| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja | data dodania: 2008-02-20 |
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2120 razy |
21.09
Wcześnie rano
zjedliśmy po raz ostatni śniadanie u naszych gospodarzy. Potem spakowaliśmy się
i szybko wyruszyliśmy na postój marszrutek w towarzystwie towarzyszącego nam
Dawida. Brodaty chłopak był, jak już wspomniałem, głównym organizatorem tego
turystycznego rodzinnego przedsięwzięcia. Jego ojciec narzekał tylko, że nie
udało mu się przekonać dzieci, by nauczyły się dobrze rosyjskiego. W Gruzji
wśród młodszego pokolenia zaczyna – jak i u nas – panować moda na angielski.
Wsiedliśmy do
marszrutki i ruszyliśmy do Telavi. Najpierw zjechaliśmy z góry, a potem główną
trasą ruszyliśmy w kierunku stolicy wschodniej części Gruzji sławnej ze względu
na doskonałej jakości wina.
Jechaliśmy nieco
ponad 2 godziny i kosztowało nas to 6 lari od osoby.
Na dworcu
połaziliśmy trochę i w końcu zostaliśmy dostrzeżeni przez człowieka, z którym
się poprzedniego dnia umówiliśmy na zwiedzanie. Okazało się, że wskutek
jakiegoś nieporozumienia zupełnie niepotrzebnie czekał na nas 2 godziny na
dworcu. Chyba mu się pomyliła godzina wyjazdu marszrutki z Signaghi z godziną przyjazdu
do Telavi.
Kupiliśmy wodę w
sklepie obok dworca i ruszyliśmy w drogę. Najpierw nasz kierowca zawiózł nas do
guesthouse’u. Był to jeden z opisywanych w przewodniku Bradt guesthouse’ów przy
ulicy Nadikvari (numer 15), podobno doskonały w swojej klasie. Dom był
rzeczywiście ładny, opleciony winoroślą, a sypialnia na piętrze, w której
mieliśmy nocować, była przestronna i ładnie urządzona.
Zostawiliśmy bagaże
i niezwłocznie ruszyliśmy na zwiedzanie. Po drodze gawędziliśmy oczywiście z
sympatycznym kierowcą. Opowiadaliśmy mu o Polsce, bo człowiek mówił nam, że
pracę przy przewożeniu turystów ma tylko latem, a zima to ciężki sezon i
najchętniej pojechałby wtedy do pracy gdzieś za granicę. Mówił również, że
gdyby miał jeepa, chętnie by się zajął wożeniem turystów z Telavi do Tuszetii.
Tuszetia to jeszcze jeden (obok Swanetii) trochę dziki i odosobniony rejon
Gruzji, do którego nie dotarły jeszcze w nadmiarze nowinki cywilizacyjne. Mimo
że dostać się tam jest trudno ze względu na kiepski stan dróg, turyści żądni
przygód wciąż próbują zwiedzać ten górzysty zakątek Gruzji. Telefon do tego
człowieka podałem wcześniej – generalnie wzbudza zaufanie i ofiarował się, że
może nawet odebrać chętnych z lotniska w Tbilisi.
Najpierw
odwiedziliśmy klasztory Szuamta – tak zwaną Nową Szuamtę i Starą Szumatę. W
Nowej Szuamcie zobaczyliśmy ładny, zagubiony wśród lasów kościółek.
Za to w Starej
Szuamcie odbywał się właśnie jakiś festyn. Było tam wielu ludzi i kramiki z
jarmarcznymi produktami oraz dewocjonaliami. Były też żebrzące dzieci.
Sama Stara Szuamta
nie jest wcale szczególnie pięknym miejscem. Budynek jest bardzo zniszczony, w
środku właściwie nie ma nic ciekawego. Zdecydowanie przydałaby mu się gruntowna
renowacja.
Potem pojechaliśmy
do Akademii Ikalto. Była to przed setkami lat znana wyższa uczelnia, na której
kształciła się gruzińska i nie tylko gruzińska inteligencja. Dziś na tym
miejscu stoi kościółek oraz pozostałości pomieszczeń akademii. Całość nie
porywa, ale miejsce jest przyjemne i nadaje się na cel dłuższego spaceru.
Kolejnym celem była
katedra w Alaverdi. Katedra jest bez wątpienia wspaniała. Jest bardzo wysoka i
obszerna, a więc pod tym względem jest wyjątkowa, bo większość gruzińskich
kościołów jest dość mała. Należy do jednych z tych miejsc, do których kobiety
nie powinny wchodzić w spodniach. Na szczęście przy wejściu wiszą spódnice,
które można założyć na czas zwiedzania katedry.
Gdy skończyliśmy
zwiedzanie katedry Alaverdi, kierowca zabrał nas do Gremi. Gremi to jeden z
dawnych ośrodków władzy i niegdyś duże miasto, z którego pozostały obecnie
tylko rozpadające się ruiny. Jedynym dobrze zachowanym miejscem jest ulokowany
na wzgórzu fragment warowni z kościołem.
Obok kościoła jest
wieża, na którą można się wspiąć. Jest to niezła gimnastyka, bo wieża jest
wysoka, a schody są strome. Na poszczególnych piętrach znajdują się niewielkie
ekspozycje z prowadzonych w pobliżu wykopalisk oraz wystawa portretów rodziny
królewskiej panującej w tej części Gruzji. Z samego szczytu można obserwować
zaś okolicę. Tamże, na szczycie wieży spotkaliśmy kolejną polską kilkuosobową
grupę i chwilę pogadaliśmy.
Dalej pojechaliśmy
do Nekresi. Są to ruiny klasztornego kompleksu położonego w górach Kaukazu.
Samochodem można podjechać do podnóża góry, a dalej trzeba iść pieszo
kamienistą stromą drogą. Zajmuje to podobno około 40 minut, ale nam zajęło
godzinę. Dźwiganie Prosiaczka pod górę jest bowiem coraz bardziej męczącym
zadaniem – chłopak nam rośnie i robi się coraz cięższy.
Ruiny są bardzo
malowniczo położone na zboczu porośniętej lasem góry. Jest to podobno jeden z
najstarszych kompleksów tego typu w Gruzji. Podobno wykryto tam inskrypcje
gruzińskie z początków I tysiąclecia naszej ery, byłyby to więc najstarsze
zabytki piśmiennictwa gruzińskiego.
Gdy zeszliśmy na
dół, była już niemal piąta. Postanowiliśmy zrezygnować ze zwiedzania piwnic
winiarskich, gdyż na jeden dzień mieliśmy już dość dużo wrażeń, a byliśmy już
dość zmęczeni.
Pojechaliśmy zatem
od razu do Telavi.
Nie chciało nam się
specjalnie jeść i byliśmy zmęczeni. Dlatego postanowiliśmy spędzić wieczór w
guesthousie. Wcześnie poszliśmy spać, bo wyłączono właśnie prąd. Co prawda
mieliśmy ze sobą latarkę, dzięki czemu dało się dojść do łazienki bez przewracania
mebli, ale siedzenie przy świetle latarki w pokoju nie miało wiele sensu.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|