zielona równina – jest na niej nawet jakieś jeziorko – ta strona
należy już jednak do Azerbejdżanu. Dawid Goredża leży bowiem niemalże na
granicy z Azerbejdżanem. Podobno jeden z wyjątkowo pięknych klasztorów jest już
za granicą. Wyglądało to tak, jakby granicy nikt nie pilnował, ale nie mieliśmy
potrzeby tego sprawdzać. Zaczekaliśmy na naszych znajomych z Izraela i
ruszyliśmy w dół, a następnie w bok, trawersując zbocze. Zbocze jest w tym
miejscu dość strome, lecz na szczęście są paliki i drut rozpięty między nimi,
który można wykorzystać, by nie upaść.
Wkrótce dochodzi się
do pięknych zrujnowanych wnętrz starodawnych kościołów, które dawniej były
wykute w skale w zboczu góry. Dziś w wielu miejscach skała odpadła, eksponując
na światło dziennie piękne freski. By dojść do niektórych pomieszczeń, trzeba
się trochę powspinać, ale zdecydowanie warto się potrudzić. Niestety, freski są
w wielu miejscach uszkodzone przez rosyjskojęzycznych wandali, którzy
wydrapywali przez wiele lat w ścianach graffiti.
W połowie zwiedzania
odłączyli się od nas nasi znajomi z Izraela.
Na końcu zbocza
dochodzi się znowu do równiny, na której znajduje się mała zamknięta dla
zwiedzających cerkiew. Po raz kolejny przystanęliśmy tu, by podziwiać widoki.
Potem zeszliśmy w
dół stromym zejściem. W ten sposób dotarliśmy do ruin baszty, spod której
wyruszyliśmy na zwiedzanie. Tym razem ruszyliśmy w kierunku klasztoru.
Weszliśmy przez bramę i znaleźliśmy się na jakimś dziedzińcu. Próbowaliśmy
wejść przez inną bramę na kolejny dziedziniec, na którym w oddali siedzieli
klerycy, ale na nasz widok zerwali się i zaczęli krzyczeć, że wejście do tej
części klasztoru jest zabronione.
Poszliśmy więc
dalej. W części klasztoru przeznaczonej do zwiedzania natknęliśmy się na innych
zwiedzających – naszych znajomych z Izraela oraz parę Holendrów i parę Łotyszy.
Ta ostatnia czwórka przyjechała razem z Telavi, które jest położone znacznie
dalej od klasztoru niż Signaghi.
Z turystami gawędził
sobie brodaty pop władający i rosyjskim, i angielskim. Był całkiem ciekawym
źródłem informacji, których nie mogliśmy znaleźć w przewodniku. Wyjaśnił nam na
przykład, że nazwa klasztoru pochodzi od imienia założyciela, jednego z tak
zwanych Ojców Syryjskich, którzy ewangelizowali we wczesnym średniowieczu
Gruzję.
Trochę czasu zajęło
nam znalezienie schodów wiodących na dolny dziedziniec. W jednym z pomieszczeń
znajduje się tu mały kościółek. Wnętrze nie jest szczególnie piękne, ale nie
dla tego kościółka przyjeżdża się do Dawid Goredża.
By dojść do parkingu
z samochodami nie trzeba znowu wspinać się do zrujnowanej baszty. Można równie
dobrze po prostu wyjść przez bramę w klasztornym murze i dojść do parkingu
szeroką gruntową drogą.
Na parkingu czekali
na nas kierowcy. Jeden z nich – ten od Łotyszy i Holendrów – na wieść o tym, że
zamierzamy następnego dnia udać się do Telavi zaproponował nam, że może nas
odebrać z dworca autobusowego i wziąć nas swoim samochodem na zwiedzanie
okolicznych zabytków – za jedyne 50 lari. Prawdę mówiąc, mieliśmy dokładnie
taki zamiar, by zostawić gdzieś nasze bagaże i wziąć od razu jakąś taksówkę w
trasę po okolicy. Jest to – co prawda – rozwiązanie droższe niż jazda środkami
komunikacji zbiorowej, ale znacznie wygodniejsze. W okolicach Telavi jest co
zwiedzać, ale poszczególne miejsca są dość od siebie oddalone, a transport
środkami komunikacji publicznej do niektórych spośród nich jest bardzo
utrudniony lub wręcz nie jest możliwy.
Zgodziliśmy się
zatem na propozycję i umówiliśmy się, że wyjedziemy następnego dnia marszrutką
odjeżdżającą o 8:30 z Signaghi do Telavi. Dla zainteresowanych podaję namiar
(mam nadzieję, że to właściwa kartka): pan Dato, telefon 895-42-55-30.
Wracając z Signaghi
do Telavi pozostawiliśmy naszych znajomych z Izraela w miejscowości Sagaredżo.
Jest to całkiem spore miasteczko, które znajduje się przy głównej trasie
wiodącej z Tbilisi na wschód kraju. Nasi znajomi chcieli bowiem udać się już do
Tbilisi. My zaś pojechaliśmy dalej.
Po drodze
zatrzymaliśmy się raz obok przydrożnego sklepu. Na jego tyłach w klatce
siedział niedźwiedź, co bardzo podobało się Andrzejkowi.
Podróż trwała dość
długo, ale dzięki konwersacji okazała się całkiem przyjemna.
Z gospodarzem
rozmawialiśmy o najróżniejszych rzeczach, ale najczęściej wracał temat czasów
radzieckich. Ciekawie nam było posłuchać o służbie wojskowej w czasach ZSRR, a
z kolei nasz gospodarz z zainteresowaniem słuchał opowieści o przemianach w
Polsce, które tak bardzo zmieniły nasze życie. Obecnie Gruzja i Polska to dwa
całkiem różne kraje, mimo że punkt wyjścia, w którym znajdowały się kilkanaście
lat temu nasze kraje po upadku komunizmu, był dość podobny.
Gdy dojechaliśmy na
miejsce dość późnym popołudniem, okazało się, że guesthouse niemal całkowicie
opustoszał. Wszyscy Żydzi, a jeszcze rano było ich kilkunastu, rozjechali się.
Co prawda, już poprzedniego dnia wspominali o jakimś ważnym święcie w Tbilisi,
więc może tam pojechali, ale nie spodziewaliśmy, że zrobią to jednocześnie.
W związku z tym
przenieśliśmy się z pokoju na dole do innego pokoju – na piętrze. Nie różnił
się od tamtego wielkością, natomiast był znacznie lepiej zagospodarowany i
miast dwóch osobnych łóżek dostaliśmy do dyspozycji duże łoże małżeńskie.
Natomiast pojawili
się nowi goście – była to para Niemców w średnim wieku. Ponieważ wdaliśmy się z
nimi w pogawędkę, dowiedzieliśmy się różnych ciekawych rzeczy na ich temat.
Otóż w przewidywaniu bujnego rozkwitu usług turystycznych w tej części świata
wybrali się właśnie do Gruzji, by zainwestować w branżę turystyczną.
Przyjechali tutaj autobusem przez Turcję i przemierzają kraj w poszukiwaniu
interesujących miejsc.
Pogawędka
przerodziła się w ucztę. Przyszedł bowiem gospodarz i jego rodzina, zastawili
suto stół i polało się wino. Małgosia nie piła wcale, a ja ze względu na
Prosiaczka też próbowałem miarkować się, ale nie da się ukryć, że trochę
szumiało mi w głowie. W tym stanie chętnie tłumaczyłem Niemcom poszczególne
toasty wznoszone przez naszego miłego gospodarza. W ogóle było bardzo miło.
Gospodarz pokazywał nam na komputerze zdjęcia, które przysłali mu pocztą
elektroniczną ludzie, którzy niegdyś u niego gościli. W tym na przykład młodej
dziewczyny z Polski, Iwony, którą on nazywał Julią ze względu na niezwykłe
podobieństwo do Julii Tymoszenko.
Poszliśmy zatem spać
w miłych nastrojach.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|