| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja | data dodania: 2008-02-20 |
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2120 razy |
22.09
Wstaliśmy dość
wcześnie rano, bo chcieliśmy dotrzeć możliwie wcześnie do Tbilisi. Nasz pobyt w
Gruzji kończył się nieubłaganie, dlatego też ten dzień chcieliśmy przeznaczyć
na drobne zakupy i ostatni rzut oka na Gruzję.
Poprosiliśmy o
śniadanie i zjedliśmy je na tarasie.
Potem wzięliśmy
bagaże i poszliśmy pieszo w kierunku dworca autobusowego. Był to 15-minutowy
spacer w dół wzgórza, na którym mieszkaliśmy.
Z daleka wypatrzyli
nas kierowcy samochodów jadących do Tbilisi. Wszyscy wcześniej namawiali nas do
tego, by skorzystać z tej metody podróżowania. Samochodów jest bardzo dużo,
dużo jest również klientów, więc nie trzeba długo czekać, by samochód się
zapełnił. I jest to znacznie wygodniejsze i szybsze niż jechanie marszrutką lub
autobusem.
Za przejazd mieliśmy
zapłacić 7 lari od osoby.
Przejazd zajął nam
jedynie nieco ponad 2 godziny. Tylko raz zatrzymaliśmy się, już całkiem
niedaleko od Tbilisi, na stacji benzynowej – można było tam skorzystać z
toalety. W Tbilisi samochody jadące z Telavi (oraz zmierzające w tym kierunku)
zatrzymują się obok stacji metra Isani. Stamtąd przejechaliśmy do stacji
Avlabari tuż obok naszego hotelu – Georgian House.
Tym razem dostaliśmy
inny niż poprzednio pokój – na piętrze. Był nieco mniejszy niż poprzedni, ale
całkiem nowoczesny. Jedynym mankamentem był telewizor, w którym nie można było
oglądać kanałów satelitarnych. W pokoju, w którym nocowaliśmy po przylocie,
mogliśmy oglądać wiele kanałów. Inna rzecz, że wcale z tej możliwości nie
skorzystaliśmy i tym razem też nie mieliśmy takiego zamiaru, więc niezbyt nam
to przeszkadzało.
Przy okazji
odebraliśmy nasze rzeczy, które zostawiliśmy na przechowanie zaraz po
przyjeździe do Gruzji.
Potem pojechaliśmy
metrem do centrum, by połazić trochę po ulicy Rustaveli i okolicach centrum.
Kupiliśmy skórzane sandałki dla Małgosi, zjedliśmy obiad w restauracji na
starym mieście i pieszo wróciliśmy do hotelu. Po drodze kupiliśmy starym
zwyczajem trochę miejscowych artykułów spożywczych, w tym przede wszystkim
niepowtarzalne gruzińskie sery, a także 2 butelki wina. Jedną dla mamy, drugą
na Gruzińska ucztę, którą zamierzaliśmy zorganizować dla znajomych po powrocie.
Trochę odsapnęliśmy
w hotelu i poszliśmy zwiedzać katedrę Sameba – podobno jest to największy
kościół na Zakaukaziu i podobno jest bardzo kontrowersyjną budowlą. Ze względu
na wielkość i położenie na wzgórzu dominuje nad całym miastem, co wielu osobom
się nie podoba. Jak dla mnie, kościół jest całkiem ładny, mimo że budowa
jeszcze się ostatecznie nie zakończyła. Podczas naszej wizyty trwały jakieś
roboty przy głównych schodach, a niektóre boczne świątynie były niedokończone
(ogrodzony wysokim murem kompleks składa się z głównej świątyni i kilku
znacznie mniejszych cerkwi).
W głównej cerkwi
trwało jakieś nabożeństwo. W kościołach prawosławnych nie ma krzeseł czy ławek,
wierni uczestniczą w nabożeństwach stojąc. Ciżba ludzi wchodzących i
wychodzących z cerkwi równocześnie sprawiała, że miało się wrażenie pewnego
rozgardiaszu. Tłum ludzi otaczał kołem, czy też raczej rozciągniętą elipsą
dwóch duchownych ubranych w bogate szaty i korony. Siadali oni na zwróconych ku
sobie tronach, a potem wstawali. Nie znając rytuałów prawosławnych, trudno nam było
ocenić, o co w tym wszystkim chodzi.
Wracając do hotelu,
kupiliśmy kilka artykułów spożywczych, które mieliśmy zamiar zabrać do Polski.
Oprócz wina były to pyszne gruzińskie sery: imeruli i sulguni.
W hotelu zamówiliśmy
transport na lotnisko. Nasz samolot odlatywał o 4 rano, więc doszliśmy do
wniosku, że tak będzie lepiej niż szukać taksówki w środku nocy.
Spakowaliśmy
wszystkie bagaże i poszliśmy spać.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|