| Artykuły |
|
kategoria: Podróże>Azja |
data dodania: 2008-02-20
|
|
autor: Paweł Zięba |
Imeruli w chaczapuri |
|
| ocena: 4.00 | przeczytano 2197 razy |
6.09
Wstaliśmy raczej
późno, bo po zawalonej nocy chcieliśmy się wyspać. Było po 9. Po porannej
toalecie poszliśmy zjeść śniadanie. Grupa młodych ludzi, z którymi
przylecieliśmy, już była w jadalni. Jedzenie było proste i smaczne. Po raz
pierwszy mogliśmy spróbować gruzińskiego sera. Gruzińskie białe sery w wielu
odmianach, jakże różnych od naszych polskich towarzyszyły nam przez całą naszą
podróż. Sery te są dość specyficzne – białe, ale z dziurkami, jakby zachodziła
w nich jednak fermentacja. W domach, w których nocowaliśmy, często widzieliśmy,
że gospodarze przechowują je w garnkach na balkonie, a więc musiały być
bardziej trwałe niż nasze białe sery, które przechowywane w takich warunków
prędko by zgliwiały.
Po śniadaniu
poszliśmy zwiedzać miasto. Okazało się, że nasz hotel znajduje się w okolicy, w
której pełno jest małych sklepików spożywczych i straganików z owocami i
warzywami. Po chwili doszliśmy do nieco większego placu – był to plac Avlabari.
Obok przestronnego budynku stacji metra stały rzędy taksówek, na środku zaś
przecinającej plac ruchliwej ulicy szumiała fontanna, strzelając do góry
strumieniami wody. Przeszliśmy plac i ruszyliśmy w boczną uliczką w kierunku,
gdzie – jak się nam zdawało – powinno być stare miasto. Uliczka była niezbyt
ruchliwa, wybrukowana kocimi łbami. Doprowadziła nas do maleńkiej otoczonej
murami cerkwi. Weszliśmy na dziedziniec i z ciekawością zerknęliśmy do środka.
Potem zaś oglądaliśmy panoramę miasta i wijącej się poniżej wstęgi wody,
wyglądając ponad mury cerkwi wybudowanej na wysokiej skarpie nad rzeką Mkvari.
Gdy tak staliśmy, do
cerkwi weszła jakaś rodzina. Rozpoczęła się uroczystość – nie wiemy, niestety,
jaka. Opuściliśmy progi cerkwi i opadającą stromo uliczką poszliśmy w kierunku
kolejnej cerkwi. Na schodkach prowadzących na dziedziniec jakaś pani zaczepiła
Prosiaczka. Potem weszliśmy na sam dziedziniec i podeszliśmy do wejścia cerkwi.
Była to cerkiew Metechi. Budynek ten wznosił się malowniczo nad rzeką, a na
znajdującym się poniżej cerkwi placyku stał posąg króla Wachtanga Gorgasała,
który zgodnie z tradycją miał być założycielem Tbilisi. Cerkiew nieco szpeciły
rusztowania, ale widok na stare miasto był przepiękny. W środku trwało właśnie
nabożeństwo. Niestety, okazało się, że Małgosia nie bardzo może wejść do środka
bez wzbudzania sensacji. W kościołach Gruzji oczekuje się, że wchodząca do
cerkwi kobieta będzie miała zakryte włosy. Pragnąc okazać szacunek uczuciom
religijnym Gruzinów, stwierdziliśmy, że trzeba kupić odpowiednią chustę.
Dlatego też wróciliśmy na plac Avlabari, w którego pobliżu znajduje się kilka
chińskich sklepików ozdobionych czerwonymi lampionami. W sklepikach tych można
prócz typowej chińskiej tandety kupić również za kilka lari chusty nadające się
w sam raz do zakładania na głowę podczas wizyt w kościołach.
Tak zaopatrzeni
wróciliśmy do cerkwi Metekhi. Nabożeństwo już się skończyło, choć w środku było
jeszcze sporo ludzi, a popi kręcili się przed ikonostasem. Rozejrzeliśmy się w
środku i wyszliśmy na zewnątrz. Panorama starego miasta z tarasu przed tą
cerkwią przewyższała nawet widok z cerkwi, którą oglądaliśmy poprzednio.
Przy wyjściu z
terenu otaczającego cerkiew na turystów czaił się tłum żebraczek. Z żebractwem
spotykaliśmy się z Gruzji bardzo często. Najwięcej żebrzących, głównie
starszych kobiet, zaczepiało ludzi wchodzących i wychodzących ze świątyń, choć
byliśmy nagabywani również na ulicy, a czasem za rękawy ciągnęły nas dzieci.
Gruzja to niebogaty kraj z ogromnymi problemami wynikającymi z masowego
bezrobocia, więc trudno się dziwić, że część ludzi usiłuje dorabiać sobie w ten
sposób. W przypadku przykościelnych babć widzieliśmy zresztą popów witających
się z nimi serdecznie i udzielających im błogosławieństw – od tego momentu
dawaliśmy im niekiedy jakieś drobne pieniążki.
Następnie
przeszliśmy przez most i ruszyliśmy na zwiedzanie starego miasta, Zgodnie z
przewodnikiem udaliśmy się najpierw do katedry Sioni. Katedra była jak na
standard kościołów w Gruzji dość spora, ale nie była specjalnie imponująca, co
może dziwić, zważywszy, że jest to główny kościół patriarchy Gruzji. Urząd ten
piastuje obecnie Ilia II.
W tym miejscu wypada
napisać kilka słów na temat kościoła gruzińskiego. Kościół ten stanowił w
przeszłości i stanowi nadal ostoję gruzińskości. Do dzisiaj cieszy się on
powszechnym szacunkiem. Gdy jedzie się autobusem lub taksówką, można zobaczyć,
że podróżni i kierowca na widok kościoła czynią znak krzyża, co w Polsce już
raczej się nie zdarza. Wiernych przychodzi do kościołów bardzo wielu i to nie
tylko w dni świąteczne. Świątyń jest wiele i wciąż buduje się nowe – w czasie
naszego pobytu na ukończeniu był kompleks okalający cerkiew Sameba – największą
podobno na Kaukazie. Samą świątynię, zlokalizowaną tuż obok hotelu Georgian
House, odwiedziliśmy dopiero tuż przed naszym wyjazdem z Gruzji – będzie
jeszcze o tym mowa.
Kościół gruziński
należy do najstarszych na świecie. Chrześcijaństwo zostało przyjęte przez
królestwo wschodniej Gruzji w pierwszej połowie IV wieku za sprawą świętej
Nino, o której również jeszcze będzie mowa. Kościół ten należy do
autokefalicznych kościołów ortodoksyjnych, czyli prawosławnych jak na przykład
kościół w Rosji czy w Grecji. Oznacza to, że jest on samodzielny, a więc nie
podlega papieżowi. Głową kościoła jest patriarcha, formalnie równy innym
patriarchom prawosławnym.
W liturgii jest
stosowany język gruziński, choć sama liturgia nie różni się wiele od tej, którą
stosują inne kościoły ortodoksyjne wywodzące się z tradycji greckiej.
Jak wiadomo,
kościoły ortodoksyjne, podobnie jak Kościół katolicki na zachodzie Europy,
zaakceptowały wszystkie postanowienia soborów, które od IV do VI wieku
zdefiniowały wspólną dla nich doktrynę chrześcijańską. Dlatego też pomiędzy
kościołem gruzińskim a katolickim nie ma żadnych sporów doktrynalnych. Jedyna
istotna różnica polega na prymacie papieża na Zachodzie. Dlatego katolik może uczestniczyć
we mszy w kościele gruzińskim, a nawet przyjąć komunię (przynajmniej z punktu
widzenia rzymskich katolików jest to możliwe, bo na razie popi prawosławni nie
zgadzają się udzielać komunii katolikom).
Po zwiedzeniu
katedry w Tbilisi przeszliśmy ulicą Shavteli, która znana jest z tego, że można
na niej zjeść w malowniczym otoczeniu pięknych kamieniczek całkiem niezły
obiad. Restauracji w tej części starego miasta jest zresztą całkiem sporo.
Liczba turystów odwiedzających Tbilisi nie jest jeszcze zbyt duża, ale pozwala
już na utrzymanie się tego rodzaju przybytków.
Na razie nie byliśmy
specjalnie głodni, więc po minięciu restauracji, a następnie rezydencji
patriarchy prawosławnego poszliśmy dalej, do cerkwi Anczischati.
Cerkwia Anczischati
jest jedną z najstarszych w Tbilisi. Nie jest duża, zresztą jak większość
cerkwi gruzińskich, zwłaszcza tych starszych. Wchodzi się do niej przez bramę,
a potem schodami w dół. Po lewej stronie pod zacienioną winoroślą pergolą na
ławkach siedzieli ludzie, a wśród nich brodaty pop. Z kraniku w murze płynęła
woda. Jak później mieliśmy okazję zauważyć, w Gruzji w wielu miejscach można
znaleźć kraniki i miniaturowe fontanny, które pozwalają ludziom w trakcie
upałów ugasić pragnienie.
Po obejrzeniu cerkwi
doszliśmy do jednej z głównych ulic miasta – ulicy Barataszwili – i poszliśmy
nią w kierunku ulicy Rustaweli. Ulica Rustaweli jest najważniejszą arterią tej
części miasta. Znajdują się przy niej budynki państwowe, instytucje i sklepy.
By dojść do niej, przeszliśmy przejściem podziemnym, które rozciąga się pod
Placem Wolności, na środku którego wznosi się Pomnik Wolności i Zwycięstwa.
Muzeum Narodowe, tak
jak podawały niektóre przewodniki, było zamknięte – podobno z powodu braku
funduszy. Szkoda, bo zgodnie z informacjami umieszczonymi w tychże
przewodnikach jest ono naprawdę warte zwiedzenia. W przewodniku Lonely Planet
jest informacja, że gdzieś obok muzeum ma się znajdować wystawa przedmiotów ze
złota stanowiąca część ekspozycji muzeum, ale mimo że obeszliśmy dookoła budynek
muzeum, niczego takiego nie udało nam się znaleźć.
Dalej na ulicy
Rustaweli znajduje się budynek parlamentu. Front budynku ozdabia ogromna
kaskadowa fontanna. Budynek został wykonany podobno rękami niemieckich jeńców
wojennych po zakończeniu II Wojny Światowej.
Wkrótce znudziło nam
się chodzenie wzdłuż ulicy. W gruncie rzeczy nie była to wielka atrakcja
turystyczna. Szczegóły architektury wybudowanych wzdłuż ulicy kamieniczek mogły
zainteresować tylko specjalistów.
Wracając w kierunku
najstarszej części miasta, zatrzymaliśmy się w niewielkim parku. Prosiaczek
biegał sobie wokół fontanny, a my na zmianę biegaliśmy za nim.
Potem poszliśmy
znowu w kierunku katedry i placu Gorgasali, ale tym razem podążyliśmy ulicą
Leselidze. Po drodze zwiedziliśmy mały kościół Dzvaris-Mama – warto, bo freski
wewnątrz są śliczne.
Zahaczyliśmy też o
tutejszą synagogę, która służy nielicznym żyjącym w Tbilisi Żydom oraz znacznie
liczniejszym turystom z Izraela.
Potem zaś na placu
Gorgasali odwiedziliśmy katedrę ormiańską. Kościół ormiański, mimo tak
bliskiego sąsiedztwa obu krajów, ma całkiem inny obrządek niż kościół
gruziński, nie należy nawet do grupy kościołów prawosławnych. Wnętrze kościoła
również nie przypomina kościołów gruzińskich – w środku nie ma ikonostasu,
mniej jest ozdób, kościół sprawia wrażenie znacznie bardziej surowe.
Następnie weszliśmy
na wzgórze, na którym znajduje się zamek Narikała. Zamek Narikała dominuje nad
całym starym miastem. Sam zamek to tylko ruina, w której obrębie znajduje się
niewielki gruziński kościół, ale są stąd piękne widoki na stare miasto. Ładnie
widać również położoną poniżej wzgórza po wschodniej stronie ulicę, przy której
znajdują się sławne łaźnie, z których ongiś korzystała elita tutejszych
mieszczan. Widać również dobrze znajdujący się tuż obok meczet. W dawnych
czasach w Tbilisi mieszkało znacznie więcej muzułmanów niż obecnie. Dziś jeden
wspólny meczet służy niewielkiej społeczności tutejszych muzułmanów i jest
wspólnie użytkowany przez szyitów i sunnitów.
Idąc wzdłuż zachodnich
murów zamku, można dojść do pomnika Matki Gruzji. Wielki sześciopiętrowy pomnik
wykonany z aluminium wznosi się na szczycie wzgórza i jest świetnie widoczny z
terenu całego starego miasta. Matka Gruzja to kobieta trzymająca w jednej ręce
kielich z winem, w drugiej zaś miecz. Bo Gruzini są gościnni, ale potrafią też
bronić swojej ojczyzny.
Po drodze mija się
drzewka z zawiązanymi wstążeczkami. Zawiązanie wstążeczki na niektórych
drzewach ma przynosić szczęście. Spotykaliśmy się z tym zwyczajem w różnych
rejonach Gruzji.
Po tej dość
wyczerpującej wspinaczce (temperatura była tropikalna, a Prosiaczek niesiony na
plecach to dość spore jednak obciążenie) zeszliśmy na dół i wróciliśmy przez
most na rzece Mtkvari na „naszą” stronę miasta, tj. stronę, na której znajdował
się nasz hotel.
W hotelu nie
siedzieliśmy szczególnie długo. Po całodziennym zwiedzaniu byliśmy jednak
zmęczeni. Postanowiliśmy pójść zjeść kolację, co jednak bardzo nie spodobało
się Prosiaczkowi. Narzekał i kładł się plackiem na chodniku. Wkrótce
wiedzieliśmy, co mu dolega, bo chłopak nam zwyczajnie usnął.
Poszliśmy na bulwar
nad Mtkvari, na którym miał znajdować się cały ciąg lokali gastronomicznych.
Wygląda jednak na to, że od czasu napisania przewodnika, w którym te lokale
były polecane, władze miejskie wpadły na pomysł, by inaczej zagospodarować ten
teren, bo po lokalach pozostały tylko fundamenty lub na wpół zrujnowane
budowle.
Tak więc musieliśmy
zawrócić i ze śpiącym dzieckiem poszliśmy do restauracji hotelu Kopala. Restauracja
znajdowała się na najwyższym piętrze i roztaczał się z niej widok na całe
miasto. Zjedliśmy raczej skromną kolację i wróciliśmy do naszego hotelu.
Następnego dnia czekała nas dość długa podróż, więc trzeba było się wyspać.
Przy okazji
dowiedzieliśmy się od pracownika recepcji, że hotelowa restauracja wydaje
śniadania dopiero od 8 rano. Oznaczało to, niestety, że nie mogliśmy rozpocząć
podróży tak wcześnie, jak planowaliśmy pierwotnie. A program mieliśmy napięty.
|
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18
oceń artykuł:
|
skomentuj artykuł:
|
komentarze do artykułu:
|
|
|
|